niedziela, 14 czerwca 2009

Sześciokącik StarCrafta #6

Co prawda, beta StarCrafta 2 nadal się nie pojawiła, ale Sześciokącik jest idealnym sposobem na uzupełnianie tego bloga, zatem zapraszam do krótkiego przeglądu tego, co przez ostatni miesiąc szczególnie przypadło mi do gustu. Niby to szósta odsłona Sześciokącika, zatem powinna być tą ostatnią, ale zapewniam, że tak się nie stanie i jeszcze nie raz poskrobię coś o StarCrafcie.

Bety jak nie było, tak nie ma, ale mutaliski ćwierkają, że garstka wybrańców będzie mogła przetestować grę jeszcze w te wakacje. Tak, wiem że to może być równie dobrze czerwiec, jak i początek września, lecz taka informacja lepsza niż żadna. Betatesty pewnie trochę potrwają, więc na finalną grę przyjdzie poczekać do ostatniego kwartału tego roku. Obstawiam listopad, w najgorszym wypadku grudzień (wydanie takiej gry po świętach równa się zrezygnowaniu z mnóstwa zielonych banknotów; zresztą Blizzard już oficjalnie poinformował, że StarCraft 2 na pewno pojawi się w tym roku). Tak, czy inaczej - już przeglądam forum PCLab w poszukiwaniu taniego sprzętu, który mi drugiego StarCrafta pociągnie.

Coraz bliższy termin bety sprawia, że coraz więcej stron organizuje konkursy na klucze do tejże. „Pierwszy polski serwis o StarCraft 2” też nie zaspał i zorganizował konkurs, w którym trzeba było popisać się poczuciem humoru i wymyślić dowcip nawiązujący do StarCrafta (mógł to być również żart rysunkowy). Wyniki można znaleźć tutaj.


Największą pomysłowością popisali się jednak ludzie z TeamLiquid, organizując konkurs na starcraftowe ciasto. Nadesłane propozycje znajdziecie pod powyższym linkiem, zaś tutaj można podejrzeć jak tworzono najbardziej niesamowity z wypieków. Ja tylko informuję, że newsa, jak i linki, zaczerpnąłem ze wspominanego już STARCRAFT2.NET.PL.

Starfeeder to serwis, który zawsze potrafi mnie zaskoczyć. Tym razem znalazłem na nim coś naprawdę zachwycającego: papierowe modele do sklejania. Każdy, kto kupował „Małego modelarza”, powinien sobie poradzić. Mimo, że jako dzieciak sklejałem tylko plastiki, też mam zamiar niedługo sprawdzić swoje umiejętności. Eh, ten Battlecruiser... Stąd można pobrać paczkę z wersjami do samodzielnego wycinania i składania (niestety, przy rozpakowywaniu wywala mi błąd), a więcej fotek gotowych modeli do obejrzenia m.in. tutaj. Jeśli komuś chce się zbierać szczękę z podłogi, to może jeszcze zerknąć na to cudeńko. Aha, żeby pozostać w papierowym klimacie - jedna starsza, ale równie zachwycająca ciekawostka: starcraftowe origami(wersja dla władających koreańskim).


Jeśli ktoś naprawdę nie może już wytrzymać i przetrawi każdą namiastkę StarCrafta 2 to niech sprawdzi rzecz pod wiele mówiącą nazwą: Starcraft to Starcraft 2 Mod. Do pobrania stąd.

No i na koniec jeszcze coś dla wielbicieli kiepściutkich, amatorskich animacji. Smacznego.



Oby kolejny Sześciokącik już na serio pojawił się przy okazji premiery bety (i najpóźniej w lipcu)!

sobota, 13 czerwca 2009

Maj... aj, aj

Nie pisałem nic tutaj przez ponad miesiąc, zatem należy się coś więcej niż zwyczajowe tłumaczenie. Z tego też powodu powstał poniższy tekst. A żeby nie było, że przez ten czas całkiem nic nie pisałem, to na Alei pojawiły się dwie moje recki: Fun Home i Arrowsmith. No i magisterkę umęczyłem ostatecznie...

Maj to był naprawdę najbardziej dziwny miesiąc, jaki zdarzyło mi się ostatnio przeżyć. Masa wyjazdów, masa roboty, kilka dziwnych akcji – oj, działo się i myślę, że warto to upamiętnić (choćby tylko dla siebie samego).


Na początek oczywiście weekend majowy. I od razu pierwsza komunia w rodzinie. Trza było jechać, no to pojechaliśmy z Magdą. Trochę jej pokazałem moją wioskę i okolice tejże. Z ciekawszych tzw. atrakcji, do jakich można dotrzeć pieszo z miejsca mego zamieszkania, warto wymienić zamek Lipowiec.


Weekend majowy jednak minął i trzeba było wrócić do Opola. Znowu kilka dni na pisanie magisterki i kolejna wycieczka - tym razem do Brukseli. Zdecydowanie najlepszy punkt całomiesięcznych atrakcji. Więcej o nim możecie przeczytać w poście niżej, więc nie będę się już za bardzo w tym temacie rozwodził. Dodam tylko, że dwa zdjęcia, które się tutaj pałętają, a nie przedstawiają beznadziejnej pogody, ani Lipowca, zostały zrobione właśnie w Brukseli. Na pierwszym jest kamienica Maison Cauchie, na drugim wiadomo jaki budynek, lecz w wersji z parku Mini Europa, a nie paryski oryginał.


Jeszcze w trakcie naszego pobytu w Brukseli, w Opolu zaczęły się Piastonalia, czyli tutejsza wersja juwenaliów. Normalnie się nie oszczędzam na tej imprezie, ale tym razem było inaczej. Zatem jeden dzień imprezowania, a potem znowu w drogę. Z koncertów trafiłem tylko na Strachy Na Lachy. Było jak zawsze, czyli sympatycznie, acz bez euforii – akurat w sam raz, aby odwiedzić koncert z dziewczyną i nie żałować, że się nie poszło w pogo.


