Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sześciokącik StarCrafta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sześciokącik StarCrafta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 kwietnia 2013

Sześciokącik StarCrafta #21

Wiosenna zima za nami, wiosenne lato też powoli się kończy i z tego, co widać za oknem, rozpoczyna się wiosenna jesień. A czyż na pisanie jest lepsza pora roku niż jesień?


Od ostatniej części tego nieregularnego cyklu minęło już sporo czasu, w którym starcraftowy światek doświadczył jednego naprawdę istotnego wydarzenia. Chodzi oczywiście o premierę "Heart of the Swarm". I właśnie o Sercu Roju będzie niniejszy tekst. Tylko nie traktujcie go jako recenzji, gdyż to po prostu wyjątkowo osobista opinia, w której próżno szukać obiektywnej oceny. Ot, głos fana, który od kilku tygodni siedzi przy jednej grze.


Premiera "Heart of the Swarm" miała miejsce 12 marca. Z różnych przyczyn (głównie wsiąknięcia w pierwszą część "Darksiders") zakupiłem go dopiero pod koniec zeszłego miesiąca. Akurat na święta. Od momentu zakupu do ukończenia kampanii upłynęło jakieś pięć dni średnio intensywnego grania. Pierwsze wrażenie miałem nieco ukierunkowane przez recenzje, które wcześniej czytałem. Przewijało się w nich przede wszystkim narzekanie na fabułę (no i oczywiście standardowe kręcenie nosem, że jedną grę podzielono na trzy). I faktycznie, fabuła nie zachwyca. O ile sam początek jest bardzo obiecujący i trzy pierwsze misje, okraszone dynamicznymi przerywnikami, pozwalają wierzyć, że będzie się działo, o tyle później jest już tylko historia pt. "Sarah Kerrigan zbiera armię i rusza na Mengska". Są tutaj przyjemne zaskoczenia, takie jak wprowadzenie pierwotnych zergów czy powrót Stukova w robaczywej wersji, tylko że niestety nie są one w stanie zamaskować głównej osi fabularnej. Nieustannie w mojej głowie pojawiały się pytania o zasadność wprowadzania do fabuły takich, a nie innych elementów. Po co Kerrigan leciała na Kaldir? Co jej dało zabranie Zagary na pokład lewiatana? No i wreszcie: czemu tak łatwo uwierzyła w śmierć Raynora? Cała fabuła mogłaby się zamknąć w misjach początkowych, kampanii na Czar, a potem ataku na Korhal. Gdzieś po drodze Kerrigan powróciłaby do postaci Królowej Ostrzy, dowiedziała się o Amonie i tyle. Historia uniwersum gry nie stałaby się przez taki skrót jakoś specjalnie uboższa. Inna sprawa, że sama rozgrywka wiele by straciła.

Może to dziwne, ale o ile fabuła jest taka sobie, to misje są świetne. W każdą gra się bardzo przyjemnie, a wracanie do nich wcale nie musi oznaczać nużącej rozgrywki. System wyboru ulepszeń dla jednostek tylko na potrzeby konkretnej misji też jest doskonałym rozwiązaniem. Poza tym są jeszcze misje ewolucyjne, które trwale przekształcają nasze jednostki. I o ile system ewolucji jest świetny, to już same misje, podczas których zbieramy esencję i testujemy potencjalne ulepszenia, nieco nudzą, gdyż są tak łatwe, że nie da się ich nie przejść. Kolejny plus należy się za system rozwoju Kerrigan, dzięki któremu w każdej misji, w której się pojawia, jest ona podstawową jednostką ofensywną. W większości misji o bardziej tradycyjnej konstukcji, polegajacej na rozbudowie bazy, w pierwszych minutach Kerrigan doskonale sprawdza się w szybkich, niszczycielskich wypadach na większe skupiska przeciwników. Kiedy z kolei już dorobimy się armii, którą przeprowadzimy główny szturm, to nasza bohaterka zawsze stanowi jej najważniejszy składnik. Dzięki temu, że może się odradzać nie jest już Sarą znaną z pierwszego "StarCrafta", którą używało się tylko w początkowych etapach, aby później schować ją za linią konstrukcji obronnych. Z drugiej strony, odradzanie bohatera to spore ułatwienie, które nieco niszczy magię gry. Dawniej komunikat "Kerrigan was killed" poprzedzał "Mission failed", przez co gracz musiał się skupiać nie tylko na celu misji, ale też na ochronie swojego herosa. No, ale do takiego patentu w blizzardowych RTS-ach mogłem się już przez tę dekadę, która minęła od premiery trzeciego "WarCrafta", przyzwyczaić.


Pod względem oprawy "Heart of the Swarm" olśniewa. I mimo, że mój laptop nie jest w stanie pociągnąć najwyższych ustawień graficznych, to przy średnich też nie jest źle. Muszę jednak przyznać, iż odpalając w jakości HD poradniki zdobywania mistrzowskich osiągnięć, które można znaleźć na YouTube, dostrzegłem, że część doznań estetycznych mnie omija. Muzyce też nie można nic zarzucić. Może jest mniej wyrazista i "robaczywa", niż w kampanii zergów z pierwszego "StarCrafta", ale za to całkiem przyjemnie słucha się jej nie tylko podczas rozgrywki, ale też jako tło do chodzenia po mieście, czytania czy pisania.

Filmiki są klasą samą dla siebie. Jak to w dodatkach bywa (analogia z "Brood War" nasuwa się sama) prerenderowane animacje pojawiają się tylko na początku i na końcu kampanii. Sekwencja ataku na Augustgrad wbija w siedzisko i razem ze sceną w komnacie Mengska tworzy dyptyk, którego nie da się zapomnieć. Co ciekawe, niewiele gorzej wyglądają przerywniki renderowane w czasie rzeczywistym, którymi poprzetykano istotniejsze z misji. Momentami aż zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie jest prerenderowana animacja (np. w przypadku filmiku z Zeratulem), ale uważniejsze przyjrzenie się włosom głównej bohaterki, pozwalało na szybką weryfikację mych wątpliwości. Ogólnie jest równie dobrze, a biorąc pod uwagę jakoś renderowanych animacji, nawet lepiej niż w "Wings of Liberty". Blizzard zawsze robił najlepsze sekwencje filmowe w branży i tutaj to się nie zmieniło.

Kolejny plus, który wiąże się z drugą częścią drugiego "StarCrafta", to zmiana głównego menu. Wszystko jest teraz czytelniejsze, a osobne okienka dla "Wings of Liberty", "Heart of the Swarm" i Wyzwań, wraz z procentowym oznaczeniem zdobytych osiągnięć, to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Mała rzecz, a cieszy.


Kampania jest krótsza niż w podstawce. Nie ma też nowych Wyzwań. No i odchodzi aspekt pierwszego wejścia w rozgrywki sieciowe i gry dowolne. Z tego też względu osiągnięć w "Heart of the Swarm" jest do zdobycia dużo mniej. Nie na tyle jednak mało, aby nie wydłużały one skutecznie czasu gry. Co ciekawe, w misjach nie ma osiągnięć do zdobycia na trudnym poziomie. Zamiast nich są osiągnięcia mistrzowskie, które co prawda trzeba przejść na hardzie, ale ich zdobycie nie jest konieczne do zaliczenia danej misji na 100 %. Trochę to moje wyjaśnienie zamotane, jednak zapewniam, że sam system jest dosyć prosty do ogarnięcia, a same mistrzowskie osiągnięcia naprawdę stanowią wyzwanie i muszę przyznać, iż moja przygoda z większością z nich zaczyna się od obejrzenia jakiegoś poradnika.

Jeśli chodzi o rozgrywkę multiplayer, to nie jestem w stanie nic o niej napisać, gdyż jeszcze jej nie skosztowałem. Ot, jeden, szybko przegrany meczyk z kumplem, tylko po to, aby zdobyć unikalne osiągnięcie, które pojawiło się czasowo z okazji 15-lecia mojej ulubionej gry. Kiedyś może się przełamię, podszkolę umiejętności i skosztuję rozgrywek sieciowych. W tej chwili jednak gra singlowa w zupełności mi wystarcza. System osiągnięć i konstrukcja misji nie pozwalają się nudzić, nawet biorąc poprawkę na to, że fabuła nie porywa.

I jak bardzo bym na tę ostatnią nie kręcił nosem, to kończąc grę po raz pierwszy, byłem urzeczony. Tak jak Jim Raynor wiedziałem, że to ważna chwila. I tak jak on mogłem tylko powtórzyć: "To była przyjemność, skarbie".


środa, 26 grudnia 2012

Sześciokącik StarCrafta #20

Najdłuższa przerwa w dziejach tego bloga zaliczona. Pora wrócić do pisania. Może nie za długiego i niezbyt regularnego, ale zawsze... Na rozgrzewkę Sześciokącik. Przy okazji składam spóźnione życzenia świąteczne i jeszcze aktualne noworoczne. Wszystkim, którzy tu zaglądają, chciałbym życzyć po prostu miłego roku 2013, niech pozytywnie odciśnie się w Waszej pamięci! A sobie życzę zapału do pisania (w ciągu najbliższych miesięcy bardzo mi się przyda).

 

Święta się kończą, ale aby jeszcze pozostać w ich klimacie zerknijcie na dziewiętnasty odcinek "StarCrafts", a później przyjrzeć się zergowskim maskotkom. Oba linki pożyczone z oficjalnych życzeń Blizzarda.


