Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2009

Bitwa pod Termopilami

Udało się! Powinienem się już wcześniej pochwalić, ale natłok różnych spraw spowodował, że dopiero teraz znalazłem na to chwilkę. Dwudziestego trzeciego czerwca, w zeszły wtorek, zostałem magistrem historii. Z tego też względu wyszperałem artykuł, który stał się zaczątkiem, a w pewnym sensie nawet podstawą, mojej pracy magisterskiej. Mocno go później przerobiłem, gdyż z paroma, zamieszczonymi w nim danymi, mógłbym dzisiaj polemizować. Niemniej, wersja poniższa jest tą pierwotną, krótszą, ale mimo wszystko w wielu miejscach pokrywającą się z fragmentem pierwszego rozdziału mojej pracy. Może kiedyś opublikuję tutaj i tą nowszą, rzetelniejszą wersję... Tekst pierwotnie pojawił się w RF nr 5/05 i można go uznać za pierwszy przyczynek do późniejszej magisterki. Drugi impuls pojawił się dwa lata później, wraz z premierą "300" (wtedy już wiedziałem o czym będzie moja praca). Ostatni etap tej podróży (czyli zakończenie pisania i obrona) nastąpił po kolejnych dwóch latach. Fajnie się pisało, fajne były te studia - teraz pora zabrać się za prawdziwe życie...

PS: Obraz, który ozdabia poniższy tekst, to dzieło Jacquesa Louisa Davida, pt.: "Leonidas pod Termopilami", z 1814 roku.


W 480 roku p.n.e. na styku północnej i środkowej Grecji rozegrała się bitwa, która na zawsze miała stać się symbolem wielkiego męstwa, poświęcenia i oddania swojemu krajowi, a także symbolem walki, do której dochodzi i która jest niestrudzenie prowadzona, mimo, że jej wynik jest z góry przesądzony.

Przegrana we wrześniu 490 r. przez Persów bitwa pod Maratonem tylko czasowo zapewniła bezpieczeństwo Grekom. Do tej pory, bowiem rządzący Persją król Dariusz chciał tylko ukarać Ateny i Eretrię za poparcie powstania Jonów w Azji Mniejszej, do jakiego doszło w latach 499-494. Teraz natomiast Persowie zaczęli poważnie myśleć o podboju całej Grecji. Realizację tego planu opóźniła śmierć Dariusza w 485 r. i wybuch powstania w Egipcie. "Zabrał" się za niego już następca Dariusza, Kserkses, który rządził perskim imperium w latach 485-465. Wiosną 480 zgromadził on ok. 300 000 żołnierzy, 1207 trier oraz 13 000 małych statków transportowych i z taką armią ruszył na Grecję. Persowie przekroczyli Hellespont, budując na nim "mosty" z zakotwiczonych i połączonych bokami okrętów, przeszli przez Trację i Macedonię, aż w końcu wkroczyli do północnej Grecji. Ich bezpośrednim celem były Ateny. Grecy postanowili bronić swych północnych ziem, ale kiedy okazało się, że pozycja w dolinie rzeki Tempe (północna Tesalia), może być okrążona, Spartanie wycofali się na Przesmyk Koryncki, który zaczęli fortyfikować. Tesalia została bez walki oddana w ręce wroga.

Opór Persom postanowiono stawić dopiero w, leżącym ok. 150 km od Aten, wąwozie Termopile w górach Kallidromos. Było to najdogodniejsze do obrony miejsce, znajdujące się na trasie marszu armii Kserksesa. Obrona wąwozu została powierzona samemu królowi Sparty: Leonidasowi. Do jego, liczącej 300 żołnierzy, gwardii dodano 400 hoplitów z Teb, 700 z beockiego miasta Thespiai, 1000 Fokijczyków, 1000 Malijczyków, a także pospolite ruszenie Loków wschodnich. Łącznie armia dowodzona przez Leonidasa liczyła ok. 8000 ludzi.


Pierwsze dni walk zakończyły się odparciem ataków Persów, którzy stracili w nich wielu żołnierzy. We frontalnej walce z lepiej wyszkolonymi Grekami nie mieli szans. Grecka falanga była dla nich "przeszkodą" nie do sforsowania. Dopiero zdrada Malijczyka Efialtesa dała Persom przewagę. Wskazał on im, bowiem górską ścieżkę przez przełęcz Anopaia. Dzięki temu armia perska, przedostając się na tyły wroga, mogła zastosować manewr okrążający. Wspomniana ścieżka była broniona tylko przez Fokijczyków, którym uprzednio zadanie to powierzył Leonidas. Dowodzona przez Hydarnesa gwardia perska bez trudu sobie z nimi poradziła. Król Sparty dowiedział się o tej klęsce wystarczająco wcześnie, aby zdążyć się wycofać. Pozostał jednak wierny obowiązującym w Sparcie zasadom kodeksu wojskowego, które mówiły, że w obliczu wroga nie wolno się cofnąć z raz zajętej pozycji. Większość sił greckich odesłano, a przy Leonidasie pozostali tylko wszyscy Spartanie, a także oddział Teban i Thespijczyków. Ta garstka wojowników stawiała dzielnie opór Persom, aż do południa trzeciego dnia. Dopiero, kiedy zjawił się Hydarnes reszta Spartan opuściła przybrzeżną drogę, będącą do tej pory terenem walki i cofnęła się na zbocze Oity. Tutaj została otoczona i wybita. Dopełnił się, z góry przesądzony, los mężnych hoplitów. Jednak ich ofiara nie była daremna, gdyż powstrzymanie Persów na trzy dni, umożliwiło greckiej flocie ucieczkę z zajętej wcześniej pozycji u północnego przylądka Eubei: Artemizjonu. Okręty Greków przeprawiły się przez niezwykle wąską cieśninę między Eubeą a lądem stałym (miejscami mogły przez nią płynąć, obok siebie, tylko dwie triery) i popłynęły na południe. Gdyby na lądzie stałym, w tym miejscu, byli już Persowie, los greckiej floty byłby z pewnością przesądzony. Niestety konsekwencją przegranej pod Termopilami było opanowanie przez armię Kserksesa całej środkowej Grecji. Z kolei wspomniana wyżej grecka flota, wprost spod Artemizjonu dopłynęła do wybrzeży wyspy Salaminy. Tutaj z końcem września 480 r. doszło do kolejnej słynnej bitwy (tym razem morskiej) wojen grecko-perskich. Ale to już temat na odrębny artykuł.

Według Herodota pod Termopilami zginęło 298 Spartan. Dwóch z 300 Leonidas odesłał ze względu na to, że nie byli oni zdolni do walki (jeden ślepy, drugi chory...). W istocie jednak na polu walki śmierć poniosło znacznie więcej wojowników pochodzących ze Sparty. Należy, bowiem pamiętać, że ludność Sparty była podzielona na trzy oddzielne warstwy. Spartiaci to była w istocie tylko arystokracja, natomiast na ludność Sparty składali się jeszcze periojkowie (ludzie wolni, lecz nie posiadający żadnych praw politycznych) oraz heloci (ludność zależna, wywodząca się z pierwotnych mieszkańców podbitych przez Spartiatów krain). Z każdym Spartiatą na wojnę szli także heloci. Nie inaczej było w trakcie wojen grecko-perskich. Na każdego pełnoprawnego obywatela przypadało, co najmniej kilku niewolników. Z pewnością, więc pod Termopilami zginęło znacznie więcej Spartan niż 300. Jednak to właśnie wspomniana liczba weszła do historii i kultury ludzkości, dając świadectwo niezwykłej odwagi i poświęcenia spartańskich wojowników. Jak to zwykle bywa na firmament wyniesiona została tylko arystokracja. Ofiara helotów uległa zapomnieniu. No cóż, widać tak, już musi być, że prawdziwymi bohaterami zostają panowie, a nie niewolnicy.

wtorek, 27 stycznia 2009

Bitwa pod Grunwaldem

Dawno nie było żadnego tekstu historycznego, zatem dzisiaj takiż proponuję. Tym razem swojska tematyka. Każdy, kto chodził do podstawówki powinien kojarzyć temat, więc dodam tylko, że poniższe grafiki, to kolejno wyobrażenia bitwy na: drzeworycie z piętnastego wieku, słynnym obrazie Jana Matejki i trochę mniej słynnym obrazie Wojciecha Kossaka. Sam tekst pochodzi z numeru 6-7/2006. Aha, artykuł jest całkiem długi (zatem tylko dla tych, co posiadają dłuższą chwilę na czytanie).

Bitwa, do jakiej doszło 15 lipca 1410 roku nieopodal wsi Grunwald, jest największym starciem zbrojnym w historii polskiego średniowiecza. Żadne inne wydarzenie, żadna inna data nie istnieją równie dobrze w świadomości przeciętnego Polaka, jak właśnie bitwa grunwaldzka.

Wokół samej bitwy narosło mnóstwo mitów, które są przede wszystkim wynikiem romantycznego postrzegania średniowiecza. Zarówno Matejko, jak i Sienkiewicz pokazali nam Grunwald taki, jaki chcieli nam pokazać- pełen szlachetności naszych i nikczemności nie-naszych. Pełen solidaryzmu nacji słowiańskich i pychy i arogancji, reprezentowanych przez wojska zakonne. W każdym micie jest ziarno prawdy, ale Grunwald zbyt często był narzędziem propagandy, zbyt wiele razy służył za „broń” przeciwko Niemcom, aby można go było odbierać w sposób definitywnie jednoznaczny. W poniższym tekście przedstawię pokrótce tą słynną bitwę. Postaram się przy tym zwrócić baczniejszą uwagę na te przekłamania w przedstawieniu bitwy, które najmocniej utkwiły w zbiorowej świadomości Polaków, i które większość z nas przyjmuje za pewnik, nie wiedząc, że są one w większości bądź to wynikiem nieaktualnych już dziś badań naukowych, bądź to twórczą wizją artysty.