We wtorek przygotowywałem się już do kolejnej podróży, w którą ostatecznie wyruszyłem w środę. Jej celem była wyspa Man. Wcześniej jednak podróż na katowickie lotnisko (tak naprawdę to leży ono chyba z 30 km od miasta i równie dobrze mogłoby być lotniskiem Tarnowskich Gór) , następnie lot do Liverpoolu, no i na koniec rejs promem na wyspę. Nawet za bardzo nie bujało (w przeciwieństwie do drogi powrotnej). Po co tam w ogóle się pchałem? Otóż moja chrześnica miała... komunię. Ba, przy okazji jej siostra też, zatem liczba tegorocznych komunistów w mojej rodzinie dobiła do trzech. Na wyspie, a konkretnie w mieście Douglas, przebywałem od środowego wieczoru, aż do poniedziałkowego poranka. Sama wyspa może i jest urocza, ale pogoda, jaka na niej panuje, jest na tyle paskudna, że skutecznie zniechęca do spacerów. Oczywiście, wcale się do takich warunków nie przygotowałem, w związku z czym chodziłem notorycznie przemoczony i zaziębiony. Późnym popołudniem w poniedziałek byłem już w kraju.


Do Opola powróciłem dopiero we wtorek (z gorączką - trzeba dodać). I tutaj zaczyna się najlepsza część opowieści. Całą noc miałem podwyższoną temperaturę, a żadne gripeksy nie pomagały, więc postanowiłem udać się do lekarza. Znaleźć takowego w Opolu to jednak nie lada sztuka. Z jednej przychodni odprawiono mnie z informacją, że już nie rejestrują nowych pacjentów. Dopiero w drugiej trochę się namęczyłem wypełniając druk (przez gorączkę wpisałem nawet, że się urodziłem 20.02.2009) i w końcu wylądowałem w gabinecie (sam jestem sobie winien, jak mi się nie chciało przez 5 lat studiów nigdzie zapisać). Aby panu doktorowi nieco rozjaśnić cel mojej wizyty, zacząłem opowieść, że właśnie wróciłem z Wysp i konkretnie się tam zaziębiłem. Niestety, lekarz nawet za bardzo się nie kwapił, żeby mnie przebadać - tylko usłyszawszy, że byłem za granicą, od razu wypisał mi skierowanie na Oddział Zakaźny. Wiadomo, świńska grypa panuje... Ja, naiwny myślałem, że tam mnie już przebadają, przepiszą jakieś antybiotyki i będę mógł się spokojnie kurować w zaciszu akademika. Nic z tego. Na dwa dni utknąłem zamknięty w szpitalnej sali. Żadnych lekarstw, tylko rozcieńczona herbata, wapno i dwie kroplówki. Aha, były jeszcze obiady, w których pierwsze danie pokrywało się w jakichś 70 procentach z drugim. No, ale w końcu wyszedłem i mogłem ze spokojem wysłuchać żartów znajomych. I idź tu człowieku do lekarza...


Podsumowując: 9-10 Bruksela, 13-18 wyspa Man, 20-22 OZ opolskiego szpitala. Reszta miesiąca już zleciała w miarę spokojnie. Popracowałem dalej nad magisterką, a w ostatni majowy weekend zaliczyłem jeszcze jedną... komunię. Jak widać, wrażeń mi nie brakowało...

PS: Nawiązanie, w tytule tego wpisu, do piosenki zespołu Feel jest całkowicie niezamierzone.
PS 2: Oczywiście świńskiej grypy nie miałem, ale żadnej konkretniej diagnozy też nie uświadczyłem (na karcie wypisu widnieje: „Zakażenie wirusowe nieokreślone”).
PS 3: Wszystkie zdjęcia, na których nie ma słońca, zostały zrobione w Wielkiej Brytanii.

środa, 13 maja 2009

Relacja z Brukseli #1

Lada moment wybywam na wyspę Man (na komunię chrześnicy), zatem niewiele będzie czasu na pisanie. Teraz chyba jest ostatni i zarazem najlepszy moment aby podzielić się pierwszymi wrażeniami z wycieczki do Brukseli. Zapewniam, że napiszę na ten temat jeszcze co nieco. Dzisiaj tylko swoisty dziennik z całości podróży. Za tydzień wrzucę fotki wraz z podpisami (dzisiaj mała próbka bez podpisów), a jeszcze w tym miesiącu mam zamiar skrobnąć pełnoprawną relację z komiksowej części wycieczki, która powinna pojawić się na Alei. Tam już oczywiście będzie bez prywaty i mojej facjaty na fotkach. A teraz już relacja: od wyjazdu z Opola, aż do momentu kiedy w poniedziałek bladym świtem walnąłem się do wyrka. Czytania jest dużo, a styl taki sobie. Poza tym często przynudzam i rozpisuję się o pierdołach, pomijając większość napotkanych zabytków... Mimo wszystko: zapraszam.


Jak poprzednio wspominałem zdarzyło mi się wygrać wycieczkę do Brukseli. Po takiej nagrodzie spodziewałem się naprawdę wiele i muszę przyznać, że nie zawiodłem się. Jako że wycieczka była dla dwóch osób, będę zazwyczaj pisał w liczbie mnogiej (tam gdzie trzeba przerzucając się na pojedynczą). No to jazda!