No, to skoro formalności już za nami polecam konkretną lekturę, dla której wypromowania powstał dzisiejszy wpis. Chodzi o sesję pytań i odpowiedzi, których udzielił Brian Kindregan, jeden ze scenarzystów "Wings of Liberty" i główny scenarzysta "Heart of the Swarm". Na razie pojawiło się dziesięć odsłon tego cyklu. Pierwszą znajdziecie tutaj, a najnowszą w tym miejscu. Resztę już bez problemu odgrzebiecie przy okazji lektury podlinkowanej dwójki. Dla każdego, kto "StarCrafta" traktuje jako coś więcej niż podstawkę do rozgrywki sieciowej, jest to prawdziwa skarbnica wiedzy na temat uniwersum. Parę rzeczy można sobie przypomnieć, parę uświadomić, a przy okazji zastanowić się nad paroma kwestiami dotyczącymi fabuły którejś z obu części gry. Zastanawialiście się kiedyś na przykład, dlaczego Kerrigan dalej mści się na Mengsku, chociaż mogła go już wykończyć przy okazji Wojny Szczepów, albo po co poruszając się w próżni mutaliski machają skrzydłami? A może umknęło wam, że Jim Raynor miał kiedyś rodzinę? I mimo, że scenarzysta "Heart of the Swarm" często udziela dosyć pokrętnych wyjaśnień, które tworzy wyraźnie zaskoczony pytaniem, to można sobie co nieco poukładać w głowie. No dobra, nie zawsze można, ale już samo śledzenie tłumaczeń scenarzysty może dostarczyć sporo satysfakcji. Jeśli jakaś odpowiedź zaczyna się od słów "bardzo dobre/ciekawe pytanie", to możecie być niemal pewni, że po jej przeczytaniu pojawi się w waszej głowie jeszcze więcej znaków zapytania, a wątpliwości, które sprowokowały pierwotne pytanie, wcale się nie rozwieją.

Ze szczególnie interesujących kwestii, dosyć dużo uwagi poświęcono "Brood War" i faktowi pomięcia wydarzeń, które w nim zaprezentowano, w fabule "Wings of Liberty". Wiele osób słusznie zwraca uwagę, że dodatek do "StarCrafta" w drugiej części gry stał się białą plamą i próżno gdziekolwiek w niej szukać wzmianek choćby o UED. Najwięcej informacji, co zrozumiałe, scenarzysta udziela na temat fabuły "Heart of the Swarm". Nieraz podważa przy tym twierdzenie, że Kerrigan stanie się kimś w rodzaju wybrańca, który ocali wszechświat. Przyznaje też otwarcie (chyba jedyny raz nie próbując się silić na naciągane wyjaśnienia), że jedna z historii z komiksu "StarCraft: Frontline" jest sprzeczna z fabułą gry.

Czego mi zabrakło? Głównie jasnej odpowiedzi na pytanie, które ze ścieżek fabularnych "Wings of Liberty" stanowią kanon. Pojawia się wzmianka, że wszystkie będą brane pod uwagę przy kampanii zergów (w zależności od tego, którą drogą poszedł gracz w podstawce), ale jednak chciałbym wiedzieć, jak to w końcu było z panią doktor, Toshem etc. Inna pytanie, które chodzi mi po głowie od 1999 roku, to dlaczego UED w "Brood War" miało takie same jednostki, co Konfederacja i Synowie Korhalu? Może bym się zbytnio nawet tego nie czepił, ale pamiętam, że recenzent z "CD Action" dał m.in. właśnie przez to dodatkowi do mojej ulubionej gry tylko 8/10. Na odpowiedź na to ostatnie raczej nie liczę, ale może kwestia ścieżek fabularnych zostanie jeszcze poruszona w kolejnych odsłonach cyklu. Sam scenarzysta wspomina w pewnym momencie, że sami nie do końca byli zadowoleni z patentu wyboru drogi i mogli go bardziej dopracować.

Czytania jest całkiem sporo, zatem nie zabieram już czasu i odsyłam do wspomnianych tekstów. W końcu czymś trzeba się zając odliczając dni do 12 marca przyszłego roku. Szkoda tylko, że pewnie będzie już po zimie, kiedy Kerrigan rzuci nasze oddziały na mroźną planetę Kaldir, więc widoki za oknem nie będą kompatybilne z tymi, które przyjdzie nam podziwiać na ekranie komputera.

piątek, 16 marca 2012

Sześciokącik StarCrafta #19

Nastała wiosna i aż chce się śpiewać... No to dzisiaj będzie o piosenkach inspirowanych "StarCraftem".

 

Może osoby mniej obeznane ze światem fanowskiej twórczości się zdziwią, ale utwory tworzone ku chwale drugiego "StarCrafta" to przede wszystkim hip-hop. Doskonale tę sytuację przedstawił Konrad Hildebrand w swoim krótkim, ale bogatym w przykłady, artykule na Polygamii. Nie będę tutaj zatem powtarzał jego roboty - kliknijcie w link i sami przekonajcie się, że nawet o Zergach można fajnie rapować. Zamiast tego, w dzisiejszym kąciku przytoczę kilka utworów z hip-hopem mających niewiele wspólnego (nie licząc rapującego Husky'ego). Na początek dzieło, które idealnie trafiło w moje niewyrafinowane gusta.


Jestem autentycznie oczarowany. Piękny głos, świetny podkład (podobno to drum'n'bass - gatunek, który jakoś inaczej mi się kojarzył), no i fakt, że jest to piosenka o Sarze Kerrigan... Chyba nikogo nie dziwi, że utwór doczekał się osobnej wzmianki na battlenecie. A ja zacząłem grzebać dalej, dzięki czemu głos Veeli może umilać mi tworzenie tej notki.

Pozostańmy na chwilę przy śpiewających ładnych dziewczynach. Jedną z nich "StarCraft 2" zainspirował do napisania piosenki... hm... miłosnej. Oto rezultat:


Dobra, wystarczy tych piękności - teraz coś dla twardzieli. Parodie Justina Biebera (ponad 717 mln wejść, chyba nic się nie stanie jak mu jeszcze kilka narobię...) i Rebecci Black. Oba w wykonaniu Nerd Alert, czyli Kurta Hugo Schneidera i Husky'ego.


Chłopaki mają też w zanadrzu piosenkę miłosną. Jeśli będziecie oglądać to w towarzystwie innych, niezarażonych "StarCraftem" osób, to z pewnością nie spotkacie się z ich zrozumieniem, zatem poniższy (jakby nie patrzeć - intymny) klip najlepiej oglądać w samotności bądź grupie znajomych, którzy wiedzą chociaż co to takiego SCV.


Powyższe przykłady dowodzą, że piosenki o drugim "StarCraftcie" można też śpiewać, a nie tylko rapować. Kolejne dowody potwierdzające tę tezę można by jeszcze długo mnożyć, wygrzebując z youtuba ciągle coś nowego. Większość ze starcraftowych piosenek to oczywiście parodie znanych hitów, których słowa pozmieniano na nazwy jednostek oraz popularnych zagrań i strategii (proxy, rush etc.). Jak to zwykle bywa - wśród masy średnich i naprawdę mizernych produkcji można znaleźć kilka prawdziwych perełek, dzięki którym czas spędzony na poszukiwaniach na pewno nie będzie straconym. Wydaje mi się, że kilka z takich utworów przedstawiłem powyżej. Jeśli nie chce Wam się szukać, to na Starcraft2.net.pl Robert "Xrasnolud" Rojek stworzył krótki przegląd. Jeden z zamieszczonych w nim kawałków już podlinkowałem, resztę sprawdźcie sami (warto). Jeśli przegrzebiecie się na tym serwisie przez rzeczy otagowane jako twórczość fanów, to znajdziecie jeszcze sporo muzycznych ciekawostek. Ja tymczasem już ściągam słuchawki i - w bliżej niesprecyzowanej przyszłości - zapraszam do kolejnego Sześciokącika.

niedziela, 13 listopada 2011

Sześciokącik StarCraft #18

Siłą rozpędu - dzisiaj więcej oglądania niż czytania.


Przy okazji dłuższego weekendu postanowiłem zerknąć na od dawna nieodwiedzaną witrynę starcraft2.net.pl. Wśród masy informacji ze świata gwiezdnego e-sportu znalazłem jeden niezwykle interesujący filmik. Pogrzebałem dalej i trafiłem na kolejne rzeczy warte obejrzenia. Potem już tylko szybka wizyta na YouTube i w ten sposób powstał dzisiejszy wpis, będący w istocie kompilacją kilku starcraftowych animacji. Mam nadzieję, że nie trafił się wśród nich jakiś odgrzewany kotlet, którego już kiedyś linkowałem... Smacznego.

Na dobry początek proponuję jednak oficjalny trailer "Heart of the Swarm", który niecały miesiąc temu pojawił się w sieci i z miejsca zdobył moje serce.


Świetny, prawda? To teraz proponuję trailer do podstawki, który pojawił się w okolicy jej premiery, czyli pod koniec lipca 2010 roku.


Czemu go przypominam? Ano temu, żebyście właściwie odebrali poniższe cudeńko.