Wielka Wojna, jak zwano wojnę z Zakonem Krzyżackim, toczoną w latach 1409-1411, była wynikiem sprytnej polityki króla Władysława Jagiełły. To prawda, że zaczęli ją Krzyżacy, ale stało się to po tym jak do Malborka przybył z poselstwem arcybiskup Mikołaj Kurowski. W dosadnych słowach uświadomił on wielkiemu mistrzowi, że jeśli zdecyduje się on napaść Litwę, wówczas ściągnie na siebie odwet ze strony Polaków. Ulryk von Jungingen odparł na to, że woli w takim razie od razu zaatakować Koronę, niż wyprawiać się na zalesioną, mniej atrakcyjną, Litwę. 6 lipca 1409 roku do króla Władysława wysłano list z formalnym wypowiedzeniem wojny. Polska nie wypowiedziała wojny, mimo, że do niej dążyła. Dzięki temu była na moralnie lepszej pozycji obrońcy, a nie agresora. Wojska krzyżackie dość szybko wtargnęły do przygranicznej ziemi dobrzyńskiej i opanowały ją w ciągu dwóch tygodni. Inne oddziały Zakonu w tym czasie uderzyły na granicę królestwa od strony Pomorza i zdobyły Bydgoszcz. 29 września wojska Jagiełły rozpoczęły oblężenie tego miasta, z oczywistym zamiarem odbicia go. Pod murami Bydgoszczy do polskiego króla zgłosili się posłowie króla czech Wacława Luksemburskiego, proponując pośrednictwo w zawarciu rozejmu z Zakonem. Jagiełło miał świadomość, że rozejm da mu czas na całkowite zmobilizowanie wojsk Unii, dlatego też przystał na propozycję posłów, ale dopiero po odbiciu Bydgoszczy, czyli 6 października. Rozejm podpisano 8 października, a miał on obowiązywać do 24 czerwca 1410 roku. Teraz obie strony miały czas na gruntowne przygotowania do wojny. Wszyscy, bowiem zdawali sobie sprawę z tego, że 24 czerwca działania wojenne rozgorzeją na nowo i to z niespotykaną dotąd intensywnością. W tych przygotowaniach kluczowym wydarzeniem było spotkanie w Brześciu Litewskim, do jakiego doszło w początkach grudnia, a w którym uczestniczyli król Władysław, książę Witold i podkanclerzy królestwa Mikołaj Trąba. To właśnie w tym wąskim gronie opracowano plan przyszłej kampanii, która miała całkowicie zaskoczyć Krzyżaków.

24 czerwca rozejm wygasł. W tym też dniu w Wolborzu zebrało się rycerstwo Małopolski i ruskich ziem Korony. Mistrz Ulryk przebywał wówczas w Toruniu. Wieczorem był świadkiem pożaru, jaki objął wsie zakonne leżące naprzeciw Torunia. Polskie oddziały strzegące Kujaw przypominały tym sposobem o swojej obecności. Jak widać, tym razem strona polska pierwsza zaczęła działania wojenne. Mistrz chciał zyskać na czasie, poprosił więc o przedłużenie pokoju do 4 lipca, na co Jagiełło się zgodził. Pomogło to w koncentracji głównej armii sprzymierzonych, jaka miała miejsce w Czerwińsku nad Wisłą, gdzie miały się zjechać małopolskie wojska Jagiełły, Wielkopolanie, oddziały lenników mazowieckich i wreszcie litewska armia Witolda. Warto tutaj wspomnieć, że aby wszystkie armie mogły się spotkać po jednym brzegu rzeki, trzeba było zbudować most pontonowy, złożony z połączonych łodzi. Była to konstrukcja niezwykła i rzadko wówczas spotykana (w tej części Europy unikatowa). Przeprawa trwała od 30 czerwca do 2 lipca- tego dnia cała armia stała już na prawym brzegu Wisły. Teraz można już było zacząć marsz na Malbork.

Warto teraz na chwilę przystanąć i przedstawić pokrótce wojska, jakie miały wziąć udział w „wielkiej bitwie”. Liczebność poszczególnych armii bardzo trudno dzisiaj określić, ale przyjmuje się, że po stronie krzyżackiej w bitwie brało udział około 15 tysięcy rycerskiej jazdy (wliczając „gości” i zaciężnych), a po stronie polsko-litewskiej około 30 tysięcy, z czego 20 stanowiła jazda polska, a 10 tysięcy litewska. Jak więc widać wojska Unii miały dwukrotną przewagę liczebną nad przeciwnikiem. Należy do tego dodać, po obu stronach, znaczną służbę taborową, która co prawda nie uczestniczyła bezpośrednio w walkach, ale w wyjątkowych wypadkach mogła chwycić za broń (np. przy obronie taboru, czy oblężeniu miast). Wojska krzyżackie wbrew przyjętej opinii składały się z rycerzy-zakonników w bardzo znikomym stopniu. Szacuje się, że pod Grunwaldem walczyło tylko ok. 250 wojowników w białych strojach. Stanowili oni kadrę dowódczą. W całym państwie zakonnym było wówczas czynnych ok. 570 rycerzy w habitach. Główny zrąb wojsk zakonnych składał się z niemieckiej uprzywilejowanej ludności Prus (ok. 40 % całej armii), rdzennej, już wówczas znacznie zgermanizowanej ludności, Prus (ok. 30 %) i w reszcie ludności polskiej i pomorsko-polskiej, która żyła na Pomorzu, ziemi chełmińskiej i innych pogranicznych obszarach państwa zakonnego (ok. 30 %). Do tego wszystkiego doliczyć należy różnojęzyczne wojska zaciężne i „gości” (głównie z krajów niemieckich, Śląska, Pomorza Zachodniego, Czech, ale także Francji). Jak więc widać biało odzianych, brodatych rycerzy, była na polach Grunwaldu prawdziwa garstka. Jeśli chodzi o polską armię to składała się ona w głównej mierze z rycerzy wielko- i małopolskich oraz pochodzących z lennego Mazowsza. Obok nich walczyli Rusini z Rusi czerwonej, wcielonej do Korony jeszcze w czasach Kazimierza Wielkiego. Warto wspomnieć, że w polskiej armii pojawiali się również Niemcy, z których składał się przecież ówczesny patrycjat większości naszych miast. Podobnie jak po stronie krzyżackiej, w polskiej armii również występowali „goście”, ale rekrutowali się oni w głównej mierze z Czech i Moraw. Jeśli chodzi o skład etniczny armii Wielkiego Księstwa Litewskiego, to był on również niejednolity. W przeważającej części wojska Witolda składały się z Litwinów i Żmudzinów. Obok nich bardzo liczni byli również Rusini. Spotykało się oprócz tego Polaków z Podlasia. W szeregach litewskiej armii służyli również tatarscy uchodźcy ze, wstrząsanej wewnętrznymi niepokojami, Złotej Ordy. Wbrew wielu mylnym poglądom pod Grunwaldem, po którejkolwiek stronie, nie walczyła piechota. Wszystkie wojska składały się z kawalerii. Jeśli chodzi o jakieś rozróżnienie to możemy wskazać podział na ciężkozbrojnych kopijników i lekkozbrojnych strzelców. Na każdego rycerza walczącego kopią przypadało, co najmniej, dwóch posługujących się kuszą. Taki stosunek zauważamy zarówno po stronie krzyżackiej jak i polsko-ruskiej (jednak u Krzyżaków na jednego kopijnika przypadało wyraźnie więcej strzelców). Jeśli chodzi o uzbrojenie to po obu stronach było ono zbliżone. Nieprawdą jest jakoby Krzyżacy zdecydowanie górowali pod tym względem nad Polakami i Litwinami (według „romantyków” ci drudzy mieliby pod Grunwaldem walczyć przy pomocy maczug!). Oczywiście pewne rozbieżności istniały, lecz nie były one aż tak rażące, jak to możemy wnioskować ze starszych dzieł. Pełne zbroje płytowe były rzadkością i mogli sobie na nie pozwolić tyko najbogatsi rycerze (głównie znamienitsi „goście”, książęta etc.). Jak już wspomniano, walczono przy pomocy kopii, która była podstawową bronią przy natarciu i przełamywaniu obrony przeciwnika. Strzelcy posługiwali się kuszami (tylko Tatarzy mieli łuki refleksyjne; możliwe, że część Litwinów również). Każdy wojownik miał przy pasie miecz, którym posługiwano się jednak dosyć rzadko, tylko przy bezpośrednim starciu. Broń obuchowa, a także topory, stanowiła rzadkość.


Przejdźmy teraz do właściwych działań wojennych, do jakich doszło po wygaśnięciu rozejmu. 3 lipca armia jagielońska wyruszyła ku granicom krzyżackim. 10 lipca na przedpolu zamku i miasteczka Kurzętnik doszło do niezwykłego spotkania, które mogło przesądzić losy całej wojny. Otóż nad brzegiem Drwęcy polski podjazd natrafił na krzyżackich pachołków pojących w rzece konie. Jak się później okazało, pod Kurzętnikiem stał sam wielki mistrz na czele głównych sił Zakonu. Przeprawa przez Drwęcę była obsadzona i umocniona palisadami. Widocznie właśnie w tym miejscu wojska krzyżackie chciały stoczyć rozstrzygającą bitwę. Król Władysław przejrzał jednak ich plany i nie ryzykując porażki w trudnym terenie, postanowił poprowadzić swe wojska inną drogą. Odskoczono wówczas w kierunku wschodnim, aby obejść źródła Drwęcy i dopiero wówczas kontynuować marsz ku Malborkowi. Pod wieczór 13 lipca wojska polsko-litewskie osiągnęły południowy skraj jeziora Wielka Dąbrowa. Pomiędzy tym i drugim jeziorem, Małą Dąbrową, znajdował się jeden wąski przesmyk prowadzący ku północy. Ów przesmyk zajmowało warowne miasto Dąbrówno. Po trzygodzinnej walce miasto to zdobyto i od razu podpalono. Doszczętne zniszczenie miasta utrudniało jednak przemarsz przez nie. Należy pamiętać, że Dąbrówno było małe, a armia sprzymierzonych naprawdę liczna, więc przemarsz przez przesmyk zająłby zbyt wiele czasu, który armia krzyżacka mogłaby wykorzystać na mobilizację i kontratak. W związku z tym postanowiono jeszcze raz porzucić obrany szlak i wkroczyć na inną drogę. Przez cały dzień 14 lipca armia królewska odpoczywała nad jeziorem, nieopodal zniszczonego miasta. W dalszą drogę miano wyruszyć przed świtem dnia następnego.

