niedziela, 13 lutego 2011

Dekoracje w FPS-ach

Do napisania poniższego tekstu skłonił mnie artykuł z serwisu Gamecorner.pl. W tekście pt. "Strzelanki - co po czasach współczesnych?" Paweł Płaza (tych, którzy wiedzą z jakiej miejscowości pochodzę, zapewniam, że nie jest to jeden z moich pseudonimów) przedstawia możliwe kierunki, w których pójdą pierwszoosobowe strzelaniny - a konkretnie światy, w których rozgrywa się ich akcja. Początkowo chciałem wrzucić komentarz pod tekstem, ale doszedłem do wniosku, że zbytnio się rozpiszę, zatem od razu zrobię z tego niewielki artykuł. Nie zamierzam polemizować ze wspomnianym tekstem, pragnę jedynie podzielić się własnymi spostrzeżeniami na temat realiów, w jakich twórcy najczęściej osadzają swoje produkcje.

(Wszystkie obrazki pochodzą ze strony id Software. Mało który producent ma na swojej witrynie galerię ze starszych tytułów. Jak widać, jeśli już, to w mikroskopijnych rozmiarach, w związku z czym wytężanie wzroku staje się koniecznością.)



Dzisiaj większość FPS-ów osadzonych jest w czasach współczesnych i wielu graczy ma pełne prawo czuć się znużonymi kolejnymi produkcjami, w których przychodzi im się wcielić w amerykańskiego marines. Alternatywą mogą być (i są) gry, których akcja rozgrywa się podczas II wojny światowej bądź w dalekiej przyszłości. I tak, jak moda na drugowojenne klimaty nieco ostatnio się zmniejszyła, tak futurystyczne shootery zawsze będą stanowiły skuteczną alternatywę dla innych produkcji. W tekście "Strzelanki - co po czasach współczesnych?" autor przedstawia tylko te trzy drogi rozwoju: czasy współczesne, II WŚ, przyszłość, dorzucając do nich "fantastyczną niszę", czyli gry, które nie pasują do żadnej z wymienionych kategorii i zazwyczaj łączą realia historyczne z elementami fantastycznymi. Już sam fakt, że takie produkcje uważane są za niszę powinien być niepokojący, ciężko jednak z tą tezą się nie zgodzić. A przecież nie zawsze tak było.


Jestem z pokolenia tych graczy, którzy byli świadkami boomu na strzelaniny z widokiem z oczu bohatera - były to czasy kiedy tego typu produkcje określano mianem klonów "Dooma" (z czasem klonów "Quake'a") lub po prostu gier doomopodobnych. Wielkiego ich wysypu wówczas nie było, ale każda z nich mogła pochwalić się osadzeniem akcji w całkiem oryginalnych realiach. Ojciec gatunku, czyli "Wolfenstein 3D" rozgrywał się, co prawda, w czasach II Wojny Światowej, ale do czasu "Medal of Honor" nie pojawiła się już żadna głośniejsza produkcja, w której można było postrzelać do nazistów. Już w "Doomie" pojawiły się marsjańskie scenerie, które w połączeniu z piekielnymi klimatami tworzyły bardzo ciekawy mariaż. Chłopakom z id Software pozazdrościli programiści z Raven Software i postanowili stworzyć własne FPP. I mimo, że skorzystali z silnika swoich kolegów, to ich produkcje nie były zwyczajną kalką "Dooma". Zarówno "Heretic", jak i "Hexen" osadzone zostały w klimatach fantasy. Do tej pory nie ma chyba studia, które z równie udanym skutkiem potrafiłoby zamienić pistolety i karabiny na łuki i magiczne różdżki. Dzisiaj ciężko wyobrazić sobie FPS w takich dekoracjach. Dla każdego oczywiste jest, że jeśli już biegać z mieczem i rzucać czary, to tylko z trzeciej osoby. Do takiego postrzegania rzeczy przyczyniło się samo Raven, które drugą częścią "Heretica" udowodniło, że można zrobić w TPP naprawdę udany sequel gry FPP.

Z czasem omawiany gatunek się rozwinął, a oczywistymi dekoracjami stało się dla niego science fiction. I niekoniecznie było to twarde SF. Ikona gatunku, "Quake" bardzo zgrabnie łączył elementy futurystyczne, horror i niesamowite gotyckie dekoracje. Prawdziwym popisem wyobraźni twórców, jeśli chodzi o kreowanie świata, były produkcje oparte o silnik Build. Taki "Duke Nukem 3D" rozgrywał się w czasach współczesnych, ale jakoś ciężko stawiać go w jednym rzędzie ze współczesnymi grami, które próbują jak najwierniej przedstawić pole walki. Za to "Blood" był już konkretną jazdą po bandzie - bliżej nieokreślone czasy, rewolwerowiec głównym bohaterem, a do tego naprawdę konkretny klimat. Oryginalne były również "Shadow Warrior" i "Rednack Rampage" - obie rozgrywające się w czasach współczesnych, ale tak różne klimatem, jak to tylko możliwe. Na Build zrobiono też "NAM", czyli ukłon w stronę miłośników realizmu (Wietnam), który przeszedł bez większego echa. W tamtych czasach, jeśli już chciało się robić FPP osadzone w czasach współczesnych, trzeba było w takiej produkcji umieścić "coś więcej", czy to w postaci niewybrednych żartów, czy wymyślnych pukawek i kosmicznych potworów.