A jazda zaczęła się już w piątek rano. W związku z faktem, że samolot startował w sobotę ok. 7:00, a do odprawy trzeba się stawić odpowiednio wcześniej, musieliśmy z Magdą pojawić się w Warszawie już w dniu poprzedzającym wylot. Na szczęście Egmont zapewnił nam nocleg w hotelu, dzięki czemu oszczędzono nam koczowania na dworcu. Organizator postanowił przy okazji zorganizować małą uroczystość przekazania nagrody, którą zaplanowano na godzinę 16:00. Z Opola trochę się jedzie, a bezpośrednie pociągi kursują bodajże tylko 2-3 razy na dobę, więc trzeba było wyruszyć po ósmej, aby na miejsce dotrzeć w okolicach 13:00. Mimo, że zarówno hotel, jak i ambasada Belgii (a raczej jej oddział, w którym miała się odbyć wspomniana uroczystość) znajdowały się w niewielkiej odległości od Dworca Centralnego, to oczywiście trochę musieliśmy pobłądzić zanim dotarliśmy do celu. Wręczenie nagrody przebiegło sprawnie i sympatycznie. Uczestniczyło w nim kilka osób, w tym Tomasz Kołodziejczak i Miłosz Witowski z Egmontu, delegat rządów Wspólnoty Francuskiej Belgii i Regionu Walonii Pan Zénon Kowal i przedstawiciel linii lotniczych. Oprócz tego jeszcze dwie panie, z których jedna tłumaczyła słowa belgijskiego dyplomaty. A było co tłumaczyć, bo opowiadał on bardzo dużo i ciekawie (oczywiście o Brukseli)- przy okazji prezentując niemałą wiedzę komiksową i spore poczucie humoru. Wręczono nam symboliczne bilety, pstryknięto kilka fotek, wyjaśniono szczegóły podróży i przekazano stosik folderów i map. Dodatkowo dostałem kilka egmontowych komiksów i to tych ekskluzywnych z serii Plansze Europy (był jeszcze „Nowy York” Eisnera i „Legendy Polskie”). Obładowani, ale szczęśliwi mogliśmy opuścić ambasadę. Aby jeszcze bardziej sobie umilić ten dzień wymyśliłem, że pójdziemy do kina na „Star Treka”. Na szczęście Magda nie chce żebym ją zabierał na romantyczne komedie i z chęcią towarzyszy mi na seansach takich „Strażników”, „Death Proof”, czy „300” (żeby nie było: na „Drodze do szczęścia” też byliśmy razem). Myślałem, że opolski Helios jest drogim kinem, ale jak zobaczyłem ceny w Mulitkinie, które znajduje się w Złotych Tarasach, to zdębiałem. Ulgowy prawie 20 zeta, litr Coca Coli niemal dychę, do tego jeszcze jakiś buc w kolejce za nami...- cóż, Warszawa- pomyślałem i przyjąłem taki stan rzeczy za normę. Sam „Star Trek” jest rewelacyjny. I co istotne nie za długi, dzięki czemu mój pęcherz wytrzymał do końca seansu. Sylar jako Spock daje radę, kawałek Beastie Boys cieszy jak zawsze, a jedyne czego mi zabrakło to charakterystycznej melodyjki ze „Starek Trek: The Next Generation”. No, ale to przecież film nawiązujący do oryginalnego „Star Treka”, więc o co się czepiam? Potem powrót do hotelu, kilka godzin snu i pobudka o czwartej. Nie obyło się bez małych problemów przy wymeldowaniu, gdy okazało się, że hotel miał umowę z Egmontem do końca kwietnia, ale ostatecznie nas wypuszczono. Bez problemu zdążyliśmy na autobus, potem na samolot i w końcu wylecieliśmy. Lot przebiegał spokojnie. Oczywiście jako wieśniak, który pierwszy raz w życiu leci samolotem byłem niesamowicie podjarany i musiałem powalczyć z Magdą o fotel przy oknie.


Po dotarciu na miejsce zaczęło się błądzenie. Najpierw trzeba było znaleźć autobus, który zabrałby nas do centrum, a następnie dotrzeć do polskiej ambasady i odebrać klucz, po czym udać się do konsulatu i rzucić toboły. Trochę się nachodziliśmy, ale mapy dostarczone przez organizatorów spełniły swoje zadanie i udało się nam dotrzeć do celu (na szczęście konsulat był bardzo blisko ambasady). Po drodze widzieliśmy budynek „Le Berlaymont” i przeszliśmy niesamowity Parc du Cinquantenaire z pięknym łukiem triumfalnym, który przechodzi w gmachy kilku muzeów. Na wszystkie te atrakcje trafić można przechodząc Rue de la Loi- ulicę, którą przebiegała większa część naszych wędrówek. W konsulacie szybko się rozpakowaliśmy i ruszyliśmy na poszukiwanie muzeum komiksu. Na mapie wszystko wyglądało w miarę prosto. Ot, główną ulicą aż do centrum, a tam kilka zakrętów i jesteśmy na miejscu. W praktyce oczywiście wszystko tak proste już nie było. Trasa miała kilka dobrych kilometrów. Byliśmy już spóźnieni, a wizytę w muzeum mieliśmy zaplanowaną na 12 (według innej rozpiski na 15...). Oczywiście zmierzając do celu jeszcze trochę pozwiedzaliśmy, zatrzymując się m.in. w katedrze św. Michała. Gdzieś w okolicach 14 dotarliśmy na miejsce. Byliśmy umówieni z dyrektorem muzeum, który okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Opowiedział nam o wystawach jakie będziemy zwiedzać i wręczył po egzemplarzu albumu, w którym znajdowały się znaczki zaprojektowane przez samego Grzegorza Rosińskiego. Ba, w każdym z albumów znajdował się autograf słynnego polskiego komiksiarza. Nie muszę dodawać, że cieszyłem się jak dziecko... Oprócz tego otrzymaliśmy oczywiście bilety, które uprawniały nas do skorzystania z muzealnej biblioteki. Pomyślcie tylko, cała biblioteka wypełniona komiksami (w tym polskimi). Niestety z braku czasu nawet do niej nie wchodziłem, gdyż wiedziałem, że przepadłbym na wiele godzin, a głód dawał o sobie znać. O samej ekspozycji napiszę kiedy indziej- starczy jeśli wspomnę tutaj, iż mnie olśniła. Wspaniale zorganizowane muzeum, do tego piękne wnętrza, świetnie zaopatrzony sklep, wspomniana biblioteka, restauracja etc. Na pewno jeszcze tam wrócę. Po wyjściu postanowiliśmy zahaczyć o tzw. Trasę Komiksową, czyli różne miejsca nawiązujące do komiksów, które rozsiane są po całym mieście. Niestety jej pierwszy punkt, czyli figura Gastona, podlegał właśnie renowacji. Ja cały czas oczarowany muzeum i samą Brukselą całkowicie zignorowałem głód, jednak była już 17:00, a oprócz bułki w samolocie nic tego dnia nie jedliśmy, więc postanowiłem ulec Magdzie i poszliśmy na obiad. Na rynku ceny małe nie były. Znaleźliśmy knajpkę z kebabami itp., w której za osiem euro można było dostać duży talerz niezdrowego jedzenia. Co ciekawe jedynym polskim słowem jakie znał kelner (jak się potem dowiedziałem Albańczyk) było: „piwo” (a nie oklepane: „dziękuję”, czy „dzień dobry”). Jak w takim wypadku mogłem odmówić sobie belgijskiego browarka? Po posiłku ruszyliśmy dalej. Grand Place było niesamowite- tłoczne, ale zachwycające. Do tego na samym rynku tworzono akurat gigantyczny kadr komiksowy (potem miał trafić do Księgi Rekordów Guinessa). Zaczęliśmy szukać punktów Trasy Komiksowej. Znaleźliśmy większość z nich, lecz niestety zmęczenie i chęć powrotu do hotelu wygrało z zamiarem przejścia całej trasy. Co istotne większość z punktów tej trasy znajduje się już za ścisłym centrum i leży w dzielnicy zamieszkiwanej w większości przez ludność czarnoskórą i arabską. Mam nadzieję, że nikt nie zrozumie mnie źle, brzydzę się rasizmem i w ogóle wszelkimi przejawami nietolerancji, ale ciężko było nie zauważyć jak brudne i często cuchnące są te miejsca. Niektóre z pięknych komiksowych obrazków, zdobiących ściany budynków, było też u dołu przykrytych szpetnymi bazgrołami. Mimo tego ta część trasy, którą udało nam się zobaczyć, robi niesamowite wrażenie. Po drodze trafiliśmy na Brüsel- gigantyczny sklep komiksowy, którego asortyment przyprawiał o zawrót głowy. Aha, jednego z rysunków, zamieszczonych na mapie, nie udało nam się znaleźć. Przeszliśmy całą ulicę wzdłuż i wszerz, ale grafiki nie ujrzeliśmy. Czyżby ktoś ją zamalował, odnawiając elewację budynku? Wracając do konsulatu przeszliśmy jeszcze obok pięknego Pałacu Królewskiego, potem posiedzieliśmy chwilę w Parku Brukselskim. Dużo ludu tam było (co ciekawe wiele osób siedziało na trawnikach; nikt tam się nie pluje o deptanie zieleni). Na małym skwerku grupka punków sobie imprezowała, kilka metrów dalej chłopaki grali w piłę i nikt nikogo nie przeganiał. A patroli policji było mnóstwo. Naprawdę fajnie. Z piciem alkoholu też nie było problemu. Sam widząc, że inni sobie popijają otworzyłem puszkę miejscowego piwka i sprawdziłem czy dostanę mandat. Kilka razy mijał mnie patrol i nic. Przyznaję, początkowo z przyzwyczajenia się czaiłem. Potem jednak już na luzie popijałem napój z pianką, wpatrując się w przepiękną fontannę. Ech, człowiek zapomina, że nie wszędzie Polska. Koło dziesiątej, zupełnie wyczerpani wróciliśmy do pokoju.