Świt 15 lipca 1410 roku przywitał wojska Jagiełły załamaniem pogody. Maszerowano w deszczu przez 15 kilometrów, aby około godziny ósmej osiągnąć południowy kraniec jeziora Łubień. Tutaj rozbito namiot kapliczny, w którym król Władysław mógł wysłuchać dwóch porannych mszy. Nim to jednak nastąpiło zaczęli do niego przybywać gońcy z wiadomościami o gromadzących się nieopodal wojskach zakonnych. Ogłoszono alarm, a marszałka Królestwa Zbigniewa z Brzezia, na czele czterech lub sześciu chorągwi, wysłano naprzeciw nadciągającym forpocztom krzyżackim. Miał on zapewnić czas i miejsce sprzymierzonym na rozwinięcie całej ich siły. Jak widać Krzyżakom udało się trafnie odgadnąć trasę dalszego marszu wojsk Jagiełły. W ten sposób rankiem 15 lipca obie armie stanęły naprzeciw siebie w odległości ok. 5-6 kilometrów. Przestrzeń je dzielącą z czasem nazwano Polami Grunwaldu.

Jagiełło wiedział, że czas gra na jego korzyść, dlatego nie spieszył się z podjęciem walki. Wysłuchał pierwszej mszy, później drugiej, podał zawołania bitewne, nakazał rycerzom przywdziać słomiane powrósła (aby można ich było odróżnić od nieprzyjaciela). Następnie przystąpił do pasowania rycerzy, a później do spowiedzi, której udzielił mu, wspomniany już tutaj, podkanclerzy królestwa ksiądz Mikołaj Trąba. Po tym akcie do króla przybyli dwaj heroldowie krzyżaccy. Byli to w istocie przedstawiciele Zygmunta Luksemburskiego i szczecińskiego księcia Kazimierza, a nie mnisi-rycerze, jak przedstawia nam to wydarzenie tradycja. Przynieśli oni polskiemu królowi dwa miecze i wezwanie do podjęcia bitwy. Zadeklarowali nawet gotowość cofnięcia wojsk zakonnych, aby tylko zrobić sprzymierzonym miejsce i nie musieli się oni kryć po lasach. Wobec pychy heroldów król polski wykazał duże opanowanie i nie dał się sprowokować do przedwczesnego podjęcia bitwy. Chwilę później skończono przygotowania i armia sprzymierzonych była już gotowa do walki. Wojska litewskie zajmowały prawe skrzydło i to one właśnie pierwsze ruszyły do boju. Zaraz po nich na prawe skrzydło nieprzyjaciela uderzyły również chorągwie królewskie. Krzyżacy zostali zepchnięci do tyłu, za linię swoich dział, z których na początku szarży sprzymierzonych dali dwukrotnie (i nieskutecznie) ognia. Po uporczywej, prawie dwugodzinnej walce, na litewskim skrzydle wystąpiły jednak objawy kryzysu. Wojska Witolda zostały zepchnięte do obrony i zmuszone do odwrotu. Sam Witold próbował je zatrzymać, lecz z bardzo mizernym skutkiem. Wraz z Litwinami z pola walki uciekła również chorągiew św. Jerzego (czyli wojska „gości”), docierając aż do obozu sprzymierzonych, skąd zawrócił ją (stosują ostre, dobitne słowa) ksiądz Mikołaj Trąba. Lewe skrzydło krzyżackie widząc pierzchające z pola boju wojska litewskie, rozluźniło swe szyki i ruszyło za uciekinierami w pościg. Zagrożoną, pozostawioną przez Litwinów flankę, wypełniły chorągwie smoleńskie (jako jedne z nielicznych wojsk litewskich nie uległy panice), królewska chorągiew „gończa” i „wielka” chorągiew krakowska. Z kolei dzięki interwencji Witolda część uciekających Litwinów zatrzymała się, zawróciła i podjęła walkę z goniącymi je oddziałami krzyżackimi. W tym czasie Krzyżacy podejmowali kolejne szarże, które prowadził sam wielki mistrz. W czasie jednej z takich szarż padła na ziemię wielka chorągiew Królestwa i ziemi krakowskiej. W średniowieczu zwinięcie chorągwi było sygnałem do odwrotu, więc wydarzenie to mogło przesądzić o losach bitwy. Na szczęście dla sprzymierzonych w porę ją podniesiono. Armia polsko-litewska (w tym momencie już głównie polska) zyskiwała coraz większą przewagę nad przeciwnikiem. Około godziny 15 wielki mistrz podjął ostatnią, desperacką próbę odwrócenia sytuacji. Osobiście ruszył do natarcia, obejmując dowództwo nad 15 lub 16, zdolnymi jeszcze do walki, chorągwiami. Hufiec Ulryka zatoczył łuk w prawą stronę, w kierunku walczących wojsk królewskich. Kiedy robił ten manewr znalazł się w pobliżu niewielkiej grupki rycerzy, wśród których znajdował się sam król Władysław. W ten sposób polski król, dotąd trzymający się w bezpiecznej odległości od bitewnego zgiełku, znalazł się w bezpośrednim zagrożeniu. Nie wiedząc jednak, że rycerz zakuty w piękną zbroję to Jagiełło wojska krzyżackie zignorowały go. Z hufca Ulryka wyrwał się tylko jeden rycerz, Dypold von Kockritz, z kopią w ręku uderzając na polskiego króla. Sześćdziesięcioletni monarcha osobiście odparł jego atak, trafiając napastnika kopią w twarz. Dypolda dobił Zbigniew Oleśnicki- późniejszy kardynał i biskup krakowski. Kiedy hufiec wielkiego mistrza zbliżał się do polskich oddziałów, część naszego rycerstwa myślała, że to litewskie oddziały powracają do boju. W porę jednak spostrzeżono pomyłkę. W stronę nadciągających Krzyżaków obróciły się chorągwie nadworna i krakowska, a także inne chorągwie małopolskie. Dla hufca zakonnego miało to być ostatnie, tragicznie zakończone, starcie. Już w pierwszym uderzeniu padli wielki mistrz, marszałek i wielu komturów zakonnych. Przyczyniło się do tego m.in. wejście w tym momencie do walki oddziałów polskich, pozostających do tej pory w odwodzie. Do walki włączyły się również oddziały litewskie, te same, które zawróciły i rozgromiły goniących je Krzyżaków. Większość zakonnego rycerstwa zostało pokonane, starszyzna padła na polu boju. Bitwa praktycznie dobiegła końca. Teraz wojskom sprzymierzonych pozostało tylko zdobyć obóz wroga, a także udać się w pościg za pierzchającymi z pól Grunwaldu niedobitkami. Krzyżacki obóz zdobyto bardzo szybko, a przy tym niezwykle krwawo. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że król Władysław, po tym akcie, kazał rozbić wszystkie znalezione beczki z winem. Miało to zapobiec masowej pijatyce. Jeśli chodzi o pościg uciekających, to również był on niezwykle krwawy i zacięty. Krzyżackie oddziały ścigano długo i na znacznej przestrzeni (nawet 30 kilometrów od pola bitwy). Jeszcze w nocy polskie grupy pościgowe wracały do obozu, prowadząc ze sobą licznych jeńców i bogate łupy. Jedynym znaczącym rycerzem-zakonnikiem, który ocalał z grunwaldzkiej bitwy był wielki szpitalnik i komtur Elbląga, Werner von Tettingen. Kiedy dotarł on do swojej komturii został z niej wypędzony przez zbuntowanych mieszczan, uznających już zwierzchnictwo Jagiełły. W związku z tym szpitalnik musiał schronić się w Malborku, którego obronę organizował w tym czasie Henryk von Plauen- przyszły wielki mistrz.


Pierwszy posiłek dla rycerzy przygotowano dopiero o zmierzchu, po rozstawieniu namiotów. Wraz z nastaniem nocy rozpadał się deszcz. Fakt ten dodatkowo pogorszył sytuację rannych pozostawionych na pobojowisku. Wielu z nich nie dożyło świtu. W nocy na pole bitwy wkroczyła również służba taborowa, która przystąpiła do poszukiwania łupów. Rankiem przed królewskim namiotem odprawiono dziękczynne nabożeństwo, po którym król wyprawił wielką ucztę dla swego rycerstwa. W tym czasie otoczono opieką (dosyć spóźnioną) rannych. Odszukano również ciała krzyżackich dostojników (w tym wielkiego mistrza) i okryte purpurą odesłano je do Malborka. Ogólnie na Polach Grunwaldu padło około 8000 rycerzy krzyżackich, a więc ponad połowa ich ogólnego stanu. Co istotne, straty wojsk polskich były nieporównanie mniejsze, a z wybitniejszych dowódców i rycerzy wszyscy wyszli z bitwy cało. Inaczej przedstawiała się sprawa z wojskami litewskimi, które straciły prawdopodobnie połowę swoich ludzi. Jagiełło nie spieszył się teraz z podjęciem dalszych działań. Dał swoim wojskom czas na wypoczynek i regenerację sił. Armia polsko-litewska dotarła do Malborka dopiero 25 lipca. Tak wielka zwłoka dała Krzyżakom dość czasu na przygotowanie skutecznej obrony swojej stolicy, której ostatecznie wojska Unii nie zdobyły. Wiąże się to już jednak z dalszym etapem Wielkiej Wojny i nie czas i miejsce tutaj, aby zajmować się tą sprawą.