Zatem kiedy wszyscy są już w dobrych nastrojach, proponuję dzisiejszy gwóźdź programu, w postaci amatorskiej animacji nawiązującej do pierwszego StarCrafta. Więcej informacji o tym dziele znajdziecie na StarCraft Legacy. Dodam tylko, że autorem tej animacji, do której nijak nie pasuje potoczne znaczenie przymiotnika "amatorska", jest młody mieszkaniec Rumunii. W jej tworzeniu pomógł mu m.in. nasz rodak - Piotr Musiał, którego działem jest muzyka towarzysząca obrazowi.


Miałem w zanadrzu jeszcze kilka filmików, ale doszedłem do wniosku, że przy powyższym wszystkie one wyglądają żałośnie i to nawet pomijając fakt, że zamiarem ich twórców było rozbawienie widzów, a nie wywoływanie w nich zachwytu poziomem wykonania. Bo będąc szczerym, to przy przygodach kucyków te odrzucone animacje też jakoś nie bawią, zatem aby nie kończyć słabym akcentem zostawię je na kiedy indziej. Podobnie kiedy indziej porozczulam się nieco nad zmianami w jednostkach, które przyniesie ze sobą "Heart of the Swarm"...

sobota, 4 czerwca 2011

Sześciokącik StarCraft #17

Niemal 10 miesięcy minęło od ostatniego wpisu dot. "StarCrafta". Bardzo chciałem, aby moje wrażenia z gry pojawiały się na bieżąco, lecz jakoś tak wyszło, że zbyt wiele uwagi poświęcałem samej rozgrywce, w związku z czym nie miałem już siły na pisanie o niej. Od kilku dobrych miesięcy już nie gram w "StarCrafta II". Ile miałem, tylko pograłem (aczkolwiek w wakacje planuję powrócić do "SC II" i nieco punktów nabić) - cała kampania na poziomie normalnym i trudnym, ok. 10 misji na brutalnym, troszkę na BN (nie na tyle jednak, by dostać się do jakiejś ligi). Po prostu, dla mnie kluczowy jest tryb single. Teraz mogę znowu skupić się na tym, co doskonale Blizzard umożliwia, czyli na czekaniu.


"Heart of the Swarm", czyli pierwszy dodatek do "SC II", doczekał się swojej strony, a to znaczy tyle, że można już spokojnie odliczać czas do jego premiery. Tą pierwotnie planowano na grudzień bieżącego roku, jednak coś mi mówi, że tak szybko ona nie nastąpi. Obstawiam pierwszy kwartał 2012, będąc świadomym, że równie dobrze premiera może nastąpić dopiero za rok.


Grunt, że są pojawiły się już obrazki, zarys fabuły, a przede wszystkim dwa filmiki: teaser i prezentacja gameplaya. Teaser jak to teaser - cieszy, ale pozostawia niedosyt. Jak już pojawi się trailer z prawdziwego zdarzenia, to na pewno zrzuci czapkę z łba. Na razie jest naprawdę nieźle. Co do prezentacji rozgrywki, to można mieć mieszane uczucia. Kerrigan będzie oczywiście kluczową postacią i w samych misjach pewnie spotkamy ją jeszcze częściej niż Raynora w "Wings of Liberty". Szkoda tylko, że nie jest to ta sama ruda "duszyczka", co w pierwszym "SC". Blizzard zaprezentował coś w pół drogi pomiędzy Królową Ostrzy, a żeńskim Ghostem pokroju Novy. Skoro główna bohaterka "Heart of the Swarm" postanowiła nie opuszczać zergów, to dlaczego przywdziała terrańskie wdzianko? To oczywiście tylko czepianie się, którego nie mogłem sobie odpuścić...


Tak naprawdę gameplay prezentuje coś dużo bardziej istotnego, czyli rangę, jaką podczas misji odegra Kerrigan. Widać wyraźnie, że bohaterka całego zamieszania dostanie własny panel ulepszeń, co nasuwa przypuszczenia, że jej rola w misjach będzie więcej niż pomocnicza. O ile Raynor był po prostu mocną jednostką, o tyle Kerrigan będzie prawdopodobnie kluczem do zwycięstwa. Obawiam się, czy fakt ten nie zaburzy RTS-owego modelu rozgrywki (oczywiście dot. to trybu single player). Blizzard zawsze lubił w swoich strategiach dodawać elementy RPG i zawsze wychodziło to bardzo sprawnie (np. w "WarCraft III"), jednak rola armii pozostawała przy tym kluczowa. Czy tutaj będzie podobnie? Wszak największą potęgą Kerrigan tak naprawdę nie są jej umiejętności, lecz Rój.


Moje wątpliwość budzi również dodanie zimowego światu. Z samych dekoracji i map niezmiernie się cieszę, ale jakoś średnio mi one pasują do zergów. Przypominam, że mowa tutaj o robalach, a robale nie lubią zimna. W fabule znajdzie to wytłumaczenie faktem, że Kerrigan pracuje nad ewolucją Roju w kierunku odporności na niskie temperatury. Jakoś mnie to nie przekonuje, jednak wierzę, że sytuację uratuje zaginiony szczep, który dawno temu został posłany na lodową planetę Kaldir i który, jak można wnioskować po jednym z concept artów, zmienił się w robaczki pokryte białym futerkiem. Niemniej mogli z tymi zimowymi klimatami poczekać i wrzucić je do trzeciego dodatku.


Pomarudziłem, ale wierzę, że pierwszy dodatek do "SC II" w niczym nie będzie ustępował podstawce. Specjalnością zergów jest ewolucja, zetem wszelkie ulepszenia będą rzeczą całkowicie naturalną. Wybór pomiędzy trzema zerglingami z jednego jaja lub pozostaniem przy dwóch, ale za to takich, które potrafią błyskawicznie doskoczyć do wroga - to jeden z przykładów. Bardzo jestem też ciekaw nowych bohaterów, takich jak zbuntowane królowe czy Izsha - doradca, a jednocześnie pamięć Kerrigan z czasów, gdy była Królową Ostrzy. No i jak w tym całym zamieszaniu odnajdzie się Jim Raynor? Chyba nie po to przywrócił swej ukochanej ludzką postać, aby mu się wyślizgnęła... Zresztą ma chłop nauczkę, wszak znał proroctwo Zeratula i wiedział, że tylko Sarah może uratować wszechświat. Ale to już temat na oddzielny wpis.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Sześciokącik StarCrafta #16

Ten post powinien się tutaj pojawić już niemal trzy tygodnie temu. Co się odwlecze to nie uciecze. Za dwie godzinki wyjeżdżam na wakacje, zatem szybko do rzeczy. Aha, będzie dużo prywaty...


"StarCraft 2" w końcu ujrzał światło dzienne - to wiedzą już wszyscy. Nocka z 26 na 27 lipca stała dla miłośników Gwiezdnego Rzemiosła, tym czym dla trzynastolatków były premiery kolejnych "Harrych Potterów". I ja czekałem na tę chwilę z niecierpliwością, niemniej splot kilku czynników, nie do końca zależnych ode mnie, przesunął mą radość nieco w czasie.


Pierwszym krokiem ku upragnionej grze było kupno nowego kompa. Przeszukałem sieć, wybrałem sklep, model i złożyłem zamówienie. Był 21 lipca. Pieniążki przelałem tego samego dzionka. Nazajutrz dostałem maila z informacją, iż zamówienie zostanie zrealizowane w ciągu 2-3 dni roboczych od wpłynięcia kwoty na konto. No, czyli na 27, względnie 28, powinno być. Nic z tego... Kiedy nastał dzień premiery, a laptop nadal nie gościł na mym stoliku, postanowiłem napisać do sklepu. O, a tu się okazało, że dostawa się opóźniła i komputery dotrą do nich dopiero w pierwszym tygodniu sierpnia. Miło, że mnie raczyli poinformować sami z siebie... Mogłem zrezygnować, ale skoro już sobie upatrzyłem sprzęt, to nie będę szukał na nowo. Postanowiłem poczekać. W takim wypadku z kupnem gry się nie śpieszyłem. Ostatecznie zaopatrzyłem się w nią 30 lipca, komp dotarł 4 sierpnia, kampanię skończyłem wczoraj. Tyle kalendarium.


Półtora tygodnia na przejście "Wings of Liberty" to spory kawał czasu, zwłaszcza jeśli weźmie się poprawkę na to, że jednym z osiągnięć w grze jest przejście jej w mniej niż 7 godzin. W międzyczasie chodziłem jednak do pracy, miałem trzydniowy wyjazd i ogólnie zajmowałem się wieloma rzeczami, które skutecznie odciągały mnie od gry. Rzecz jasna, w czasie, w którym przy kompie nie siedziałem, cały czas myślałem o nowym "StarCrafcie", a Pikielniki i Wypalacze przewinęły się nawet przez moje chore sny. Maniactwo zobowiązuje... O samej rozgrywce pewnie jeszcze nie raz napiszę, teraz zaś kilka luźnych uwag, tak na świeżo.