Drugi dzień też zaczął się wcześnie. Na dziewiątą mieliśmy się stawić w parku Mini Europa. Do stacji metra, z której mogliśmy tam trafić maszerowało się dobre kilka kilometrów, więc wstawanie bez pomocy budzika nie wchodziło w rachubę. Wybraliśmy dłuższą trasę, aby jeszcze zobaczyć budynki unijnych instytucji. Po drodze trafił się rzecz jasna kolejny ładny park (Park Leopolda). W ogóle w Brukseli jest masa terenów zielonych. Gdybyśmy tylko mieli choć kilka dni więcej, to jeden z nich poświęcilibyśmy wylegiwaniu się na kocyku i podziwianiu pięknej architektury, której w tych miejscach jest niemało. Mini Europa okazała się naprawdę ciekawa. Dodatkowa atrakcja, to znajdujące się w pobliżu Atomium, czyli słynna konstrukcja w kształcie pierwiastka metalu. Mini Europa znajduje się w kompleksie rozrywkowym, na który składają się jeszcze knajpki, kinopleks, park wodny i kilka pomniejszych atrakcji. Fajne jest to, że wiele budynków ma jakieś ruchome elementy (ew. dźwięki), które można samemu uruchomić. Poza tym przy każdym państwie jest guzik, którym można sobie puścić hymn danego kraju. Co do Polski to reprezentują ją Dwór Artusa i Pomnik Poległych Stoczniowców 1970. Czyżby twórcom makiet nie chciało się wyjeżdżać poza Gdańsk? Zaraz przy wejściu pstryknięto nam kilka fotek z maskotką tego przybytku (pomarańczowym żółwiem), które mogliśmy odebrać wychodzą. Nawet breloczki z tymi zdjęciami nam dali. To się nazywa mieć wizytówkę polecającą od szefa (ale widać było, że pan wydający pamiątki jest niepocieszony faktem, że nie musimy płacić). Przed dwunastą musieliśmy się ewakuować, aby na samolot zdążyć. Czyli: metro, długi spacer, po drodze zorientowanie się gdzie wsiąść do autobusu, pozbieranie tobołów, oddanie kluczy i szybki spacer powrotny. Dzień wcześniej kupiłem dwa piwa (oczywiście różne). Pierwsze, jak już wspominałem, wypiłem w parku. Drugie miałem nadzieję posmakować w równie sprzyjających okolicznościach przyrody. Niestety musiałem się nim delektować podczas pakowania (miałem na to całe dwie minuty), a szybki spacer skutecznie je ze mnie wypocił. Ok. 14 byliśmy na lotnisku. Lot przebiegł spokojnie, w stolicy byliśmy gdzieś w okolicach 17:00. Bezpośredni pociąg odchodził o 22:50, zatem czekało nas prawie sześciogodzinne koczowanie w Złotych Tarasach (lepsze to niż siedzenie na cuchnącym dworcu), gdyż na spacery nie mieliśmy już zarówno sił, jak i większej ochoty. Podróż do Opola okazała się prawdziwą męczarnią. Człowiek zmęczony, a zasnąć w dusznym przedziale naprawdę ciężko. No, ale jakoś przetrwaliśmy. W okolicach piątej spoczęliśmy w łóżku i mogliśmy zasnąć. A było ciężko, bo za oknem już się rozwidniało, a poza tym przez szybę dochodziły nas odgłosy dogorywającego pierwszego dnia Piastonaliów. Niemniej w końcu się udało i mogłem przespać całe... trzy godziny.