Jakkolwiek by nie oceniać dalszych posunięć Władysława Jagiełły, to bitwę pod Grunwaldem należy uznać za wielki, jeśli nie największy sukces, jaki był udziałem wojska polskiego w całej jego dotychczasowej i późniejszej historii. Bitwa ta zadała kłam twierdzeniom o niezwyciężalności krzyżackiej armii. Umocniła również ducha rycerstwa polskiego, które uwierzyło, że przeciwko każdemu przeciwnikowi może stawać do boju bez żadnych kompleksów. Zacieśniła wreszcie sojusz polsko-litewski, który w owym czasie dopiero się hartował. Oczywiście wzrosło również znaczenie samego Jagiełły, który po spektakularnie wygranej bitwie wiele zyskał w oczach polskich możnowładców, do tej pory nie zawsze przychylnie patrzących na litewskiego króla neofitę. Największym plusem bitwy grunwaldzkiej był chyba jednak jej propagandowy wydźwięk, który miał istnieć przez następne stulecia. Zawsze, kiedy Polsce i Polakom działo się źle, wracano pamięcią do bitwy po Grunwaldem stoczonej dnia 15 lipca 1410 roku. Do miejsca i czasu wielkiej chwały, będącej udziałem naszych rodaków i naszego kraju.

wtorek, 6 stycznia 2009

Babilon

Pozostanę jeszcze na chwilę w starożytności i zaprezentuję kolejny tekst z numeru 8/2004. Tym razem już typowo historyczny. Inspiracją i w zasadzie podstawowym źródłem, z którego korzystałem przy jego tworzeniu była doskonała książka L. Sprague de Campa pt.: "Wielcy i mali twórcy cywilizacji". Tak, mistrz heroic fantasy zajmował się również popularyzacją historii. Wspomnianą książkę postanowiłem sobie czytać w ramach przygotowań do egzaminu wstępnego na studia. Niestety nie pomogła mi w odpowiedzi na żadne z pytań (nie ma to jak test z wiedzy ogólnej). Ostatecznie wylądowałem na innym uniwersytecie i całkiem innym kierunku (ale nadal humanistycznym)...

Plan miasta pochodzi ze strony: http://proteus.brown.edu/cityfestival/1311.


"Wszystko to spełniło się na królu Nabuchodonorze. Po upływie dwunastu miesięcy, gdy przechadzał się na tarasie królewskiego pałacu w Babilonie, król odezwał się i powiedział: Czy nie jest to wielki Babilon, który ja zbudowałem jako siedzibę królewską siłą mojej potęgi i chwałą mojego majestatu?" [Dn 4, 25-27]

Babilon- jedno z najwspanialszych miast starożytności. Symbol potęgi, władzy, doskonałości, ale też zniewolenia i ucisku. Założone zostało ok. 2000 p.n.e., jednak swą świetność osiągnęło w czasach imperium nowo-babilońskiego (chaldejskiego). Na okres ten składają się rządy Nabopalassara i jego syna Nabokadnezara II, znanego lepiej pod imieniem Nabuchodonozor. I właśnie Babilon jego czasów (lata 605-562 p.n.e.) pragnę opisać.


Najwspanialszą częścią Babilonu było miasto wewnętrzne, czyli lekko zniekształcony prostokąt o bokach 2,5 km (kierunek wschód-zachód) i ok. 1,2 km (kierunek północ-południe). Miasto wewnętrzne było podzielone przez Eufrat na mniejsze Nowe Miasto (zachodni brzeg) i większe Stare Miasto (wschodni brzeg). Obie te części były pocięte szerokimi, krzyżującymi się pod kątem prostym alejami, które nosiły nazwy bóstw. Najważniejszą z tych ulic była Droga Procesyjna (naprawdę, w wolnym tłumaczeniu jej nazwa brzmiała: "Ulica-którą-oby-nie-kroczył-nigdy-żaden-wróg"). Była to jedyna droga w Babilonie, przy której budowie zastosowano wspaniały mezopotamski wynalazek: bruk. Jej nawierzchnię pokryły płyty wapienne ułożone na warstwach wielkich, płaskich cegieł, wapiennej zaprawy, piasku i asfaltu. Jak sama nazwa wskazuje podczas uroczystości religijnych na ulicy tej odbywały się procesje, w których jechały wozy z posągami bogów.

Mniejsze i mniej ważne ulice Babilonu były dosyć wąskie i kręte, a domy z cegły mułowej stały przy nich bezładnie. Całe miasto wewnętrzne opasane było podwójnym, ceglanym murem. Mur zewnętrzny miał grubość 6-7,3 m i ok. 15-18 metrów wysokości. Mur wewnętrzny był jeszcze wyższy, ale cieńszy. Były to typowe mury tej epoki. Ich kształt był zależny od dostępnych budulców i wymiarów ciała ludzkiego (obrońcy musieli się swobodnie po takim murze poruszać). Dla lepszej ochrony, wojowników broniących miasta, mur zewnętrzny miał dwumetrowe przedpiersia zakończone blankami. W przedpiersiach tych znajdowały się również krenele, czyli wręby dla łuczników.


Najwspanialszą i najbardziej znaną częścią Babilonu było miasto wewnętrzne, ale na całe miasto składały się również, leżące na wschodnim brzegu Eufratu, przedmieścia. Tworzyły one wokół miasta wewnętrznego duży trójkąt o powierzchni kilkunastu kilometrów kwadratowych. Tego obszaru także broniła podwójna linia murów. Oprócz nich, 120 km na północny zachód od samego miasta, znajdował się potężny, długi na 80 km, Mur Medyjski. Zamykał on równinę pomiędzy Eufratem a Tygrysem. Ze wszystkich murów, w pewnych odstępach, wyrastały wieże. Dzięki tym wszystkim umocnieniom, bronione przez zdeterminowany garnizon, miasto było praktycznie nie do zdobycia. Oczywiście do czasu.


Wróćmy jednak do miasta wewnętrznego. Linia jego murów miała osiem warownych bram. Wśród nich, na środku muru północnego, znajdowała się słynna Brama Isztar (jej rekonstrukcję można podziwiać w Vorderanatisches Museum w Berlinie). Główną jej część stanowiła kwadratowa wieża o wysokości ponad 20 metrów. Przez wieżę prowadził sklepiony korytarz, który zamykały dwie pary potężnych drewnianych wrót. Po obu stronach bramy właściwej znajdowały się dwie wysokie, smukłe wieże, przed którymi z kolei stały dwie mniejsze wieże, które były pierwszą linią obrony bramy. Całą bramę pokrywały kolorowe emaliowane płytki. Wieże miały kolor niebieski, a mury zielony i różowy. Ponadto bramę zdobiły płaskorzeźby przedstawiające: rogatego smoka (symbol boga Marduka) i byka (symbol boga Adada). Bezpośrednio z bramy wychodziła wspomniana już Droga Procesyjna, wzdłuż której biegły ceglane mury zdobione płaskorzeźbami przedstawiającymi lwa (symbol bogini Isztar). Po prawej stronie, patrząc od strony bramy, wznosiły się mury warownego obszaru ciągnącego się od Drogi Procesyjnej aż do Eufratu. Na ów obszar składały się pałace, gmachy administracyjne i koszary. Jeszcze dalej na prawo znajdowały się słynne wiszące ogrody- jeden z siedmiu cudów świata antycznego. Mieściły się one na dachu królewskiego domu rozkoszy. W rzeczywistości więc nie były one "wiszące", a tylko "podwyższone". Nie były one również dziełem legendarnej królowej Semiramidy, a samego Nebokadnezara. Ogrody te były nawadniane wymyślnym mechanizmem, na który składał się, sięgający przez całą wysokość budynku aż do jego dachu, łańcuch z czerpakami, którym transportowano wodę ze studni. Na zachód od wiszących ogrodów stał stołp, czyli forteca będąca ostatnim punktem oporu obrońców grodu. Jej mury miały niezwykłą grubość dwudziestu metrów. Dalej na południe, wzdłuż Drogi Procesyjnej, wznosiła się najsłynniejsza chyba budowla Babilonu, czyli zikkurat Etemenanki (biblijna Wieża Babel). Jego nazwa znaczy: "Kamień Węgielny Wszechświata", a wzniesiony został na cześć boga Marduka. Budowla ta powstała jeszcze w czasach pierwszej dynastii babilońskiej, ale to właśnie za panowania Nebokadnezara II osiągnęła swą ostateczną, najwspanialszą formę. Etemenanki mierzył wówczas ponad 90 m wysokości i miał siedem kondygnacji, do których prowadziły zewnętrzne schody. Pokryty zaś był barwnymi deseniami wykonanymi z emaliowanych cegieł. Naprzeciwko zikkuratu, po drugiej stronie drogi, stały czteropiętrowe kamienice czynszowe. Z prawej strony (przypominam: patrząc od strony Bramy Isztar) Droga Procesyjna łączyła się z ulicą Adada, która prowadziła do rzeki. Ulicę tę otaczały dwa święte obszary: teren Etemenanki (z prawej strony) i kompleks świątyni Marduka, Esagila (z lewej strony). Esagila, przebudowana przez królów chaldejskich, była budowlą o kształcie litery "L" i zajmowała kwadrat o boku dł. ok. 150 m. W świątyni tej znajdował się złoty, 5,5 metrowy posąg Marduka. W skład kompleksów kultowych tego boga w Babilonie wchodziły jeszcze, oprócz wieży i świątyni, inne budowle, takie jak: pomieszczenia dla kapłanów i pielgrzymów, czy zagrody dla zwierząt ofiarnych. Kiedy ulica Adada docierała wreszcie do Eufratu, przechodziła w wielki most na kamiennych podporach. Była to jedna z pierwszych (a prawdopodobnie nawet pierwsza) tego typu konstrukcja na świecie. Przez stulecia pozostawała również jedyną tego rodzaju konstrukcją na świecie. Most spoczywał na siedmiu masywnych podporach (w planie ich wymiary wynosiły 8,3 na 20 m) i miał długość 116 metrów. Jego przęsła były drewniane i istniała możliwość ich podnoszenia. Masywne filary były niestety "słabą stroną" tego mostu, gdyż utrudniały przepływ wody.