Kampania jest skonstruowana doskonale. Z każdą kolejną misją gracz poznaje kolejne jednostki, a same zadania zdecydowanie odbiegają od prostego schematu: zbuduj bazę i zniszcz przeciwnika. Wielkie brawa należą się za mini kampanię Protossów. Jej ostatnia misja była nawet bardziej wymagająca niż finał głównej kampanii. Zresztą cały podział na mini kampanie to strzał w dziesiątkę. Fabuła wciąga na całego i skutecznie wzmacnia syndrom "jeszcze jednej misji". Pomysł z osiągnięciami sprawdza się doskonale, podobnie jak badanie w laboratorium, wynajmowanie najemników i opracowywanie ulepszeń w zbrojowni. Chodzenie po Hyperionie, rozmawianie z postaciami i klikanie wszystkiego co się da, skutecznie wydłuża rozgrywkę. Ba, można nawet pobawić się szafą grającą czy pograć w "Zagubionego Wikinga" (trochę szkoda, że nie jest to odświeżone "The Lost Vikings" - wiekowa, acz doskonała produkcja Blizzarda). Misji ogółem jest 26 (łącznie z jedną ukrytą). Ponad połowę z nich przechodzi się, bez większego wysiłku, w mniej niż pół godziny, a pierwsze schody zaczynają się dopiero w misji, w której gracz kieruje Gabrielem Toshem. To wszystko jednak na poziomie normalnym. Mając za sobą całą kampanię czuję lekki niedosyt - chcę dalszą część opowieści, ale też więcej misji. Mam nadzieję, że ten drugi rodzaj apetytu zaspokoją czekające jeszcze osiągnięcia. Niestety, głód na dalszą część fabuły zaspokoję prawdopodobnie dopiero z 1,5 roku (wieść niesie, że tyle przyjdzie czekać na "Heart of the Swarm").


Filmiki, jak to u Blizzarda, stanowią klasę samą w sobie. Te tworzone na silniku gry pozostawiają co nieco do życzenia (zwłaszcza jeśli ma się w pamięci doskonałe animacje w trzecim "WarCrafcie" i wrażenie, jakie swego czasu, wywierały przerywniki we wszystkich kolejnych produkcjach Blizzarda). Z czasem się do nich przyzwyczaiłem i stały się dla mnie naturalną częścią gry, bardziej rozbudowanym wariantem pogadanek przed misjami. Pełnoprawne, "blizzardowskie" animacje są tylko cztery (łącznie z intrem i outrem), ale każda z nich zrzuca z fotela. Największe dreszcze miałem w trzeciej, gdzie pojawia się retrospekcja z dziewiątej misji oryginalnego "StarCrafta" (The New Gettysburg).


I na dzisiaj to już będzie wszystko. Czas mnie goni, trza się zbierać na wakacje. Jedno jest pewne: kiedy wrócę, znowu zasiądę do "StarCrafta 2" i spędzę przy tej grze niejedną godzinę. Będę się również starał na bieżąco dzielić wrażeniami (tego jednak nie mogę obiecać, wszak "SC 2" wciąga na całego).

czwartek, 17 czerwca 2010

Sześciokącik StarCrafta #15

Pogoda pierwszorzędna (deszcze ustały, upały przeminęły), w robocie tydzień wolnego, a w tv mistrzostwa w piłce kopanej. Nic, tylko otworzyć browarka i gapić w ekran, korzystając ze świeżego powietrza, przedostającego się przez uchylone okno. Mimo wszystko postanowiłem dorzucić coś na zaniedbywanego bloga. Oczywiście idę po najniższej linii oporu, czyli... pora na Sześciokącik.


Kiedy piszę te słowa, drużyna Korei Południowej przegrywa z Argentyną. Mam jednak nadzieje, że chłopaki pokażą na tym mundialu, że nie tylko w StarCrafta potrafią grać (o, właśnie strzelili gola). Tymczasem sporo się działo w temacie kontynuacji mojej ulubionej gry. Przede wszystkim zakończyła się pierwsza faza beta testów, nieco wcześniej zaś podano oficjalną datę premiery gotowej gry - 27 lipca bieżącego roku. W sieci coraz więcej ofert preorderów. Niestety, cena - zarówno edycji kolekcjonerskiej, jak i zwykłej - nadal nie rozpieszcza. Jeśli jednak naprawdę chce się ponarzekać na cenę, to warto zerknąć na oficjalny starcraftowy sprzęt od Razera (swoją drogą, naprawdę świetnie się prezentujący). Blizzard ogłosił też wyniki konkursu video. Zwycięskie obrazy można zobaczyć tutaj (USA) i tutaj (Europa). Wśród europejskich laureatów drugiego miejsca znalazł się Tomasz Lenarcik, dowodząc tym samym, że polscy fani potrafią coś więcej, niż tylko narzekać na cenę, datę premiery, balans i masę innych rzeczy.

W dzisiejszym Sześciokąciku pragnę się jednak skupić na czymś zupełnie innym - reklamach. W przerwie finałowego meczu NBA pojawił się filmik, który mnie zachwycił (jak to zwykle w przypadku blizzardowskich animacji). Zresztą popatrzcie sami:



Poszukując tej reklamy trafiłem też na filmiki reklamujące pewien koreański turniej. Idąc ich tropem odkryłem cały pakiet koreańskich reklam. Oto paczuszka 6 pierwszorzędnych filmików, którym naprawdę warto poświęcić kilka chwil:



I na koniec reklama StarCrafta 64 (pojawia się w niej pewien znany, acz już nieżyjący, dyktator):



Mam nadzieję, że wam się podobało. Lenistwo mnie nie opuszcza, więc przewaga filmików i obrazków nad tekstem będzie zjawiskiem coraz częstszym. Wracam do oglądania meczu (Korea właśnie straciła czwartą bramkę... Eh...).

piątek, 9 kwietnia 2010

Sześciokącik StarCrafta #14

Sześciokącik to bez wątpienia najprostszy sposób na zapełnienie tego bloga. Dzisiaj zatem idę po najniższej linii oporu.


Od czasu, kiedy ostatnio pisałem o StarCrafcie, minęło już niemal półtora miesiąca, ale właściwie nie pojawiła się żadna informacja, która mogłaby przyćmić tę w ostatnich tygodniach najważniejszą - premierę bety. Właściwie to, o czym napiszę dzisiaj, też wspomnianej informacji nie przyćmi, jednak jest na tyle istotne (przynajmniej dla takiego maniaka jak ja), że nie mogę sobie darować skromnego komentarza.

Najpierw jednak inne ważne info. Od jakiegoś czasu polskojęzyczna wersja oficjalnej strony StarCrafta 2 hula w najlepsze. Oczywiście wcześniej już coś tam było w naszym języku, jednak teraz po polsku jest już praktycznie wszystko. Mikołaj Rej byłby dumny.

A teraz już informacja, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że mimo wszystko warto zacząć dzień od wizyty na facebooku. Zaprezentowano edycję kolekcjonerską SC2. Przy okazji pokazano też pudełko z wersją podstawową. Na początek ceny: 59,99 euro za wersję standard, 89,99 za kolekcjonerską. Mało to nie jest - niestety. Czas pokaże, jakie ceny pojawią się na polskich wersjach, ale nie wydaje mi się aby znacząco odstawały od tego, co otrzyma się po przeliczeniu powyższych sum na złotówki. Już 60 euro za wersję standard to całkiem sporo. Dla mnie osobiście zakup StarCrafta 2 będzie się wiązał ze zmianą komputera. Co prawda, nie celuję w jakiś maksymalnie wypasiony sprzęt, jednak do ceny gry spokojnie muszę doliczyć ok. 2 tys. złotych. Nie wiem czy wybiorę tańszą wersję gry, jednak wiem, że będzie to inwestycja na lata. StarCraft nie jest ekskluzywnym filmem na DVD, który po obejrzeniu ląduje na półce, ta gra na pewno pożyje wiele lat. Stosunek ceny do "zabitego czasu" wypada w tym wypadku doskonale.


Wracając do edycji kolekcjonerskiej, to oprócz samej gry znajdzie się w niej: album z grafikami pt. "The Art of StarCraft II: Wings of Liberty" (176 strony), 2-gigowy pendrive (replika nieśmiertelnika Raynora, na którą wgrano StarCrafta i Brood War), DVD z wywiadami i komentarzami twórców, komiks StarCraft nr #0, OST z gry. Do tego dochodzą wirtualne pierdółki w postaci: towarzysza do WoWa (mini Thor), specjalnych portretów do profilu na Battlenecie, dekoracji do modyfikowania jednostek w grze oraz nowej wersji wizualnej Thora (co oni mają z tym Thorem?).

Przy okazji pojawiła się skromna, aczkolwiek niezwykle istotna informacja o następującej treści: "Więcej informacji o grze, w tym o dacie wydania zostanie ogłoszone w ciągu najbliższych tygodni." Trochę nie chce się wierzyć. Blizzard nie kwapi się z podawaniem dokładnych dat premier swoich gier, zatem albo wiedzą, że SC2 można już wrzucać do sklepów, albo podadzą termin orientacyjny.


Sama edycja kolekcjonerska sprawia, że czuję się nieco rozdarty. Z jednej strony głupio za gadżety dopłacać połowę ceny standardowej wersji. OST do szczęścia mi nie jest potrzebny, pierwszą część wraz z dodatkiem posiadam, w WoWa nie gram, a masa unikalnych jednostek pojawi się w sieci za sprawą edytora kampanii. Jedyne rzeczy, które mocniej zwracają moją uwagę, to artbook, komiks i pendrive (wiecie: unikalny nieśmiertelnik Raynora, a jestem maniakiem, etc...). Fajnie by było mieć te gadżety, ale jednak trochę ich mało. Gdyby w pudełku pojawił się jeszcze kubek, koszulka i np. pluszowy zergling, nie miałbym wątpliwości, że to słuszny zakup. A tak - pojawiają się obawy, że sporo kasy poleci w błoto. Na szczęście pozostaje jeszcze sama gra, która osłodzi rozczarowanie gadżetami i sprawi, że każdy, kto zainwestuje w edycję kolekcjonerską, szybko zapomni o tym, iż słono przepłacił.