Wyjazd do Brukseli był super. W tym miejscu wypada mi tylko podziękować kilku osobom. Po pierwsze Madzi, która potrafi porozumiewać się po angielsku dalece sprawniej niż ja, dzięki czemu kierowcom autobusów, dyrektorom muzeów, paniom w kasach etc. oszczędziła słuchania ciągłego „yyy”. Po drugie: wydawnictwu Egmont, za to, że doceniło moje wypociny i postanowiło je nagrodzić- zwłaszcza zaś Miłoszowi Witowskiemu, który cały czas trzymał rękę na pulsie. Oprócz tego wszystkim sponsorom i ludziom, którzy w mniejszym lub większym stopniu okazali nam swoją życzliwość. Tu jeszcze taka dygresja. Kiedy po przylocie wbiliśmy do pierwszego autobusu, jaki podjechał, z pytaniem czy dotrzemy nim do centrum, kierowca wyjaśnił, że nie- po czym poinformował, która linia okaże się przydatna, a nawet wskazał na mapie gdzie jedzie. Nic się przy tym nie denerwował, czy choćby irytował, mimo że przecież powinien odjeżdżać. Z kolei po powrocie do kraju, kierowca autobusu na Okęciu nie miał wydać z 10 złotych (kiedy chcieliśmy u niego kupić bilety ) i musieliśmy opuścić pojazd. Już wtedy człowiek poczuł, że wrócił do Polski. Dobrze, że tak wcześnie, bo kto wie, czy później z rozpędu bym sobie piwa na mieście nie otworzył...

środa, 22 kwietnia 2009

Przygody Tintina, tom zielony

Ha, wygrałem konkurs Egmontu! Nigdy bym nie uwierzył, że moje opowiadanko może spodobać się komukolwiek... Jak widać stało się inaczej. Liczba znaków była mocno ograniczono, zatem nie było miejsca nie tylko na dialogi, lecz również na opisy. Miałem pomysł z lokomotywą i na nim oparłem cały tekst. Wyszło jak wyszło- wygrałem :D. Zatem cieszę się jak dziecko, tym bardziej, że niedawno zwolniłem się z roboty i mam czas, chęci, a przede wszystkim dodatkowe powody do radości. W ramach świętowania postanowiłem nawet recenzję komiksu skrobnąć. I to wyjątkowo nie na Aleję, lecz tutaj. Będzie zatem mniej profesjonalnie, ale za to bardziej osobiście. Zapraszam.


Z potrójnego egmontowego pakietu „Tintinów” przeczytałem jak na razie tylko tom zielony. Żółty już leży na półce i czeka na swoją kolej. Póki co jednak kilka słów o wydaniu zbierającym „Pęknięte ucho”, „Czarną wyspę” i „Berło Ottokara”.

Pierwsze wrażenie było całkiem pozytywne. Solidna okładka, poręczny format i dobry papier. Do tego cena bardzo przystępna. Później przekartkowałem album i ujrzałem archaiczne rysunki oraz przeładowane tekstem dymki. Mimo wszystko postanowiłem dać „Tintinowi” szansę. W końcu to klasyka... Wcześniej bohatera kojarzyłem tylko z jakichś kreskówek i platformówki, wydanej przez Infogrames (engine ten sam co w popularnym „Asterixie”). Oczywiście były jeszcze rozmaite rysunki tu i ówdzie (m. in. słynna druga strona „Thorgala”), ale wiedziałem głównie tyle, że Tintin to postać kultowa, stworzona przez Herge'a- mistrza claire ligne. A, wiedziałem jeszcze, że Tintin jest reportem i ma białego psa... Żaden komiks z tym bohaterem nie był mi jednak znany. Zbiorcze wydania Egmontu uznałem za świetną okazję do naprawienia tego błędu.

Każdy historia zawarta w albumie ma ok. 70 stron. Każda z tych stron zawiera sporą ilość kadrów, a każdy kadr niemało tekstu, zatem cały tomik zapewnia lekturę na całkiem długo. Najważniejsze, że wcale przy tym nie męczy. Historie intrygująco się zaczynają, płynnie rozwijają i kończą bez żadnych niedopowiedzeń. Ot, klasyczne opowieści przygodowe, w których zawarto mnóstwo elementów humorystycznych i kryminalnych. Niestety humor „Tintina” jest przede wszystkim humorem sytuacyjnym i to w stylu przygód „Flipa i Flapa”, czy „Abotta i Costello”. Współczesny odbiorca może się przy tych historiach uśmiechnąć, ale na pewno nie będzie płakał ze śmiechu. Same opowieści obfitują w niesamowite zbiegi okoliczności. Widoczne jest to zwłaszcza w pierwszej historii pt.: „Pęknięte ucho”, gdzie zwykła kradzież z muzeum przechodzi płynnie w wojnę domową pomiędzy dwoma krajami w Ameryce Łacińskiej, następnie pojawia się wątek podróży Amazonką, a wszystko kończy klasyczny happy end. Tintin w każdym z wydarzeń odgrywa kluczową rolę, na początku będąc detektywem hobbystą, później więźniem politycznym, wreszcie pułkownikiem w armii jednego ze wspomnianych państw. Wszystko to jest mocno naciągane, ale o dziwo nie psuje przyjemności płynącej z lektury. Równie wielką wagę przygody bohatera mają w „Berle Ottokara”, gdzie Tintin też ma duży wpływ na losy pewnego państwa (tym razem leżącego gdzieś w pd- wsch Europie). Najlepiej w tym gronie wypada „Czarna Wyspa”- zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym.