Nabokadnezar II był największym i jednym z ostatnich władców Babilonu. Po jego śmierci dynastia chaldejska podupadła. Już w 539 p.n.e. władca Persji- Cyrus Wielki zdobył Babilon i wcielił go do swojego imperium. Pod panowaniem Persów miasto rozwijało się jeszcze przez kilkaset lat, ale nigdy już nie odzyskało takiej potęgi i takiego statusu jak za panowania Nebokadnezara. Większość najwspanialszych budowli miasta miało zostać zburzonych przez króla Kserksesa, który w ten sposób ukarał Babilończyków za wywołane w 482 p.n.e. powstanie. Ile naprawdę jest zasługi tego perskiego króla w dziele upadku Babilonu? Tego nikt dokładnie nie wie, bowiem źródła mówiące o rządach Kserksesa są głównie dziełami autorów greckich, którzy owego króla (jako agresora Grecji) szczerze nienawidzili i z pewnością pisząc o nim nie byli "do końca obiektywni". Ponoć wkraczający później do Babilonu Aleksander Wielki kazał odbudować wszystkie zniszczone przez Kserksesa świątynie, ale niestety dzieło to przerwała śmierć młodego władcy.


I to właściwie wszystko co chciałem napisać o najwspanialszym okresie w dziejach najwspanialszego miasta Mezopotamii. Za murami miasta wewnętrznego, na stosunkowo niewielkim obszarze, znajdowało się tyle wspaniałych budowli, że spokojnie mogłyby one zająć połowę listy cudów świata starożytnego. Etemenanki, Brama Isztar, most na Eufracie... Niestety "greccy spece od turystyki" umieścili na niej tylko wiszące ogrody. Wierzę jednak, że to "niedopatrzenie" nie sprawi, że my zapomnimy o wspaniałościach tego miasta. Dziś dla wielu słowo "Babilon" jest synonimem "systemu". Może i starożytny Babilon był miejscem, którego potęgę zbudowano kosztem wyzysku i cierpienia ludzi- to fakt- ale nie ulega przy tym wątpliwości, że był przede wszystkim miejscem wspaniałym i wielkim, wręcz magicznym. Miejscem, które w pełni zasługuje na miano "kolebki cywilizacji".

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Pierwsza krucjata

Dzisiaj dosyć długi tekst, więc bez zbytecznej pisaniny informuję tylko, że pochodzi on z numeru 3/2006. Smacznego.


18 listopada 1095 oficjalnie rozpoczęła się jedna z największych zbiorowych psychoz w historii ludzkości. Szaleństwo, które miało trwać przez blisko dwieście kolejnych lat.

Tego dnia, na zwołanym przez siebie do Clermont synodzie, papież Urban II wygłosił swą słynną mowę, w której padło wiele gorących słów na temat sytuacji chrześcijan w Ziemi Świętej. Wszystkich zebranych owo przemówienie tak głęboko poruszyło, że zaczęli masowo zgłaszać swój udział w wyprawie, mającej na celu wyrwanie Palestyny z rąk Turków Seldżuków. Termin wymarszu ustalono na 15 sierpnia 1096 roku. Do tego czasu duchowieństwo miało się zająć propagandą, tak wśród rycerstwa, jak i mas chłopskich. Zwłaszcza te ostatnie były podatne na agitację. Nie dziwi, więc fakt, że jeszcze przed oficjalną pierwszą krucjatą wyruszyła wyprawa ludowa. Większość jej uczestników stanowili chłopi zamieszkujący północne pogranicze Francji i Cesarstwa. Wyjaśnieniem tego stanu rzeczy jest fakt, że w owym czasie teren ten dotknęła klęska nieurodzaju. Na czele wyprawy stanął charyzmatyczny pustelnik- Piotr z Amiens. 1 sierpnia 1096 dwa (z pięciu) oddziały wojsk chłopskich dotarły do Konstantynopola i przeprawiły się na brzeg azjatycki. Ta nietypowa armia została kompletnie wytępiona już w pierwszej bitwie z Turkami, do jakiej doszło pod Niceą.


Później wyruszyła krucjata rycerska. Jej skład obliczano na 300 000 ludzi (należy pamiętać, że rycerzom towarzyszyła służba, a nierzadko również rodziny). Tak wielką armię jeszcze przed wymarszem postanowiono podzielić na trzy kolumny, które miały udać się do Konstantynopola różnymi drogami. Na czele Lotaryńczyków stanął książę Gotfryd z Bouillon, któremu towarzyszył młodszy brat- Baldwin. Dowodzone przez niego wojska miały ruszyć doliną Dunaju. Normanami włoskimi dowodził Boemund z Tarentu, który wraz ze swym siostrzeńcem Tankredem i podlegającym sobie wojskiem przeprawił się przez cieśninę Otranto. Hrabia Tuluzy Rajmund z Saint-Gilles wraz z legatem papieskim Ademarem z Monteil poprowadził Prowansalczyków przez północne Włochy i Dalmację. Morzem z kolei dotarli do Durazzo (wypłynąwszy z portu Barii w południowych Włoszech) mieszkańcy północnej Francji i Flandrii, na których czele stał Robert ks. Normandii, Stefan hr. Blois i Robert hr. Flandrii. Jak więc widać zarówno skład, dowództwo, jak i trasa marszu pierwszej krucjaty była bardzo urozmaicona. Warto tutaj wspomnieć, że każdym z dowódców kierowały własne ambicje i plany dotyczące Ziemi Świętej. Szczególnie zaś wybijali się na tle pozostały (tak pod względem ambicji, jak i temperamentu) Baldwin i Boemund z Tarentu.

Z końcem 1096 roku krzyżowcy zaczęli gromadzić się pod murami Konstantynopola. Ich widok przerażał cesarza Aleksego Komnenosa i jego poddanych, którzy w rycerzach zachodu dostrzegali bardziej prymitywnych barbarzyńców i potencjalne zagrożenie, niż szlachetnych obrońców przed agresją turecką. Dzięki swojemu kunsztowi dyplomatycznemu Aleksy nakłonił krzyżowców do złożenia przysięgi lennej i oddania w jego ręce wszystkich zdobytych przez nich miast, które niegdyś należały do Bizancjum. Po tym wydarzeniu wojska krzyżowców zaczęto stopniowo przewozić na drugi brzeg Bosforu. W reszcie 6 maja 1097 armia zachodu, wraz z wojskami Cesarstwa Wschodu, stanęła pod murami Nicei. Miasto zdobyto po sześciu tygodniach oblężenia. Wpuszczono jednak do niego tylko wojska Bizancjum, co stało się początkiem, narastających stopniowo, nieporozumień między Grekami a rycerstwem zachodu. Po tym zwycięstwie ruszono najkrótszą drogą przez Wyżynę Anatolijska, wprost do Wrót Cylicyjskich, w górach Taurus. W trakcie wędrówki krzyżowcy natknęli się pod Doryleum na spóźnioną odsiecz turecką dla Nicei. Bitwa jaka wówczas rozgorzała została przez Europejczyków wygrana z wielkim trudem. Kiedy wydawało się już, że Turcy odniosą spektakularne zwycięstwo, szala zwycięstwa przechyliła się na stronę krzyżowców, dzięki zastosowaniu ich największego atutu, czyli szarży ciężkozbrojnej jazdy. Lekkie i zwrotne oddziały Turków zostały rozniesione na kopytach "pancernych" koni. Dalszy przemarsz przez Wyżynę Anatolijską był dla krzyżowców prawdziwą mordęgą. Klimat, brak osiedli ludzkich, kończące się zapasy, choroby- wszystko to przyczyniło się do znacznego uszczuplenia szeregów ich armii. W reszcie dotarto do zamieszkanych terenów. Po krótkim odpoczynku armia krzyżowców znów mogła sprawnie działać. Mocno przesadzone wieści o jej niezwyciężoności tylko pomagały krzyżowcom w kolejnych bitwach i podbojach. Dzięki temu m.in. odniesiono zwycięstwo pod Herakleją i opanowano ostatecznie emirat Ikonium. Po przejściu Wyżyny Antolijskiej od armii krzyżowców odłączyły się oddziały Tankreda i Baldwina, próbując podbojów na własną rękę. Główne siły krzyżowców ruszyły zaś na północ i udzieliły pomocy Ormianom, którzy walczyli z Turkami w okolicy Cezarei kapadockiej. Dzięki temu, chrześcijanom udało się oddzielić emirat Ikonium od pozostałych państw seldżuckich. W tym czasie Baldwin pośpieszył do Edessy, aby udzielić pomocy tamtejszemu ormiańskiemu władcy, Thorosowi. Podstępem i przemocą zdobył jednak jego tron i w łuku Eufratu utworzył pierwsze państewko łacińskie- hrabstwo Edessy.


20 października 1097 główna armia krzyżowców stanęła pod murami Antiochii, w Syrii. Opanowanie doskonale ufortyfikowanego miasta (10 kilometrów muru obronnego, 450 wież, garnizon liczący 16 tysięcy żołnierzy) nie było jednak zadaniem łatwym i przyniosło krzyżowcom dotkliwe straty. Włoskie i angielskie okręty dostarczyły w tym czasie krzyżowcom posiłki wojskowe i specjalistów od budowy machin oblężniczych. Boemundowi z Tarentu udało się z kolei przekupić obrońców jednej z wież i w nocy z 2 na 3 czerwca 1098 wedrzeć do miasta, otworzyć bramy i z pomocą reszty krzyżowców opanować miasto. Krótko po tym zwycięstwie pod miasto przybyła odsiecz turecka, prowadzona przez emira Mossulu, Kerboghę. Nad zamkniętymi w twierdzy krzyżowcami zawisło widmo głodu. Zjadano konie, zwierzęta juczne, korzenie, chwasty, a nawet skóry z tarcz i buty. Zapał do walki próbowano podsycić, przez głoszenie opowieści o wizjach, jakich mieli doświadczać niektórzy rycerze i kapłani. Największy spryt wykazał tutaj Rajmund z Tuluzy, który zaaranżował poszukiwania włóczni św. Maurycego, którą w końcu odnaleziono w miejscowej katedrze i od razu uznano za Znak Boży. 28 czerwca prawie cała armia krzyżowców (w mieście pozostał tylko mały oddział) wyszła na przedpola Antiochii i w bezpośredniej walce rozgromiła wojska Kerbogha. Wielką zasługę w tym zwycięstwie należy przypisać dowodzącemu obrońcami Boemundowi z Tarentu, który nie pozwolił Turkom na okrążenie swoich wojsk.