Blizzard nie jest organizacją charytatywną. Co prawda, dla wielu osób ich gry już dawno wykroczyły poza ramy zwyczajnej rozrywki, jednak nie zmienia to faktu, że SC2 ma przede wszystkim zarobić kupę pieniędzy, a nie podtrzymywać kult, który zapoczątkował jego poprzednik. Można narzekać na cenę zarówno podstawki, jak i wersji rozszerzonej, nie ulega jednak wątpliwości, że znajdą one mnóstwo nabywców. Nie ulega też wątpliwości jeszcze jedna sprawa: StarCraft 2 jest coraz bliżej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdania tego typu pojawiały się już dwa lata temu, a rok temu był ich prawdziwy wysyp, tym razem jest to jednak niemalże pewne: w te wakacje pojeżdżę sobie nowymi Siege Tankami!

Do następnego Sześciokącika i powodzenia w ciułaniu kasy!

wtorek, 23 lutego 2010

Sześciokącik StarCrafta #13

No i stało się! O czym mowa? Oczywiście o starcie bety StarCrafta 2. Powinienem o tym napisać już niemal tydzień temu, ale jakoś tak się złożyło, że mą słabą głowę zaprzątało kilka spraw natury osobisto-towarzyskiej. W końcu jednak wytrzeźwiałem, zaakceptowałem swój nowy wiek, obejrzałem występy rodaków na olimpiadzie i rozpocząłem kolejny semestr studiów. Słowem: mogę coś skrobnąć na bloga.


18 stycznia, środa rano. Sprawdzam pocztę, a tam mail ze StarCraft2.net.pl pod wielce wymownym tytułem: "StarCraft 2 BETA - wystartowała !" No, to teraz się zacznie - pomyślałem. Szybki rzut oka na wspomniany serwis tylko potwierdził moje przypuszczenia. Kilkaset komentarzy pod newsem informującym o becie (w tej chwili niemal 600), ogólny nastrój euforii i coraz więcej doniesień z tego co dzieje się na Battlenecie. Setki polskich graczy powchodziło na oficjalne forum Blizzarda, kilkaset osób zaczęło oglądać przekaz jak jeden gość pobiera klucz do bety, a jeszcze więcej osób zaczęło co sekundę odświeżać pocztę i żyć nadzieją, że dane im będzie posmakować testowej wersji StarCrafta 2. Bardzo miłą informacją jest, że mini strona poświęcona becie dostępna jest również w naszym języku. Oczywiście skoro Blizzard pracuje nad polską wersją samej gry, to nikogo taka sytuacja nie powinna dziwić. Niemniej, oficjalna strona StarCraft 2 jest dostępna po polsku tylko w niewielkim wycinku, a przy wspomnianym serwisie poświęconym becie można sobie rozwinąć listę języków i w dziesiątce "istotnych języków świata według Blizzarda" znaleźć również polski. Serce rośnie.

Jeśli już wspomniałem o lokalizacji, to dzięki becie można doświadczyć jej pierwszych efektów. Niestety, o ile nie można mówić o porażce, to o kompletnym sukcesie też nie. Nazwy jednostek można było zostawić w oryginale. Jakoś nie potrafię się przyzwyczaić do zmiany SCV na ERK. Dla mnie i znajomych graczy to zawsze był na wskroś polski skrót i wymawialiśmy go "escefał", a nie "essiwi". Teraz trzeba się będzie przyzwyczaić do tego, że po minerały podjeżdża karetka pogotowia... Głosy jednostek dają radę, aczkolwiek czasami mogło być lepiej. Ogólnie, polskiej wersji bety StarCrafta 2 mogę wystawić +3 w szkolnej skali ocen. No, ale nie usłyszałem i nie przeczytałem wszystkiego, a moje wrażenie opierają się tylko na filmikach zamieszczonych w sieci. W tej chwili mogę tylko stwierdzić, że mój początkowy zapał został nieco ostudzony i sukces polonizacji przestał być dla mnie pewnikiem.

Dobra, ale czym tu się tak w ogóle ekscytować? Przecież to tylko wersja testowa, a nie pełna wersja gry. I tu tkwi fenomen: StarCraft 2 beta może się poszczycić popularnością o jakiej wiele pełnoprawnych produkcji tylko marzy. Oczywiście nie mam tu na myśli ilość rozdanych kluczy (bo ta jest ograniczona), ale zainteresowanie graczy każdą informacją, nowinką, wrażeniami z rozgrywki. Kiedy Blizzard wypuszczał nowe screeny czy kolejne Battle Reporty, to cieszyły się one niebywałym zainteresowaniem. Teraz nowych obrazków i filmików pojawia się codziennie kilkaset. Klęska urodzaju, która dostarcza naprawdę dużo wartościowych materiałów. Dla mnie prawdziwym skarbcem okazał się youtubowy kanał StarCraft: Legacy. To, co tam wyczynia niejaki Crota, naprawdę zasługuje na uwagę. Zresztą właśnie zauważyłem, że pojawiły się filmiki z potyczkami Davida Kima - jegomościa uchodzącego za najlepszego gracza w StarCrafta 2 w ekipie Blizzarda (swoją drogą, to ciekawe, jak można być najlepszym w grę, która oficjalnie jeszcze nie istnieje...), więc powoli kończę i zabieram się za ich oglądanie. Emocje naprawdę nie mniejsze niż podczas relacji z trwających właśnie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver, a przy tym starcia można podziwiać bez ryzyka, że za chwilę na ekranie pojawi się twarz Kurzajewskiego czy kolesia z TP robiącego orzełka.

Bety nie mam i jakoś specjalnie nie zabiegam o zdobycie klucza (uczyniłem w tym kierunku tylko jeden mały krok). Przyczyna jest prozaiczna: mimo, że rzeczona gra nie ma jakichś kosmicznych wymagań sprzętowych (wbrew swej nazwie), to i tak mój archaiczny sprzęt jej nie pociągnie. Kiedy już pojawi się finalna wersja moje stopy ogrzeje nowa jednostka centralna, a wzrok popsuje nowy monitor (chociaż stary nieźle spełnia to zadanie). Jednak kiedy oglądam te wszystkie powtórki walk, przepiękną grafikę, doskonałą animację jednostek i cudowne dźwięki salw, to znowu pragnę sięgnąć po jedynkę i poczuć chociaż ten klimat. Bo jedno jest pewne już teraz: StarCraft 2 będzie miał klimat poprzednika. I tą radosną informacją pragnę zakończyć dzisiejszy wywód.

niedziela, 17 stycznia 2010

Sześciokącik StarCrafta #12

Pora nieco popisać o "StarCrafie". Parę dni temu wypłynęła pewna informacja, która wywołała prawdziwą burzę wśród polskich fanów. Szczegóły poniżej.


Na oficjalnej stronie Blizzard pojawił się wyciek, który zdążono dosyć szybko załatać (powiedzmy, że w ciągu jednej doby). Jeden z użytkowników Starcraft2.net.pl zdążył go jednak wcześniej wypatrzeć i podzielić się tą wiadomością z resztą fanów. Tym sposobem wiadomość doczekała się na polskiej stronie osobnego infa, a także kopii zapasowej. O co się rozchodzi? O to, że Blizzard oficjalnie zapowiedział polską wersję "StarCrafta 2". Mało tego, zapowiedział też pojawienie się oficjalnej witryny w naszym języku (wiadomość dotyczyła też Włochów). I wszystko pięknie, cudownie i w ogóle pierwsza klasa, gdyby nie malkontenctwo polskich graczy.

Nie potrafię zrozumieć tej awersji do wszelkiego rodzaju polonizacji. Gry po polsku wychodzą już od kilkunastu lat. Pierwszą, oficjalnie spolonizowaną produkcją, był bodajże "Ace Ventura". W roku 1998 każda nowa produkcja, która pojawiała się w naszym języku, była witana z otwartymi ramionami. Sam gram ostatnio w jedną z pierwszych spolonizowanych gier - "Dungeon Keepera" i uważam, że Polak potrafi. Oczywiście z czasem pojawił się trend na wykorzystywanie znanych aktorów, więc nie każdemu mogło pasować, że narrator w "Baldurs Gate" przemawia głosem Pana Kleksa, niemniej i ta moda przeminęła, a polonizacje stały się czymś naturalnym. Zarówno "Diablo II", jak i "WarCraft III" dowiodły, że gry Blizzarda można naprawdę zacnie przetłumaczyć. No dobrze, nazwy potworów w drugim "Diablo" czasami wyglądały co najmniej dziwnie, ale za to trzeci "WarCraft" bronił się jako całość (świetne głosy, zachowany humor, brak literówek - ogólnie kawał porządnej roboty). Za te lokalizacje odpowiadał dystrybutor, czyli CD Projekt. Wyszedł z nich obronną ręką. Teraz polonizacja została zapowiedziana przez samych twórców, co jest naprawdę sporym zaskoczeniem. Blizzard dostrzegł polskich fanów i wykonał ukłon w ich stronę. Niestety, w naszym kraju mało kto rozumie rangę takich gestów...