Jak wspomniałem Herge to mistrz i twórca ligne claire. Jednolite linie i brak cieniowania to najbardziej charakterystyczne elementy tego stylu. Czy przez to rysunek traci? Zależy co kto lubi. Mi taka forma bardzo odpowiada. Śmiem nawet twierdzić, że wybitny twórca, dzięki ligne claire może w pełni zaprezentować swój niezwykły talent. A Herge na pewno takim twórcą jest. O ile „Pęknięte ucho” i „Berło Ottokara” mogą nieco razić swoją archaicznością, to „Czarna Wyspa”, mimo iż utrzymana w tym samym stylu, wzbudziła mój zachwyt. Pierwsza albumowa wersja tej opowieści została opublikowana w 1943 roku, natomiast druga w 1966 (była jeszcze wersja gazetowa z lat 1937-1938). Album został narysowany na nowo, gdyż brytyjski wydawca chciał uwspółcześnić tą przygodę Tintina. 23 lata to kawał czasu: zmienił się świat, ale zmieniła się też kreska Herge'a (stając się bardziej dopracowaną). Dzięki temu w komiksie pojawiają się stroje, wnętrza, budynki, wreszcie pojazdy z lat 60-tych. Najbardziej charakterystyczne są właśnie owe pojazdy- zwłaszcza zaś czerwony jaguar, który pojawia się w scenie pościgu. Porównując „Czarną Wyspę” z pozostałymi komiksami z tego albumu można prześledzić rozwój artysty. Bardzo dobrze, że wydawca zdecydował się na opublikowanie tej wersji opowieści. Pozostaje pytanie: czy posiadał dostęp do wersji starszej?

Miała to być krótka opinia, a nie recenzja, zatem już dawno powinienem skończyć. Czy „Tinitin” może konkurować ze współczesnymi komiksami? Na pewno nie. Mimo to, lektura tego komiksu potrafi dostarczyć czystej radochy- takiej samej jaką dawały czytane w dzieciństwie „Asterixy”, „Kajtki i Kokosze”, czy nawet „Kaczory Donaldy”. Poza tym to klasyka, którą po prostu wypada posiadać w swojej kolekcji. A, że opisywane wydanie jest skierowane głównie do kolekcjonerów, nie ulega wątpliwości. Nawet mniejszy format nie przeszkadza. Szczerze, to chętnie widziałbym więcej komiksów wydanych w ten sposób. Wszystko pozostaje czytelne, a przy tym jest poręczniejsze i co najważniejsze tańsze. Ogólnie polecam i zabieram się za lekturę tomu żółtego, w którym znajduje się komiks „Siedem kryształowych kul”, który miał swój gościnny występ w rewelacyjnym filmie „Lektor” Stephena Daldry'ego.

piątek, 17 kwietnia 2009

Sześciokącik StarCrafta #5

Dawno nie było Sześciokącika, a w świecie StarCrafta wydarzyło się ostatnio niemało. Pora zatem nadrobić choć część zaległości.

Wczoraj pojawił się drugi Battle Report. Co ciekawe, jako pierwsi na świecie mieli go chłopaki ze STARCRAFT2.NET.PL. Nie po raz pierwszy okazało się, że Polak mimo wszystko potrafi. Sam Battle Report przedstawia walkę Zergów z Terranami. Graficzka ładna, animacje też, no i samo patrzenie na potyczkę jakoś nie nuży. Warto poświęcić te dwadzieścia kilka minut.

Zostając jeszcze przy STARCRAFT2.NET.PL, to na serwisie tym pojawił się Cmentarz, czyli dział, w którym będą umieszczane jednostki, które początkowo miały się pojawić w drugim StarCrafcie, ale z różnych względów z niego wyleciały. Kurczę, jakoś nigdy mi się w oczy nie rzuciło, że w dwójce nie będzie Firebata- jednej z moich ulubionych jednostek... Dział ma być na bieżąco aktualizowany.

I jeszcze jedna informacja, którą wygrzebałem ze wspomnianego serwisu. Otóż na empik.com można już zamawiać StarCrafta 2! O tutaj. Data premiery to 30 września, a cena rynkowa 189 zeta. Oczywiście wszystko może ulec zmianie, ale fakt, że sam wielki empik uruchomił przedsprzedaż, musi o czymś świadczyć. Są nawet wymagania sprzętowe. Zastanawia tylko informacja, że jako dystrybutor widnieje Licomp Empik Multimedia. Pewnie tylko tymczasowo, bo nie wydaje mi się żeby CD Projekt sobie tą gierę odpuścił.

Blizzard ogłosił zwycięzców konkursu na park tematyczny. Oto nagrodzone prace: park ogólny, klimaty warcraftowe, StarCraft i Diblo w centrum uwagi. A tutaj jeszcze wyróżnione prace. Prawda, że wszystkie robią wrażenie? I na co komu Disneyland...

Zapomniałbym o prima aprilisowym żarcie Blizzarda. Znaczy, jak co roku było ich kilka, ale miłośników StarCrafta powinien najbardziej zainteresować ten. Świetny pomysł i równie dobre wykonanie. Mam tylko nadzieję, że w przyszłym roku takie żarty będą dotyczyć gotowej gry, a nie tego, co rzekomo pojawi się w ukończonym produkcie.

Obrazków dzisiaj żadnych nie umieściłem, ale o tradycyjnym filmiku nie zapomniałem. Pewnie większość osób już to widziała. Ja w pierwszym odruchu postanowiłem kupić małą konsolkę Nintendo. Na szczęście sprawdziwszy jej cenę szybko ochłonąłem. Skoro StarCraft 2 coraz bliżej, to trzeba odkładać na nowego kompa...



Może nie wszyscy wiedzą, ale pierwszy StarCraft pojawił się też na Nintendo 64. A zresztą sami zobaczcie:



I to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że kolejny Sześciokącik pojawi się już niebawem (najlepiej z okazji wydanie bety SraCrafta 2).

sobota, 11 kwietnia 2009

Mniej cartoonowe Cartoon Network

Poniższy tekst powstał z potrzeby chwili, więc pewnie szybko straci swoją świeżość. Przy okazji piszę na żywca, bez dopieszczania i wklejania z worda, zatem błędów będzie niemało. Jeszcze tylko standardowe życzenia smacznego jajka, mokrego dyngusa i niezmiennie idealnej pogody. Ok, już zaczynam...


Wszystko zaczęło się od tej notki, później jeszcze znalazłem to i to, i moje najgorsze obawy się potwierdziły (swoją drogą dwie ostatnie informacje, mimo iż całkowicie zbieżne, podają inne ilości nowych projektów). Może bym przeszedł nad całym zamieszaniem do porządku dziennego, ale okazało się, że na wiele osób CN wywarło jeszcze większy wpływ niż na mnie. I nie mam tu na myśli psychopatycznych przedszkolaków okładających koty cegłówkami po głowach, tylko ludzi gapiących na kreskówki "nastolęciem" już będąc.