Po tym zwycięstwie nastąpił długi okres stagnacji. Dopiero w styczniu 1099, pod naciskiem drobnego rycerstwa, dowódcy wyprawy postanowili podjąć marsz na Jerozolimę. Na czele uszczuplonej, 20- tysięcznej armii, stanął Rajmund z Saint-Gilles. W czasie kiedy Krzyżowcy odnosili kolejne zwycięstwa w Syrii, Fatymidzi rządzący w tym czasie kalifatem egipskim, postanowili rewindykować Palestynę. Seldżucy byli wówczas bardzo osłabieni, więc zamiar ten udało im się wprowadzić w życie wyjątkowo łatwo. Teraz Fatymidzi widzieli w krzyżowcach swych naturalnych sojuszników w walce z Turkami. Pyszni i pewni swej siły Europejczycy odrzucili jednak propozycję sojuszu. W wyniku tego stanęli w obliczu nowego wroga- Fatymidów. Podczas marszu przez Palestynę łacinnicy (tak nazywano krzyżowców na wschodzie) nie spotkali się z poważniejszym oporem Arabów. Stało się, więc jasnym, że losy wyprawy rozstrzygną się dopiero pod murami Świętego Miasta. Do Jerozolimy dotarto 7 czerwca 1099 roku. Pierwsze szturmy zakończyły się niepowodzeniem. Wówczas znowu krzyżowcom przyszły z pomocą włoskie statki, które tym razem lądowały w Jaffie. Przywiozły one prowiant, broń i materiały niezbędne do budowy machin oblężniczych. W początkach lipca, w obozie krzyżowców pojawiły się pogłoski o nadciągającej w kierunku Jerozolimy, armii egipskiej. Uznano, że nie można już dłużej zwlekać z ostatecznym szturmem. Rozpoczął się on w nocy z 13 na 14 lipca i trwał cały kolejny dzień. W nocy zaprzestano walki, by podjąć ją na nowo rankiem 15 lipca. Koło południa tegoż dnia do miasta wdarł się Gotfryd z Bouillon wraz ze swoimi żołnierzami. Niedługo po nim to samo uczynili również inni dowódcy i ich oddziały. Opór obrońców został przełamany. Rozpoczęła się nieopisana rzeź mieszkańców miasta. Zabijano każdego, nie ważne czy na ulicy, w domu, czy w meczecie. Największej masakry dokonano w meczecie al-Aksa, gdzie zginęło prawie dziesięć tysięcy osób. W całym mieście zginęło wówczas około 40 000 ludzi, z czego większość stanowili cywile. Po zaspokojeniu żądzy mordu przystąpiono do grabieży Świętego Miasta. Sama masakra miasta rzuciła, co prawda strach na ludność Palestyny, ale przy tym nie tylko nie osłabiła jej woli oporu, lecz dodatkowo ją wzmogła.


Po tym zwycięstwie w Palestynie utworzone zostało Królestwo Jerozolimskie (na początku będące w istocie państwem kościelnym, a nie królestwem). Jego naczelnikiem obrano Gotfryda z Bouillon, który przyjął tytuł "Obrońcy Grobu Świętego". Rychła śmierć Gotfryda (18 VIII 1100) sprawiła, że rządy po nim objął Baldwin- hrabia Edessy i brat zmarłego. Władca ten nie był tak uległy wpływom dostojników kościelnych jak Gotfryd, co uwidacznia się już w samym fakcie przyjęcia przez niego tytułu królewskiego. I to właśnie on był faktycznym twórcą Królestwa Jerozolimskiego, które pod jego rządami (trwającymi 18 lat) przekształciło się w silne państwo, posiadające zwierzchnictwo nad innymi państewkami łacinników na wschodzie.

Pierwsza krucjata była w zasadzie jedyną, która odniosła faktyczny sukces. Każda kolejna wyprawa krzyżowa albo kończyła się totalną porażką, albo jej sukcesy były niewspółmierne do poniesionych trudów. Jak wytłumaczyć ewenement pierwszej krucjaty? Fanatyzmem rycerzy, przebiegłością dowódców, a może sprytnymi manipulacjami duchowieństwa? Na pewno składało się na niego wiele rozmaitych czynników, które połączone razem przyczyniły się do powstania prawdziwego ewenementu: powstania iście europejskiego państwa, w samym sercu arabskiego Bliskiego Wschodu. Państwa, które targane różnymi kolejami losu, coraz bardziej się kurczyło, aby w końcu w 1291 roku całkowicie zniknąć z map (wówczas to padła ostatnia twierdza krzyżowców w Palestynie- Akka).

niedziela, 14 grudnia 2008

Cesarstwo Rzymskie a barbarzyńcy

Zabrałem się ponownie do pracy magisterskiej. Znaczy poczytałem trochę, a za chwilę postaram się coś napisać. Z tej okazji planowałem wrzucić tekst, traktujący o bitwie, którą się zajmuję, lecz doszedłem do wniosku, że jest on w zasadzie częścią mojej magisterki, więc jej publikację (choćby fragmentaryczną) zostawię sobie jednak na okres "po obronie". Zamiast tego inny tekst historyczny- pierwotnie zamieszczony w numerze 6/2005. Ciekawostka: jest to przerobione kolokwium, które pisałem na zajęciach z historii powszechnej średniowiecza. Chyba 4 dostałem, więc tekst jest dobry... acz pozbawiony szczegółów.

Wielu ludziom upadek Cesarstwa Rzymskiego kojarzy się z najazdem barbarzyńców. Oczywiście jest to skojarzenie jak najbardziej słuszne, lecz należy pamiętać, że na upadek rzymskiego imperium złożyło się wiele różnorakich czynników (głównie gospodarczych), a kolejne najazdy ludów barbarzyńskich na terytorium cesarstwa były raczej efektem, niż przyczyną, osłabienia potężnego państwa. Po prostu Rzym był już wówczas kolosem na glinianych nogach. Należy też pamiętać, że najazdy barbarzyńskie na cesarstwo były zjawiskiem długotrwałym, trwającym ponad wiek. Z tego też względu na omówienie ich wszystkich należy poświęcić wiele miejsca i uwagi. Ja w poniższym artykule skupię się głównie na najwcześniejszym, przełomowym etapie barbarzyńskiej inwazji, gdyż to w nim najlepiej widoczna jest ówczesna słabość, niegdyś niepokonanego, Imperium Romanum.


Na wstępie trzeba zaznaczyć, że barbarzyńcy przybywali na teren cesarstwa, w mniejszych grupach, praktycznie cały czas. Wielu z nich było najemnikami w rzymskiej armii. Szczególnie jednak problem barbaryzacji armii przybrał na sile w ciągu IV w.n.e. Barbarzyńcy wówczas przekraczali Dunaj i Ren stopniowo napływając na terytorium imperium. Zmniejszająca się liczba żołnierzy, pochodzących z terenów cesarstwa, sprawiła, że do armii chętnie wcielano ludność obcą. Z czasem większość rzymskiego wojska stanowili barbarzyńcy, a wywodzący się z nich dowódcy nierzadko zdobywali w armii silną pozycję i robili błyskotliwe kariery. Jednak największy napływ ludów barbarzyńskich na teren cesarstwa nastąpił po 376 r.- była to tzw. wielka wędrówka ludów.

W drugiej połowie IV wieku susza na terenach środkowej Azji spowodowała, że zamieszkujące je koczownicze plemiona Hunów przesunęły się zachód. Dotarły nad Morze Czarne, skąd wyparły Ostrogotów, a ci z kolei wkroczyli na tereny Wizygotów. Wizygoci uciekając przed naporem Ostrogotów poprosili o możliwość schronienia się na terytorium cesarstwa. Otrzymali to pozwolenie- mogli osiedlić się w Mezji. Szybko jednak miejscowa ludność wszczęła bunty, niezadowolona z tego, że barbarzyńcy, jako "sprzymierzeńcy" mają większe prawa. W tym czasie Wizygoci zaczęli przemieszczać się w kierunku Konstantynopola. Rozumiejący zagrożenie, ale nie doceniający siły przeciwnika, rządzący wschodnią częścią cesarstwa, cesarz Walens wyruszył przeciw wizygockiej armii. Postanowił nie czekać na pomoc z zachodu i 9.VIII.378 r. stoczył pod Adrianopolem bitwę, w której jego wojska doznały druzgocącej porażki, a on sam zginął. Na zachodzie w tym czasie rządził cesarz Gracjan. Po śmierci Walensa za współcesarza dobrał on sobie Teodozjusza, dzięki to, któremu w 382 roku udało się zawrzeć pokój z Wizygotami i nakłonić ich do wycofania się z powrotem do Mezji.

Wkrótce Gracjan zmarł, a Teodozjusz objął pełnię władzy- władzy, która była tak silna, że udało mu się narzucić na cesarzy swoich dwóch młodocianych synów: Honuriusza i Arkadiusza. Kiedy w 395 roku Teodozjusz umarł, dokonał się faktyczny podział Cesarstwa Rzymskiego na Wschód i Zachód. Podział ten przebiegał mniej więcej wzdłuż linii wpływów języka łacińskiego (Zachód) i greckiego (Wschód). Władcą Wchodu został Arkadiusz, którego opiekunem mianowano Rufiusa. Natomiast władzę nad Zachodem objął Honoriusz, którego opiekunem został Stylichon (Flavius Stylicho). Rzeczywista władza nad obiema częściami cesarstwa spoczywała w rękach opiekunów, a nie małoletnich cesarzy. Szczególnie silną pozycję uzyskał Stylichon, który będąc faktycznym władcą Zachodu pragnął także rządzić Wschodem. Warto tutaj zaznaczyć, że ten utalentowany dowódca i polityk był synem Rzymianki i Wandala, a więc sam stanowił doskonały przykład tego, do jak znacznych pozycji w państwie dochodzili barbarzyńcy (tutaj akurat pół-barbarzyńca).