Z komentarzy można wnioskować, że większość graczy naprawdę liczyła na to, iż drugi "StarCraft" wyjdzie u nas po angielsku. W 2010 roku (a może i jeszcze później)! Teraz, kiedy nawet gry na konsole są lokalizowane, ktoś liczył na to, że duża premiera (prawdopodobnie będąca premierą roku) nie doczeka się polskiego wydania. Jestem w szoku.

No, ale spróbujmy zrozumieć argumenty tych ludzi (oczywiście pomijając rozpaczliwe komentarze w stylu: "Nieee!!!"). Wersja z napisami, tzw. kinowa, jest jednym z ich życzeń. To jeszcze można przetrawić, niemniej za bardzo nie wyobrażam sobie, aby w ogniu walki chciało się komukolwiek bezustannie czytać napisy (wszak to RTS, a jeśli mówimy o kompletnej lokalizacji, to niektórzy mogliby sobie zażyczyć również tłumaczenia wszelkich komunikatów i odzywek jednostek). Niektórzy chcą wersji tylko anglojęzycznej. Tutaj przecież mogą skorzystać z wielu zagranicznych sklepów internetowych. Aha, chcą takiej wersji na półkach polskich sklepów. Jeśli sprzedawcy wyczują w tym interes, to pewnie jakieś egzemplarze posprowadzają. Niemniej, w dzisiejszych czasach, żądanie aby oryginalne wersje były jedynymi w dystrybucji, brzmi równie utopijnie, co postulat aby w księgarniach sprzedawać tytuły w oryginalnym języku (o takiego choćby Orhana Pamuka) czy DVD bez polskich napisów (przecież często można je o wiele taniej sprowadzić z zagranicy). Jedynym rozsądnym życzeniem wydaje się możliwość wyboru wersji językowej. Jeśli takie coś się pojawi, to ok. Z drugiej strony, mnóstwo dialogów może znacznie zwiększyć objętość samej gry, więc możliwe, że "StarCraft 2" będzie tylko po polsku.

W dzisiejszych czasach spolonizowanie tak ważnej gry jest czymś naturalnym i nikt nie powinien być tym faktem zaskoczony. Tym bardziej nie powinien wygłaszać tez, że w polskim "StarCrafie" usłyszymy głos Pazury. Czasy zatrudniania tylko popularnych aktorów już dawno minęły. Twórcy i wydawcy wiedzą co robią i na pewno nie pozwolą sobie na to, aby fatalnie podłożone głosy zepsuły klimat gry. A jeśli ktoś chce wersję oryginalną kupić w polskim sklepie? Myślę, że i tak ją kupi.

"StarCraft 2" bez wątpienia wyjdzie po polsku. Teraz każdy będzie mógł poznać fabułę tej świetnej produkcji. Sam radzę sobie z angielskim średnio i tym bardziej cieszę się, że nie umknie mi już żadne słówko. Początki lokalizacji zagranicznych tytułów były czymś przełomowym. Każda nowa gra po polsku była wydarzeniem i nikt nie negował jej wartości. Nie cofajmy się zatem do mrocznej przeszłość, kiedy wielkie studia i wydawcy nie wiedzieli co to Polska, a wiele tytułów nie miało szans nie tyle na polską wersję, co w ogóle na wydanie w naszym kraju.

Aby nie wyjść na kompletnego zgreda, a samego tekstu nie kończyć zbyt poważnym tonem, proponuję nieco muzyki. Może nie najwyższych lotów, ale potupać nóżką i potrzepać główką (ekhm...) jak najbardziej można. Klip znaleziony na starcraft2.net.pl i ze "StarCraftem", rzecz jasna, mający coś wspólnego. Ja tam mam sentyment do takich brzmień z pogranicza power i melodic death metalu.



No, to do następnego.

środa, 16 grudnia 2009

Sześciokącik StarCrafta #11

Dzisiaj miałem całkiem aktywny dzień (jak na bezrobotnego). Chyba z tej środowej chęci działania mogę jeszcze co nieco wykrzesać, więc zapraszam do ostatniej w tym roku odsłony Sześciokącika. Grudniowo-styczniowe podsumowania czas zacząć!


Na początek nieco formalności. Obrazek, który widzicie powyżej, to dzieło Simsona (to samo, o którym ostatnio wspominałem). Dostałem błogosławieństwo autora i od dzisiaj będzie on robił za nagłówek kolejnych Sześciokącików. Fajnie, prawda?

Mijający rok nie był szczególnie szczęśliwy dla fanów StarCrafta. Owszem, działo się niemało, ale wszyscy po cichu liczyli, że to właśnie 2009 będzie rokiem premiery drugiej odsłony naszej ukochanej gry. W pierwszej połowie roku wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że tak się właśnie stanie. Ogłoszono orientacyjną datę rozpoczęcia beta-testów, zaprezentowane zostało ostateczne logo, a sam empik podał datę premiery (a także cenę)... No, ale Blizzard nie byłby Blizzardem, gdyby nie przesunął po raz n-ty daty wydania swojej produkcji.

Wszyscy żyli premierą i wokół niej oscylowała większości newsów. Ludzie dawali niejednokrotnie wyraz swojej irytacji, ale i tak czekali... i czekać będą nadal. Oczekiwanie zdominowało sieć, niemniej na światło dzienne wyszło parę rzeczy, które wygłodniałych fanów mogły zainteresować. Zapraszam zatem na subiektywne podsumowanie starcraftowego roku A.D. 2009.

Mijający rok był rokiem trzech nowych Battle Reportów. Na każdą z kolejnych odsłon trzeba było trochę poczekać, ale trzeba przyznać, że jest na co popatrzeć. Tylko co z tego, skoro wszyscy czekają na Betę, a nie nowe filmiki?

Wiadomością, która zbulwersowała fanów na początku roku (a więc wówczas, kiedy wszyscy żyli jeszcze nadzieją, że w przeciągu dwunastu miesięcy rozegrają świeżutką kampanię Terran) była informacja, że w dwójce głosu Sarah Kerrigan nie użyczy Glynnis Talken Campbell. Już wcześnie pojawiła się informacja, że podobny los spotka Jima Raynora. O ile jednak, w przypadku tego drugiego, wszystko zostało po staremu, tak w Królową Ostrzy faktycznie wcieliła się nowa aktorka. Narzekania fanów nieco ucichły, gdy okazało się, że teraz Sarah przemówi głosem Tricii Helfer. Jak widać, narząd wzroku jest ważniejszy niż narząd słuchu. Kiedy w końcu pani Helfer przemówiła "zergowskim" głosem, to okazało się, że ci, którzy na równi cenią wszystkie zmysły, też nie mają powodów do narzekań. Zresztą na panelu, mającym miejsce podczas Blizzconu 2009, nie tylko ona zaprezentowała swoje możliwości "wokalne".

Na tymże Blizzconie miał miejsce jeszcze jeden ciekawy panel. Pokazano na nim co potrafi edytor map w StarCrafcie 2. A potrafi cuda, prawdziwe cuda... Skoro o edytorze mowa, to wypada wspomnieć, że kampania dla pojedyńczego gracza jest w zasadzie gotowa. Mogli się o tym przekonać wszyscy odwiedzający rozmaite letnie targi growe, na których można było przejść kilka pierwszych misji "Wings of Liberty".

I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o informacje naprawdę warte wzmianki. Warto jeszcze tylko wspomnieć, że w mijającym roku Blizzard odświeżył swoją witrynę, w tym serwis poświęcony StaCraftowi 2. Za graficznymi zmianami poszło też uzupełnienie treści, m.in. o opowiadanie, którego tłumaczenie pojawiło się na "pierwszym polskim serwisie o StarCraft 2".

Jak zwykle nie zawiedli fani. W mijającym roku sieć zalała prawdziwa fala fanowskiej twórczości. Dominowały rzecz jasna fanarty, ale nie tylko talentem graficznym wykazywali się miłośnicy Gwiezdnego Rzemiosła. Origami, modele z papieru, malowania karoserii samochodów, czy chodnikowe graffiti. Mało? No to muszę wspomnieć, że były jeszcze poduszki, pluszaki, a nawet ciasta. Naprawdę w 2009. fanom nie brakło zarówno inwencji, jak i talentu. Nie mam siły ani czasu żeby tutaj podlinkować te wszystkie cudeńka, ale poszperajcie w ich poszukiwaniu, gdyż naprawdę warto (część z nich znajdziecie w poprzednich Sześciokącikach). Polecam też przejrzeć fanaraty z oficjalnej strony Blizzarda, gdyż ostatnio pojawia się tam coraz więcej starcraftowych rysunków.

A jaki był mijający rok z perspektywy polskiego fana? Nie taki zły. Krajowe serwisy cały czas trzymały rękę na pulsie, będąc źródłem świeżych informacji (czasami się zdarzało, że pierwszym w skali globu!). Mam tu na myśli przede wszystkim STARCRAFT2.NET.PL, którego ekipa w wakacje wybrała się nawet do siedziby Blizzarda, z której przywiozła sporo ciekawych materiałów. Warto również wspomnieć, że na półkach polskich księgarń pojawił się komiks "StarCraft: Frontlines" (więcej o nim w poprzednim Sześciokąciku).