Sam fakt, że Cartoon Network idzie w produkcje z żywymi aktorami i marnym dubbingiem (dotyczy polskiego oddziału stacji) jakoś mnie nie dziwi. Ot, wymogi rynku. Główny target tej stacji to młodsze nastolatki, a te ostatnio oglądają pierdółki pokroju "High School Musical", czy "Hannah Montana" (aha, są jeszcze "Włatcy Much", ale mam nadzieję, że w tym kierunku CN nigdy nie zboczy). Naturalna kolej rzeczy- społeczeństwo ma coraz gorsze gusta, żeby nie powiedzieć debilnieje. Kiedyś RMF puszczał Edytę Bartosiewicz, teraz Dodę, kioskowe witryny zdobiły Secret Service i Reset- teraz zdobią tekturki z jakimiś szajsami za kilka zeta. Tak wiem, że ramolę i sentymentalna pierdoła przeze mnie przemawia, ale nic na to nie poradzę. Po prostu żal mi, że niedługo nie zostanie nic, co człowiek mógłby jakoś odnieść do czasów swojej młodości. Pewnie, że jest masa nowych, ciekawych "dóbr" (komiksów, kapel etc.), ale z reguły są to rzeczy niszowe, skierowane do małej garstki odbiorców, a kiedyś pop-rocka (chcąc nie chcąc) słuchali wszyscy, tak samo jak wszyscy czytali wspomniane pisma i oglądali kreskówki na CN (oczywiście jeśli posiadali satelitę/kablówkę).

Kreskówki na Cartoon Network były zabawne, oryginalne, wulgarne i świetne pod względem technicznym. Na pewno jednak nie były dla przedszkolaków, których matki wojują potem na różnych forach, czy piszą artykuły dla Wyborczej (z miejsca polecam komentarz Wojtka Orlińskiego). Co by nie gadać, do tych "bajek" trzeba dorosnąć. Teraz się okazało, że nawet kilkunastolatki muszą do nich dorosnąć, a póki co wolą oglądać coś innego.

Czy żal mi, że Cartoon Network zaczyna puszczać nie tylko kreskówki? Hm, raczej żal mi, że przez to stacja zniszczy swoją, wypracowaną przez lata, markę. Żal mi też kolejnych pokoleń widzów, którym nie dane będzie cieszyć się nowymi serialami na miarę "Laboratorium Dextera", czy "Domu dla zmyślonych przyjaciół pani Foster" (bo coś mi się wydaje, że "niekreskówki" zaczną z czasem dominować).

Na koniec mój prywatny ranking klasycznych kreskówek z Cartoon Network (oczywiście jego lwia część to rzeczy z bloku Toonami, bo bycie maniakiem komiksów jednak zobowiązuje):

1. "Samuraj Jack"- temat na osobny artykuł i moja ulubiona kreskówka, a może i serial, wszech czasów.

2. "Laboratorium Dextera"- znowu Tartakowsky, tym razem z serialem, którego nikomu przedstawiać nie trzeba.

3. "Wojny Klonów"- tak, jestem fanbojem Tartakowsky'ego. Trójwymiarowych "Wojen Klonów" jeszcze nie widziałem, ale idę o zakład, że swojego protoplasty nie przebijają. Poza tym ten serial łyknęliśmy z kumplem zapijając go butelką absyntu, dlatego moja ocena może być lekko zachwiana.

4. "Dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster"- stosunkowo świeże. Długie odcinki, fajne historie, świetny klimat, rewelacyjna grafika, no i postać Bloo- jak można nie lubić tego serialu?

5. "Liga Sprawiedliwych Bez Granic"- pierwsze serie, jeszcze bez dopiski "Bez Granic" były takie sobie, ale potem zaczęła się jazda na całego. Co z tego, że umowne, infantylne i raczej dla młodszych widzów, skoro jest tutaj masa nawiązań do komiksowego DC, a wśród scenarzystów są m.in. J.M. DeMatteis i Warren Ellis.

Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale pora kończyć. Pora też chyba w końcu dorosnąć, bo kanału z kreskówkami dla mnie, już nie ma...

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Komiks fest w Opolu

Na początek najlepsze życzenia dla wybranki mego serca, która dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Teraz zaś standardowy wstępik. Pogoda za oknem wspaniała, dzień wyjątkowo długi, w związku z czym piwo pod chmurką jak najbardziej realne. Świeże powietrze to zdrowie, zatem gorąco zachęcam do takiej właśnie formy spędzania wolnego czasu. Mi się urlop kończy i ogólnie czasu wolnego też coraz mniej. A tu magisterka goni, kupka komiksów nadal czeka na przeczytanie, no i oglądać też jest coś. Nie ma lekko. Aha, pewnie o tym jeszcze nie wspominałem, więc wspominam: na Alei wisi od jakiegoś czasu pierwsza recenzja mangi, jaką napisałem dla tego serwisu. Mam nadzieję, że da się ją jakoś przetrawić... A teraz słów kilka o genezie tekstu, który znajdziecie poniżej. Od paru lat (znaczy odkąd zacząłem studia) przyszło mi żyć w Opolu. Pod kątem komiksowym nic się tutaj nie dzieje, aż tu nagle w zeszłym roku odkryłem, że jednak coś rusza w tym temacie. O wszystkich komiksowych eventach w tym mieście skrobnę wkrótce coś więcej, a dzisiaj zapraszam na relację z wykładowej części Komiks festu. Rozpiskę imprezy umieściłem tutaj, lecz relacji nie wrzucam na Aleję, z tego prostego względu, że będę pisał bardzo subiektywnie i hmm... „blogowo”. Zapraszam.

Komiks fest rozpoczął się w piątek o 17:00. Imprezka była całkiem nieźle rozreklamowana. Plakaty na mieście, na uniwerku, ogłoszenia w lokalnych portalach, radiu studenckim etc. Spodziewałem się w związku z tym tłumów (w sensie z 50 osób), a okazało się, że na sali zasiada nie więcej niż 30. Mało, wręcz bardzo mało. Były wejściówki- wszystkie wybrano, ale nikt ich przy wejściu nie sprawdzał. Ba, rozmawiając ze znajomymi przed galerią, chwilę przed pierwszym wykładem, zaczepił nas pracownik tejże i zaprosił na omawianą imprezę. Cóż, pogoda ładna była, to ludziom się nie chciało...