Na przełomie 405/406 roku cesarstwu zaczęli zagrażać barbarzyńcy pod wodzą Radagajsa, którzy przekroczyli w znacznej liczbie Dunaj i stopniowo posuwali się w głąb Półwyspu Apenińskiego. Honoriusz schronił się w Rawennie, a Stylichon w tym czasie do obrony Rzymu ściągnął z Galii tamtejsze legiony. Samą Galię zaś pozostawił pod opieką "sprzymierzeńców" frankijskich. Radagajs został odparty, ale wycofując się wprawił w ruch plemiona Wandalów, Alanów i Swebów, które przekroczyły Ren i wtargnęły do Galii. Słabo broniona Galia nie miała szans w walce z napierającymi ze Wschodu przeciwnikami, więc stacjonujące w Brytanii legiony (większość tamtejszych legionistów stanowili Germanowie) obrali jednego z dowódców, Konstantyna, cesarzem i ewakuowały wyspę, z zamiarem pomocy napadniętej Galii. W tym momencie na jej terenie rozpoczęła się wojna domowa. Stylichon był zmuszony wezwać na pomoc Wizygotów. Wówczas oskarżono go o sympatie germańskie. Nastała fala wystąpień antygermańskich, w wyniku, której zginął Stylichon (w 408 r. w Rawennie) oraz wiele niewinnych rodzin germańskich, żyjących na terytorium cesarstwa. W dalszym toku wydarzeń Germanowie zwrócili się do Alaryka, wodza Wizygotów, o pomszczenie doznanych krzywd. Alaryk najechał Półwysep Apeniński i w 410 roku zdobył Rzym, który grabiono przez trzy dni. Następnie ruszył na południe z zamiarem dotarcia do Afryki, ale burza zniszczyła jego flotę, więc musiał z powrotem ruszyć na północ. W czasie tej drogi powrotnej zmarł. Z kolei jeszcze w 409 r. Wandalowie, Alanowie i Swebowie z Galii przedostali się na Półwysep Iberyjski.

Na terytorium cesarstwa powstało wiele, praktycznie niezależnych, półpaństewek barbarzyńskich, którymi rządzili królowie (rex). Uznawali oni, co prawda zwierzchnią władzę Rzymu, ale w istocie byli to już władcy, którzy w rządach mieli pełnię swobody. Oto jak przedstawiał się stan "posiadania" barbarzyńskiego w Cesarstwie Zachodnim, w pierwszym ćwierćwieczu piątego stulecia naszej ery. Na obszarze Panonii osiedli Ostrogoci. W Galii: między dolnym Renem, Skaldą i Lasem Ardeńskim- Frankowie, między Pirenejami a Garonną- Wizygoci, nad Renem w okolicach Wormacji i Spiry- Burgundowie, w Alzacji- Alamanowie, nad kanałem La Manche- Sasi, na Półwyspie Armorykańskim- Brytowie. Z kolei na Półwyspie Iberyjskim swój stan posiadania próbowali utrwalić: Wandalowie, Alanowie i Swebowie.

W 429 roku Wandalowie wykorzystali panujące w Afryce zamieszki, przeprawili się przez cieśninę Gibraltarską i rozpoczęli podbój tego kontynentu (a konkretniej jego rzymskiej części).Aby zapobiec ich najazdowi na Sycylię i Italię, Rzym musiał zgodzić się oficjalnie uznać ten zabór Afryki. Uczynił to w 435, pod warunkiem uiszczania przez państwo Wandalów niewysokiej daniny rocznej.

W roku 451 Galia stanęła w obliczu poważnego zagrożenia ze strony Hunów. Plemię to, pod rządami swego najsłynniejszego wodza- Attyli, podjęło nową ofensywę przeciw Zachodowi. Hunowie posuwali się wzdłuż pogranicza cesarstwa, po obu stronach Dunaju. W końcu przekroczyli Ren i wtargnęli do Galii. W tym czasie na straży Galii stał Aecjusz- dowódca tamtejszych wojsk rzymskich, któremu wcześniej udało nakłonić się mieszkańców tego rejonu do uznania zwierzchności Rzymu. Wypada tutaj wspomnieć, że Aecjusz był postacią niezwykle intrygującą, wybitnym dowódcą i ostatnim prawdziwym obrońcą Cesarstwa Zachodniego. Koleje jego losów to jednak temat na całkiem inny, naprawdę obszerny artykuł. Wróćmy, więc do sprawy najazdu Hunów do Galii. Cesarzowi i Aecjuszowi udało się nakłonić króla Wizygotów Teodoryka I do zawarcia sojuszu przeciw najeźdźcom. Do decydującej bitwy doszło na Polach Katalaunijskich w czerwcu 451 roku. Siły obrońców miały przewagę, Wizygotom udało się nawet zagrozić życiu samego Atylli, jednak w bitwie poległ Teodoryk. Mimo wszystko Atylli zdołał się wycofać, gdyż Aecjusz pozwolił Wizygotom odejść. W roku następnym Hunowie próbowali jeszcze szczęścia w Italii, jednak w wyniku dywersji wojskowej Konstantynopola (wojska cesarza Marcjana zaatakowały wschodnie posiadłości Hunów), musieli się wycofać. Ponoć do wycofania się Atylli z Italii miał się przyczynić również papież Leon I, który w tym czasie, wraz z dwoma senatorami, przybył do obozu wodza Hunów. W toku tych wszystkich wydarzeń Aecjusz wyrósł z dowódcy prowincjonalnej armii na prawdziwego regenta, który opanował ciężką sytuację w Cesarstwie. Wzbudził tym jednak zawiść wpływowej kamaryli dworskiej i w wyniku uknutego spisku został zamordowany w 454 roku.

Rok później Wandalowie, dowodzeni przez Genzeryka, złupili Rzym. To właśnie od tego wydarzenia wziął swą nazwę termin wandalizm. Co ciekawe jednak Wandalowie grabili Rzym bardzo rozważnie- nie przelewali krwi mieszkańców, a rozkradali tylko najbardziej cenne przedmioty. Nie było mowy o bezsensownych zniszczeniach czy jakichkolwiek pożarach. Skąd, więc tak negatywne znaczenie terminu wandal? Zostawmy może to pytanie i wróćmy do tego, co działo się w cesarstwie.

Po śmierci Aecjusza "sprzymierzeńcy" galijscy zaczęli zrywać ostatnie więzy zależności. Wizygoci rozpoczęli podbój Akwitanii i ziem Półwyspu Iberyjskiego, zaś związek tego ostatniego i Galii uległ faktycznemu zerwaniu. Trzeba wspomnieć, że od śmierci Aecjusz (454) aż do symbolicznej daty upadku Cesarstwa Zachodniego (476) władzę w Rzymie sprawowało dziesięciu kolejnych cesarzy. Władcy ci byli jednak w istocie marionetkami w rękach dowódców rzymskiej armii. W 475, na żądanie Orestesa, naczelnego wodza, władzę oddano jego małoletniemu synowi Romulusowi. Oczywiście za syna władzę sprawował ojciec, ale jakieś pozory trzeba było zachować. Zasięg władzy, tego ostatniego cesarza Zachodu, ograniczał się praktycznie tylko do Italii i pod żadnym pozorem nie mógł się równać z tym, jaki posiadali jego wielcy poprzednicy z czasów świetności Imperium. Armia Orestesa, zakwaterowana w Ligurii, miała większe prawa niż inne wojska Rzymu. To doprowadziło do buntu, na czele, którego stanął Odoaker. Dowódca buntu przejął władzę w Rzymie już w 476 roku, zabił Orestesa, ale młodego Romulusa ocalił, pozbawiając go jednak władzy. Odoaker pragnął samodzielności, więc rozpoczął rokowania z Konstantynopolem. W 480 doszło wreszcie do porozumienia- Odoaker został namiestnikiem Italii pod zwierzchnictwem cesarza Wschodu, a insygnia cesarskie Romulusa zostały odesłane do Konstantynopola.

Już jednak w 488 cesarz Zenon, chcąc pozbyć się kłopotliwych Ostrogotów, rządzonych przez króla Todoryka Wielkiego, wysłał ich do Italii, aby tam pozbawili władzy Odoakra. W 493 wojska Tedoryka, po ciężkich walkach, pokonały Odakara i jego stronników. Tym samym zakończyła się, trwająca od 476, agonia Cesarstwa Zachodniego i rozpoczął nowy etap w dziejach Italii- państwo Ostrogotów, które sprawnie rządzone, przez Teodoryka zyskało pewną potęgę, która w niczym jednak nie mogła się równać z dawnym Rzymem.

W tymże momencie na dobre skończyła się historia Cesarstwa Rzymskiego, jako wielkiego światowego imperium. Odtąd istniało tylko Cesarstwo Wschodnie- Bizancjum, które przechowało pamięć o dawnych czasach chwały i potęgi. Pamięć ta później pobudziła do działania cesarz Justyniana, który pragnął odbudować potęgę Cesarstwa Rzymskiego. Lecz to już temat na odrębną opowieść.

niedziela, 7 grudnia 2008

Aleksander Wielki

Niedziela to tak leniwy dzień, że bardziej już się chyba nie da. Zawsze udawało mi się zamieszczać nowe posty przed południem, a tym razem dopiero godzina 17 mnie zmobilizowała. Niemniej muszę się pochwalić, że przed chwilą skończyłem kampanię Orków w "WarCraft 2" (niedługo będzie tutaj coś więcej o tej grze) i przeczytałem nowego "Wilqa" (świeżą reckę też tutaj zamieszczę... jak tylko ją napiszę). Poza tym na Alei Komiksu wisi moja nowa recenzja. Mam nadzieję, że komuś przypadnie ona gustu i przekona do zapoznania się z "Możemy zostać przyjaciółmi". A poniżej zamieszczam tekst o tematyce historycznej (tak, takie też pisałem dla "Reset-Forever"), który pochodzi z numeru 2/2005. Cóż, kierunek studiów zobowiązuje...

Za sprawą filmu Olivera Stone’a Aleksander Wielki na nowo rozpalił wyobraźnię milionów ludzi. No bo jak tu się nie fascynować czynami tego macedońskiego władcy? Władcy, który przez kolejne wieki był niedościgłym wzorem dla całej masy rozmaitych strategów, dowódców i wojowników. Proponuję teraz przyjrzeć się bliżej tej niezwykle interesującej, historycznej postaci. Zostawmy jednak życie osobiste Aleksandra (w końcu ile można wałkować temat jego homo-, czy raczej biseksualizmu?) i skupmy się na tym co najciekawsze, czyli... podbojach.