I tyle. Jakoś dało się przetrwać ten "rok oczekiwania". Mam jednak nadzieję, że kolejnego nie będę musiał czekać.

piątek, 20 listopada 2009

Sześciokącik StarCrafta #10

Dawno nie było Sześcikącika, więc dzisiaj postanowiłem odkurzyć ten nieco zapomniany dział. Pewnie niewiele osób on interesuje, ale nie ukrywam, że to bardziej miejsce do gromadzenia różnych starcraftowych pierdółek niż artykuł sensu stricte. Ot, takie coś, co piszę głównie dla siebie samego (ale mam nadzieję, że nie tylko).

Ostatni Sześciokącik w całości poświęcony był demu pierwszego "StarCrafta". Dzisiaj również zapraszam do lektury tekstu tematycznego. Co prawda, bardziej rozległego, ale jednak skupionego na konkretnym wycinku starcraftowego uniwersum. W ciągu minionych tygodni (właściwie to już miesięcy) pojawiała się masa ciekawostek, wśród których wypadałoby wymienić nowy Battle Report czy kilka efektownych przykładów fanowskiej twórczości, ale uznałem, że tematyczność może być dla tego kącika całkiem niezłym rozwiązaniem i chyba będę się jej trzymał (przynajmniej przez jakiś czas). Każdy kto zagląda na tego bloga wie, że są dwa słowa, które samym swoim brzmieniem sprawiają, iż na mej facjacie maluje się wielki banan. Te magiczne zaklęcia to: "komiksy" i "StarCraft". Dzisiaj zatem podwójna dawka przyjemności, czyli tekst o komiksach osadzonych w realiach mojej (naszej?) ulubionej gry.

W Polsce, jak do tej pory, ukazał się tylko jeden komiks, którego fabuła traktuje o zmaganiach Terran, Protossów i Zergów. Mowa oczywiście o "StarCraft: Frontlines #1". Amerykańska manga, którą pierwotnie wypuściło na rynek Tokyopop, nie zachwyca pod żadnym względem. Zresztą, co się będę rozpisywał... Co sądzę o tym komiksie przeczytać można na Alei Komiksu. W naszym kraju sprzedawały się już jednak o wiele gorsze rzeczy, a biorąc pod uwagę, że gry Blizzarda (i wszystko co na nich bazuje) zawsze są chodliwym towarem, naprawdę dziwi fakt, iż pierwszy tom "Frontlines" okazał się wydawniczą klapą. Mimo tego jest szansa na dwójkę. Nikła, bo nikła, ale zawsze. Więcej szczegółów na ten temat znajdziecie na STARCRAFT2.NET.PL. Oczywiście jako fan chętnie przeczytałbym w ojczystym języku również i drugi tom "Frontlines", lecz sumienie nie pozwala mi przekonywać nikogo do kupna kiepskiego komiksu... Na małą "zachętę" wrzucam tylko okładkę drugiego tomiku.


Kolejny komiks, który korzysta ze świata stworzonego przez Blizzarda, jest już przykładem typowo amerykańskiego podejścia do historii obrazkowych. Zeszytowy format, pełen kolor, regularne wydania - taka właśnie jest seria zatytułowana po prostu "StarCraft". W USA wydaje ją DC Comics, czyli prawdziwy potentat. Trzeba zaznaczyć, że wydaje w ramach imprintu Wildstorm, którego ojcem jest sam Jim Lee. Analogiczna sytuacja miała miejsce w przypadku komiksowego "WarCrafta", który miał swoje wydania tak w Tokypop, jak i Wildstormie. Tylko, że za "WarCraftem" stoi rzesza fanów, comiesięcznie wydających kasę na abonament do "World of Warcraft", a za "StarCraftem" z kolei grupa coraz bardziej poirytowanych osób, które nie mogę doczekać się drugiej odsłony swojej ukochanej gry. Czy w związku z tym takie komiksy mają szansę odnieść sukces? Widocznie tak, gdyż w Stanach ukazało się już dziewięć części wspomnianej serii, a także twardookładkowe wydanie zbierające w całość historie zamieszczoną w pierwszych siedmiu zeszytach. Raczej wątpliwe aby ktoś zdecydował się wydać tą serię w Polsce, ale jeśli "StarCraft 2" w końcu się ukaże i sprzeda jak ciepłe bułeczki (w to drugie nie wątpię) to może jakiś wydawca zwęszy okazję i rzuci na rynek wspomnianego hardcovera. Lecz to tylko gdybania, do tego czasu pewnie zdążę sprawdzić ten komiks w oryginale. Nie wiem czy komuś narobi smaku okładka pierwszego zeszytu, ale i tak ją wrzucam. Można na niej zobaczyć grupę nazywającą się War Pigs - bohaterów tego cyklu (a także kilka efektownych armat, czyli to, co każdy fan SC lubi najbardziej).


Papierowe wydania starcraftowych komiksów zostały już przedstawione, zatem teraz czas na to, co można znaleźć w internecie. Przede wszystkim trzeba wspomnieć o inicjatywie samego Blizzarda, który fanom komiksów wyszedł naprzeciw i zorganizował konkurs, w którym do wygrania były (i są nadal) klucze do bety "StarCrafta 2". Konkurs nosi nazwę "Vespane Laughs" i pierwsza jego edycja trwała równy rok (od września 2008 do sierpnia 2009). Niedawno ruszyła edycja druga, która potrwa do końca kwietnia przyszłego roku. Póki co, każdy może się cieszyć efektami pierwszej edycji. Co miesiąc nagradzane były trzy komiksy (właściwie nie był to konkurs wyłącznie na komiksy, więc wśród zwycięzców byli też autorzy wszelkich żartów rysunkowych). Mało tego, osobno oceniano prace z USA, Europy i Azji. W efekcie takiego zabiegu na stronie Blizzarda można znaleźć całkiem pokaźną liczbę, mniej lub bardziej udanych, prac (aby przejrzeć katalogi z innych kontynentów, należy zmienić język strony - przełącznik w prawym górnym rogu). Wśród nich wiele prezentuje naprawdę wysoki poziom. Chlubnym wyjątkiem jest choćby taka graficzna perełka, rzucająca nowe światło na narodziny Królowej Ostrzy.


Szukałem webkomiksów nawiązujących do "StarCrafta", ale wynik tych poszukiwań jest dosyć mizerny. Nie ukrywam, że dziwi mnie taka sytuacja. Może któryś z czytelników będzie w stanie uzupełnić moją wiedzę... Do tej pory trafiłem na kilka tytułów, których poziom jest raczej słaby. Przeszukując zasoby sieci najłatwiej trafić na stronę o wiele mówiącej nazwie SC2COMIC.COM. Niestety, znaleźć tam można tylko dwa epizody. Bida panie, oj bida... Nieco większym dorobkiem może pochwalić się Food For Thought, którego kolejne epizody, rzadko bo rzadko, ale ukazują się na Starfeederze. Pierwotna strona wspomnianego projektu nie działa, więc warto czasami wejść na Starfeedera i sprawdzić czy nie pojawił się jakiś nowy epizod (najświeższy odcinek pochodzi z lipca, więc termin "czasami" nabiera tutaj nowego znaczenia). Znalazłem jeszcze cztery odcinki regularnych, ogólnotematycznych (przeważnie growych) komiksów internetowych, których autorzy postanowili zahaczyć o temat "StarCrafta". Są to: User Friendly, Dueling Analogs, VG Cats oraz CTR+ALT+DEL. Co prawda, ten ostatni luźno nawiązuje do "StarCrafta", ale przecież każdy mówiąc o Korei i grach podświadomie myśli o kosmicznym RTS-ie Blizzarda. I to by było na tyle w temacie moich poszukiwań. Mam nadzieję, że jakoś powiększę tą listę, gdy tylko znajdę czas by przeszukać zasoby tych dłuższych i bardziej znanych serii (np. PvP).

Na koniec mały bonus, coby udowodnić, że Polscy komiksiarze nie gęsi i też się "StarCraftem" jarają. Znany z "Produktu" Simson stworzył bardzo fajny obrazek z Firebatem. Już wiadomo, że beta testy "StarCrafta 2" ruszą dopiero w przyszłym roku (prawdopodobnie na wiosnę), więc do tego czasu czymś się trzeba zająć, np. czytaniem komiksów (niekoniecznie tych z Terranami, Zergami i resztą).