Na piątek przewidziano tylko jedno spotkanie: z panem Wojciechem Jamą (foto powyżej). I muszę przyznać, że wyszło bardzo fajnie. Ze względu na małą ilość słuchaczy jakoś dało się przeżyć brak mikrofonu (chociaż na pewno nie zaszkodziłoby, gdyby jednak był), a sam sukces spotkania to zasługa gościa, który przez prawie dwie godziny potrafił mówić i nie przynudzać przy tym. Podobno nudno się zrobiło dopiero, kiedy jeden koleś z publiczności zaczął zadawać pytania, a potem normalnie dyskutować z prelegentem... Cóż mogę rzec: przynajmniej się odzywałem, więc spadówa! Ale co było takiego fajnego w tym spotkaniu? To, że pan Jama to prawdziwy pasjonat, osobnik jak najbardziej pozytywnie zakręcony. Opowiadał on trochę o historii polskiego komiksu, trochę o rodzimych twórcach, ale przede wszystkim o swojej olbrzymiej kolekcji. Co jakiś czas rzucał żart, czy anegdotę, które wcale nie były wymuszone i w naturalny sposób ubarwiały jego wypowiedź. Oczywiście przywiózł ze sobą kilka egzemplarzy starych komiksów, wśród których były też prawdziwe rarytasy. Widać było, że mógłby mówić o swojej kolekcjonerskiej pasji całymi godzinami. Jeśli chcecie poznać mniej komiksową część jego kolekcji to zapraszam na stronę Muzeum Dobranocek, które od niedawna istnieje w Rzeszowie. Gdyby urządzić cykl spotkań, to Wojciech Jama byłby tutaj idealnym gościem. Na szczęście w dwie godziny też udało mu się przekazać całkiem dużo ciekawych informacji.

W sobotę spotkania odbywały się już od 16. Pierwszym gościem był Marek Lachowicz. Twórca „Człowieka Parówki” powiedział co nieco o samym komiksie, podkreślając, że nie jest komiksologicznym ekspertem, lecz został o to poproszony, zatem zrobi co w jego mocy. I zrobił całkiem dużo. Publika sprawiała wrażenie laików, w związku z czym krótki zarys historii komiksu, jak i próba definicji tego medium na pewno okazały się przydatne. Poza tym Marek przywiózł kilka komiksów, które stanowiły idealne przykłady konkretnych nurtów. Były zatem „ambitne i niezależne”, „amerykańskie trykociarskie”, „popularne europejskie”, „prasowe humorystyczne” i „polskie mało znane”. Jak zauważył ktoś z publiczności: tylko mangi brakło. Po pogaduszce, przyszła kolej na część praktyczną, w której Marek demonstrował jak się tworzy komiks. Każdy kto był na spotkaniu dostał swoją kartkę, cienkopis i mógł poszaleć. Wpierw jednak trzeba było stworzyć scenariusz. W efekcie zabawy w skojarzenia i późniejszej burzy mózgów udało się „wymyślić” historię o zakonnicy jedzącej kanapkę, którą atakuje pszczoła. Gdzieś z boku wydarzeń był robot który, reperował się przy wykorzystaniu części z odkurzacza. No i w kluczowym momencie miał pomóc zakonnicy wciągając do rury (taa...) dokuczliwą pszczołę. Prawda, że brzmi intrygująco? Udało mi się dorwać storyboard Marka do tej historii, na którym autor złożył mi ładny podpis i tym sposobem mam prawdziwy komiksowy unikat, którego zdjęcie zamieszczam poniżej.


Po spotkaniu zamieniłem z autorem kilka słów (już nie na oficjalnym forum, zatem nikt pretensji mieć nie powinien...). Dowiedziałem się, że pan Lachowicz ma małą przerwę od komiksów. Coś nowego szykuje jednak na łódzki konkurs. Poza tym potwierdził wydanie integrala z przygodami Gangu Wąsaczy. Wszyscy jego fani nie muszą się zatem martwić, że całkowicie da sobie spokój z komiksem. A oddech potrzeby jest każdemu.

O 18 rozpoczęło się spotkanie z Arkadiuszem Salamońskim. Z początku przypominało ono piątkowe spotkanie z Wojciechem Jamą, ale ostatecznie pobiegło w nieco innym kierunku. Pan Jama opowiadał bowiem głównie o swojej kolekcjonerskiej pasji, z kolei pan Salamoński skupił się na historii komiksu w Polsce. Osobiście większość z tych rzeczy już wiedziałem (taa, czytało się książki), ale dla osób nie mających hopla na punkcie komiksu, taki wykład na pewno był całkiem wartościowy. Ogólnie: bardzo dobre zakończenie dwóch dni wykładów. Od tego piątku zaczynają się warsztaty. Ciekawe czy starczy mi odwagi by się na nie wybrać?

Ogólnie Komiks fest nie porażał rozmachem i wzorcową organizacją. Skoro już odbywał się w Galerii Sztuki Współczesnej, to mogła mu towarzyszyć wystawa plansz komiksowych. Można też było poprosić Empik czy znajdujący się zaraz obok Matras o kilka egzemplarzy komiksów (do sprzedania, czy choćby pokazania). Dobór gości był jedna bardzo dobry i jestem zadowolony ze wszystkich wykładów. Najbardziej oczywiście ze spotkań z Wojtkiem Jamą i Markiem Lachowiczem. Ten pierwszy uświadomił mi, że komiks naprawdę może być życiową pasją, dzięki której można nawiązać wiele ciekawych znajomości, a nie tylko spotkać bandy trolli na internetowych forach. Z kolei drugi to sympatyczny, normalny człowiek, który naprawdę lubi to co robi. No i udało mi się z nim chwilę porozmawiać, co dla każdego fana byłoby nie lada gratką. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że za rok opolski Komiks fest również wypali, stając się imprezą cykliczną, której kolejne odsłony będą tylko lepsze.