Aleksander urodził się w 356 r. p. n. e. Jego ojcem był Filip II, król rządzący Macedonią w latach 359-336 p. n. e., a matką córka władcy Epiru: Olimpias. To właśnie Filip uczył młodego Aleksandra wojskowości. Nauczycielem chłopca był również, przez kilka lat, słynny grecki filozof Arystoteles (ten już, rzecz jasna, uczył innych rzeczy niż wojskowość...). W wieku 16 lat Aleksander pierwszy raz poprowadził zbrojny oddział do walki, a w dwa lata później dowodził już znaczną częścią macedońskiej armii w bitwie pod Cheroneą. Bitwa ta umożliwiła Filipowi II rozciągnięcie swojego zwierzchnictwa nad Grecją. Wkrótce potem król Macedonii rozpoczął przygotowania do podboju Persji. Plany pokrzyżowała mu jednak śmierć, która dosięgła go z ręki członka własnej straży przybocznej. Ponoć do śmierci przyczyniła się również sama królowa (nie bez wiedzy Aleksandra). Jest to jednak wyłącznie hipoteza. Tak, czy owak w 336 r. p. n. e., dwudziestoletni wówczas, Aleksander wstąpił na tron Macedonii.

Pierwszym posunięciem nowego króla było rozprawienie się z zabójcą ojca i opozycją, która stanowiła zagrożenie dla jego rządów. Filip II pozostawił po sobie świetnie wyszkoloną, zdyscyplinowaną i przede wszystkim lojalną armię. To ona i jej wodzowie (głównie Permenion i Antypart) stanowili główną siłę Aleksandra. Pierwszą wyprawę wojenną podjął Aleksander w głąb Półwyspu Bałkańskiego, aby stłumić bunty tamtejszej ludności, która miała nadzieję, że w czasie rządów młodego (i w ich mniemaniu niedoświadczonego króla) zdoła zrzucić macedońskie jarzmo. W tym samym czasie Demostenes doprowadził w Grecji do anty-macedońskiego powstania. Na wieść o tym Aleksander natychmiast ruszył na Teby, które szybko zdobył i zniszczył, a zamieszkującą je ludność sprzedał do niewoli. Po tym wydarzeniu powstanie załamało się (w 335 r. p. n. e.), a Grecy już nigdy, za rządów Aleksandra, nie dokonali równie zuchwałego zrywu przeciw Macedonii.

Młody wódz zabezpieczył tereny zdobyte przez swego ojca, więc mógł teraz przystąpić do dzieła, które Filip II zdążył tylko zaplanować- podboju Persji. Ukończywszy przygotowania, wiosną 334 r. p. n. e., ruszył Aleksander, na czele armii liczącej 30 tys. żołnierzy piechoty i ok. 5 tys. jazdy, ku Hellespontowi. Na straży Macedonii pozostawił zaś kilkanaście tysięcy żołnierzy, którymi dowodził Antypatr. Warto w tym miejscu wspomnieć coś więcej o składzie doskonale wyszkolonej, macedońskiej armii. Jej trzon stanowiły oddziały ciężkozbrojnych hetajrów, którzy uzbrojeni byli w sarissy (ponad cztero-metrowe włócznie). Wsparciem dla nich były oddziały lekko- i ciężkozbrojnej piechoty i jazdy, które miały za zadanie oskrzydlanie wroga lub wdzieranie się w, utworzone uprzednio przez hetajrów, wyłomy w jego obronie. Ważnym składnikiem macedońskiej armii były jednostki wojsk inżynieryjnych, które odpowiadały za przygotowanie katapult i innych machin oblężniczych. Wracając jednak do samej wyprawy: posuwając się wzdłuż azjatyckiego wybrzeża Morza Śródziemnego oddziały macedońskie napotkały opór silny opór wroga dopiero nad rzeką Granikiem. Aleksander odniósł wówczas spektakularne zwycięstwo, w walce z przeważającym przeciwnikiem nie tracąc nawet stu ludzi. Następnie opanował Sardes i zachodnie wybrzeże Azji Mniejszej. Poważniejszy opór perskich załóg napotkał wówczas jedynie w Hilakarnanie i Milecie. Po opanowaniu środkowej Azji Mniejszej armia Aleksandra przeprawiła się przez góry Tauros i stanęła u wrót Syrii.

W tym czasie na Morzu Egejskim rozpoczęła się ofensywa perskiej floty. Persowie chcieli, przy czynnym udziale Aten, odciąć armię Aleksandra od Macedonii i wówczas zaatakować Antypatra. Siły ich jednak nie były zbyt liczne, a dodatkowo brakowało im utalentowanych dowódców, więc cały plan szybko załamał się. Aleksander, będąc pod wrażeniem tej śmiałej akcji, postanowił wpierw opanować nadmorskie prowincje Persji (Syrię, Fenicję, Cypr, Egipt). W ten sposób bowiem pozbawiłby perską flotę baz operacyjnych (czyli portów) i uniemożliwił przyszłe, podobne jak opisana wyżej, akcje Persów.

Wojska Aleksandra posuwały się systematycznie cały czas na południe. Kolejny silniejszy opór przeciwnika napotkały dopiero w 333 roku p. n. e. pod Issos, kiedy to zostały zaatakowane od tyłu przez liczniejsze (co najmniej trzykrotnie) siły perskie, którymi dowodził sam król Persji- Dariusz III. Persowie początkowo mieli znaczną przewagę, jednak w wyniku taktycznych błędów ostatecznie odnieśli sromotną klęskę. W bitwie tej kolejny raz dała o sobie znać przewaga w wyszkoleniu i uzbrojeniu macedońskiej armii. Wojska Dariusza III tak szybko wycofywały się z placu boju, że zostawiły na nim królewską matkę, żonę i dzieci. O dziwo jednak (zważywszy na jego wcześniejsze postępowania) Aleksander potraktował królewską rodzinę niezwykle łagodnie. Podobnie postąpił z perskimi żołnierzami, którym dał możliwość wstąpienia do macedońskiej armii. Był to przejaw nowej polityki Aleksandra, który chciał dla swoich planów pozyskać ludność Persji.

W 334 r. p. n. e. Aleksander przez siedem miesięcy prowadził oblężenie Tyru. W końcu zdobył ten fenicki port, co udało mu się dzięki zbudowaniu grobli, po której jego oddziały dostały się do miasta. Po tym zwycięstwie Aleksander kontynuował swój marsz na południe. Po dwóch miesiącach zdobył Gazę, a następnie Egipt, w którym to założył (pod koniec 332 p. n. e.) nowy, wielki ośrodek greckiego świata: Aleksandrię. W Egipcie został również przekonany, przez tamtejszych kapłanów, o swojej boskości.


Wiosną 331 podjął nową wyprawę. Kierując się z powrotem na północ, a następnie na wschód, wtargnął do górnej Mezopotamii. Tutaj , pomiędzy Arbelą i Gaugamelą, czekał już na niego Dariusz III, ze swoim liczniejszym (a jakże) wojskiem. Stoczona w tym miejscu bitwa była kolejnym spektakularnym sukcesem Aleksandra, który rozgromił Persów, pokładających swoje nadzieje na zwycięstwo głównie w kawalerii. Dzięki zaćmieniu księżyca, jakie wówczas miało miejsce, datę tego starcia można ustalić jako 1 października 331 r. p. n. e. Po tym zwycięstwie wojsko uznało Aleksandra za króla Azji i prawowitego następcę władców perskich. Ten status ugruntował się dodatkowo po zamordowaniu przez spiskowców Dariusza, w 330 p. n. e. Podbój imperium Persów zakończył siew latach 329-327 p. n. e., kiedy to opanowany został północno-wschodni Iran.

Po tych wszystkich wspaniałych zwycięstwach Aleksander zapragnął podbić Indie. Pierwszym krokiem, mającym przyczynić się do spełnienia tego marzenia, była bitwa nad rzeką Hydaspes, w której to pokonany został jeden z indyjskich władców: Poros. W szeregach armii, jakiej wówczas żołnierze Aleksandra stawili czoła, znajdowało się m. in. ponad 200 słoni bojowych. Wygrana pozwoliła Macedończykom na opanowanie całego Pendżabu. Aleksander był cały czas głodny nowych sukcesów, uległ jednak swoim żołnierzom, którzy, zmęczeni nieustannymi walkami, domagali się powrotu do domu. Wojska macedońskie pociągnęły wówczas wzdłuż Indusu na południe. W 325 r. p. n. e. dotarły do Oceanu Indyjskiego. Tutaj zostały podzielone na dwie części. Jedna, pod wodzą Nearcha, popłynęła wzdłuż wybrzeży Iranu do ujścia Eufratu i Tygrysu, a druga, pod komendą Aleksandra, ruszyła lądem, przez południowy Iran docierając do Suzy.

Teraz Aleksander zaczął snuć nowe plany. Jego celem miały być kolejno: Arabia, Kartagina, Italia. Jednak w czasie przygotowań do wyprawy do Arabii Aleksander zachorował i 13 czerwca 323 roku zmarł w Babilonie. Miał wówczas 33 lata. Przyczyna jego śmierci pozostaje tajemnicą. Możliwe, że został otruty, ale bardziej prawdopodobny wydaje się zgon z powodu malarii lub zapalenia płuc.

Aleksander jest jednym z najwybitniejszych wodzów w dziejach świata. Można uznać go za pierwszego prawdziwego stratega. Przed nim bitwy były chaotyczne. On uczynił z nich „taktyczny spektakl”, w którym kolejne posunięcia wynikały z poprzednich, a poszczególne oddziały doskonale się uzupełniały. Wzorował się na nim każdy kolejny, wielki strateg. Kto wie, może gdyby nie podboje Aleksandra nie byłoby zwycięstw Napoleona? Największy z władców Macedonii popełnił jednak jeden poważny błąd: zbytnio ufał we własną boskość i nieśmiertelność, przez co nie wyznaczył swojego następcy. W kolejnych latach doprowadziło to do walk pomiędzy poszczególnymi dowódcami macedońskiej armii i w konsekwencji do rozbicia imperium Aleksandra.