czwartek, 3 września 2009

Sześciokącik StarCrafta #9

No i mamy wrzesień. Początek tego miesiąca obfitował w wydarzenia. 70. rocznica wybuchu II Wojny Światowej i wszystko co z nią związane (m.in. szeroko komentowany list Putina). W prasie pojawił się wysyp rozmaitych artykułów związanych zarówno z obchodami rocznicowymi, jak i z samą wojną. Jest co czytać. W ostatnich dniach pojawiały się też dwie ciekawe kolekcje prasowe: "Wielkie bitwy historii" i "Wielkie bitwy II Wojny Światowej". Może się wydawać, że to kolejny zbiór pierdółek, który służyć ma wyciąganiu kasy od naiwnych kolekcjonerów. Może i tak, z tym, że tym razem książki sprzedawane w tej kolekcji są publikacjami wydawnictwa Osprey. Jeśli chodzi o wojny, bitwy, armie, kampanie etc. to ta oficyna nie ma sobie równych. Teraz każdy może nabyć ich książki za niecałe 10 zeta (pierwsze numery kosztują promocyjne 4,95). Do tego dodawane jest DVD z filmami History Channel. Jako miłośnik starożytności nabyłem pierwszy tom "Wielkich bitew historii" traktujący o bitwie pod Maratonem. Jestem zachwycony. Książka ma cienki papier i mniejszą grubość, ale poza tym nie straciła nic względem oryginalnego wydania. Za taką cenę spodziewałem się jakiejś pociętej broszurki. Rok temu kupiłem pochodzące z tej samej serii "Termopile 480 p.n.e. Ostatnia walka Trzystu". Wydane były przez Libron i kosztowały ok. 30 zł. Oczywiście jakość wydania była znacznie lepsza, ale czy tłumacząca aż taką różnicę w cenie? Tak czy inaczej, dobrze, że po długich latach posuchy w końcu ktoś wydaje w naszym kraju popularne Ospreye. Trzecia ważna informacja mijających dni to przejęcie Marvela przez Disnye'a. Komiksowa część internetu aż huczy od gdybań, obaw, ale też okazjonalnych żartów. Co z tego wyniknie? Jak zawsze, przekonamy się po czasie... A mnie plecy (kręgosłup, krzyż czy jak to tam się zowie) bolą od poniedziałku. Eh, że też zawsze muszę stwarzać pozory, że mam trochę więcej krzepy niż można by sądzić. No i się doigrałem... Ale przecież miał to być Sześciokącik, a nie prywata, więc po przydługich wywodach zapraszam do kolejnego, tym razem specjalnego, odcinka starcraftowego działu.


Zawsze w Sześciokąciku pojawia się przegląd ciekawostek ze świata SC. Ostatnimi czasy były to praktycznie same wieści na temat nadchodzącej drugiej części gry. Tym razem proponuję jednak wrócić do części pierwszej. Konkretnie zaś do dema tejże.


Było to pewnego grudniowego dnia 1998 roku. Strasznie się nudząc zacząłem przeglądać płytki z rozmaitych pism. O StarCrafice słyszałem już wcześniej. Ba, pamiętałem pierwszą reklamę tej gry z mojego pierwszego Secret Service (nr 52). Nigdy jakoś nie potrafiłem się zdobyć na to, aby ją sprawdzić. Miałem po prostu jakieś bzdurne pojęcie o strategiach (w tym RTS-ach), które kazało mi myśleć, że są to gry niesłychanie skomplikowane, w których samo rozgryzienie sterowania zajmie kilka dni. Taki stan mej świadomości wcale mi nie przeszkadzał. Miałem przecież FPP, wyścigi, platformówki, no i przede wszystkim mordobicia (o których też kiedyś myślałem, że mają niesłychanie skomplikowane sterowanie). Jednak ileż można... Pora w końcu sprawdzić ten wychwalany przez wszystkich gatunek i jej najgłośniejszego przedstawiciela. No i wpadłem po uszy. Przez mój dysk w przeciągu kilku miesięcy przewinęły się dwie części Mytha, WarCraft 2, Age of Empires i jeszcze kilka mniej znanych tytułów. Same RTS-y awansowały zaś na pierwsze miejsce moich ulubionych gatunków. Wróćmy jednak do tytuły, od którego to wszystko się zaczęło.


Demo StarCrafta nie jest typową demonstracją, która prezentuje kilka pierwszych misji gotowej gry. To całkowicie samodzielny epizod, na który składają się trzy misji i mapa treningowa. Oczywiście takiemu laikowi jak ja trening bardzo się przydał, ale każdy, kto miał wcześniej do czynienia z jakimkolwiek RTS-em, mógł sobie spokojnie odpuścić stawianie tych kilku supply depot i baraku. Jeśli chodzi o misje, to w pierwszej należy pokonać terran, w drugiej pochodzić trochę po korytarzach, a w trzeciej rozgromić zergów. Poziom trudności jest niziutki.


Z kolei, jeśli chodzi o fabułę, to w demie zaprezentowano wydarzenia rozgrywające się przed historią znaną z gry. Misje rozgrywają się na Chau Sarze - planecie, na której Konfederacja przeprowadza eksperymenty z zergami. Oczywiście robale wymykają się spod kontroli i zadaniem gracza jest ich nieco powybijać. W tym zadaniu pomagają mu m.in. elitarne jednostki Cerberus (potężniejsze Goliathy i Firebaty) oraz sam generał Edmund Duke (tym razem w sige tanku). Gdzieś w międzyczasie pojawiają się Sons of Korhal, ale tutaj ta frakcja nie jawi się jeszcze jako znaczące zagrożenie. W demie przyjdzie nam grać Konfederacją i każdemu, komu podoba się zaprezentowany w StarCrafcie rozwój wydarzeń, właśnie ten fakt powinien w głównej mierze przypaść do gustu.


Co istotne, demo umożliwia też grę po sieci. W tej chwili to żaden rarytas, ale dla każdego, kto czekał na pełną wersję lub nie mógł sobie na nią pozwolić, mogło to stanowić pewną namiastkę atrakcji, jakie czekają każdego gracza w trybie on-line. Osobiście nigdy tej opcji gry w wersji demonstracyjnej nie sprawdzałem, więc nie mogę o niej napisać nic więcej.


Już czas skończyć ten wywód. Mam nadzieję, że udało mi się kogoś przekonać do sprawdzenia wersji shareware StarCrafta. Jeśli tak, to zapraszam na oficjalną stronę Blizzarda, gdzie nadal można znaleźć niewielką instalkę. Znajdziecie ją również m.in. na StarCraft Area, gdzie dostępna jest też sama kampania z dema, w którą można zagrać pod pełną wersją gry. Polecam. Miła zabawa gwarantowana (aczkolwiek krótka i niezbyt wymagająca).

wtorek, 25 sierpnia 2009

Sześciokącik StarCrafta #8

Dzisiaj kolejny wpis, który sprawi, że po powrocie do pokoju będę mógł powiedzieć: no, coś tam zrobiłem w pracy...

Ostatnio wylewałem żale w związku z konkretną obsuwą drugiego StarCrafta. Twórcy gry są chyba świadomi, jak wielką krzywdę wyrządzili graczom, gdyż od jakiegoś czasu pojawia się mnóstwo naprawdę konkretnych newsów. Dawniej każdy nowy screen był sensacją. Dzisiaj trzeba już czegoś więcej. Na szczęście w sierpniu nikt nie jest skazany na oglądanie samych obrazków. A wszystko za sprawą dwóch imprez: Gamescomu i Blizzconu.

Co prawda, ta pierwsza za wiele nowości nie przyniosła, ale każdy chętny mógł sobie pograć w tryb singleplayer. I jak wynika z różnych relacji, a także z konkretnego wysypu tekstów na STARCRAFT2.NET.PL, tryb ten jest praktycznie gotowy i oferuje naprawdę sporo przedniej zabawy. W tym miejscu polecam zwłaszcza wspomniane materiały na STARCRAFT2.NET.PL. Chłopaki pozbierali je już 21 lipca, podczas wycieczki prasowej do siedziby Blizzarda, ale rąbka tajemnicy mogli uchylić dopiero teraz. Z ważniejszych informacji, dotyczących trybu dla pojedynczego gracza, na pewno trzeba wspomnieć o jednostkach, które pojawią się tylko w tym trybie. A będą wśród nich m.in. starzy znajomi z pierwszego StarCrafta: Firebat, Medic, Vulture, Goliath i Wraith (o nim pisałem już ostatnio). Oprócz nich będzie też kilka nowych jednostek, wśród których najokazalej prezentuje się Hercules - gigantyczny transportowiec.

Z kolei podczas Blizzconu wypłynęło kilka informacji o nowym Battlenecie, wśród nich także kilka obrazków, które możecie sobie obejrzeć tutaj. Oczywiście najważniejszymi informacjami całej imprezy było zaprezentowanie nowego dodatku do WoWa (o podtytule "Cataclysm") i kolejnej postaci z Diablo III (Mnicha), ale Battlenet 2.0 to nie jedyna rzecz, która mogła zainteresować miłośników kosmicznego RTS-a, bowiem Blizzard pokazał też możliwości edytora map ze StarCrafta 2. Cóż, prawdziwe cudo. Zresztą zobaczcie sami:



Sam pewnie nigdy nie opanuję choć ułamka możliwości, jakie daje to narzędzie, ale już na samą myśl o tym, co mogą z nim zrobić zdolni amatorzy, cieknie mi ślinka (wierzę, że Blizzard też przygotuje jakieś wykręcone, bonusowe "mapy"). Może nawet doczekamy się "StarCraft: Ghost"...

Myślę, że na dzisiaj wystarczy tych atrakcji. Z mniej ważnych informacji, to logo (nowe logo - trzeba dodać) StarCrafta 2 zdobi wrześniowy numer magazynu Play. Chłopaki chwalą się, że jako jedyni grali w singla tej gry, co oczywiście nie jest prawdą (no chyba, że weźmie się pod uwagę tylko redakcje papierowych czasopism). Jak gdzieś znajdę zbędne 10 zeta, to może nawet sprawdzę ten artykuł... Aha, przeczytałem w końcu "StarCraft: Frontlines". Zbyt wiele sobie po tym tytule nie obiecywałem, ale i tak czuję zawód. Więcej szczegółów w recenzji, która niebawem powinna pojawić się na Alei Komiksu. Dzisiaj to już wszystko. Zapraszam do kolejnego Sześciokącika.