Potem poszło już z górki - przełom 1998/1999 stanowił prawdziwy wysyp nowych FPP. "Shogo: Mobile Armor Division", "Blood 2", "Sin", "Trespasser", "Thief: The Dark Project", "Half-Life" - to tylko najgłośniejsze tytuły, które ujrzały wówczas światło dzienne. Przekrój realiów i konwencji na tyle duży, że każdy mógł znaleźć świat, w którym czułby się najlepiej. Rok później na PlayStation pojawił się pierwszy "Medal of Honor", ale prawdziwym przełomem stało się wydanie na PC w 2002 roku "Medal of Honor: Allied Assault". Doskonała gra pociągnęła masę kontynuacji i naśladowców, z których narodził się kolejny sztandarowy tytuł gatunku: "Call of Duty". I tak rozpoczęła się moda na strzelanki osadzone w realiach II Wojny Światowej. Historia zatoczyła koło - "Wolfenstein 3D" doczekał się wnucząt, które w końcu były podobne do dziadka. Z czasem moda na drugą wojnę nieco przycichła i nastąpiła zmiana warty. "Battlefield 1942" zastąpiony został współczesnym "Battlefieldem 2", a któraś już odsłona "Call of Duty" zyskała dopisek "Modern Warfare". I tak, jak po "Battlefield 2" pojawił się "Battlefield 2142", wydawać się może, że produkcje osadzone w przyszłości przejmą palmę pierwszeństwa. Tylko, że one cały czas są obecne na rynku. Rozwijają się trochę na uboczu, nie przejmując się tym, że współcześni gracze pragną przede wszystkim realistycznych, współczesnych pól walki. "Halo" jest tutaj najlepszym przykładem, ale warto jeszcze wspomnieć o kolejnych odsłonach "Unreal Tournament", "Crysis", czy, odgrzewanych co jakiś czas, komputerowych starciach Obcych i Predatorów. Są jeszcze gry w realiach "Gwiezdnych Wojen", ale to zupełnie inna historia.

W zalewie współczesnych strzelanek, które ubierają graczy w buty amerykańskich żołnierzy, gdzieś giną produkcje, które rozgrywają się tu i teraz, ale ich bohaterowie już niekoniecznie są żołnierzami. Właściwie w tej chwili przychodzi mi do głowy tylko "FarCry". Bardzo duże nadzieje wiążę w związku z tym z "Duke Nukem Forever". Wątpię żeby stała się ona tytułem przełomowym, jednak status produkcji kultowej ma już zapewniony od dobrych 12 lat. Jeśli wszystko się uda, to jest szansa, że pojawią się naśladowcy nowego Księcia - takie współczesne odpowiedniki "Blooda" lub "Rednack Rampage".


Kiedyś narzekano, że w "Quake'u" strzela się laserami z patyków. Ludzie chcieli prawdziwych pukawek i współczesnych, realistycznych scenerii. Dostali "Counter-Strike", "Soldier of Fortune", "Delta Force", a z czasem kolejne "Medal of Honor" i "Call of Duty". Teraz nawet w futurystycznych produkcjach broń potrafi wyglądać podejrzanie współcześnie. Nie wiem jak innym graczom, ale mnie brakuje BFG 10k i czasów, kiedy zamiast podrasowywania grafiki i podnoszenia realizmu, autorzy skupiali się na oryginalnym klimacie i niebanalnych dekoracjach.

niedziela, 6 lutego 2011

Iluzjonista

Pora nieco rozruszać paluchy i mózgownicę. Co prawda, luty to najkrótszy miesiąc w roku, ale wiele osób przywykło uważać go za okres tak krótki, że w ogóle nie warto zawracać sobie nim głowy. A przecież to tylko kilka dni mniej niż standardowe 30-31... Nie obiecuję, że do końca miesiąca pojawią się tutaj cztery teksty, ale na pewno postaram się, aby - w porównaniu z resztą roku - luty nie czuł się pokrzywdzony.


"Iluzjonista" to druga pełnometrażowa animacja, którą samodzielnie wyreżyserował Sylvain Chomet. "Trio z Belleville" swego czasu naprawdę mnie urzekło, więc kiedy tylko pojawiła się okazja do obejrzenia na dużym ekranie "Iluzjonisty", nie wahałem się ani przez chwilę.

Na początek, szybki rzut oka na plakat. Wysoki mężczyzna w czerwonym (w filmie: fioletowym), przykrótkim garniturze gdzieś dyskretnie zerka. To tytułowy iluzjonista spogląda za kurtynę, by przekonać się ile osób przyszło na jego pokaz. Jest tego ciekaw, gdyż od ilości gości zależy jego wypłata i dalsza kariera, jednak choćby na widowni były tylko dwie osoby, to jego występ będzie profesjonalny jak zawsze.

Większość filmu rozgrywa się w Szkocji. To tutaj trafia Tatischeff (nazwisko iluzjonisty) - najpierw do małej, zabitej deskami wioski, a następnie do Edynburga. Tylko na północy Wielkiej Brytanii niezwykły talent bohatera jest w stanie wzbudzić zachwyt. Paryż już się nim przejadł, w Londynie triumfy święcą młode kapele rockowe, więc naturalnym wyjściem wydają się miejsca, gdzie czas się zatrzymał. Podróż na północ wydaje się być dobrym wyborem - może o tym świadczyć fakt, że w szkockiej wiosce, z okazji występu iluzjonisty, właściciel pubu korzysta z elektrycznego oświetlenia (akcja rozgrywa się w latach 50-tych, więc w takich miejscach żarówka jest nie lada rarytasem). W stolicy Szkocji też nieźle mu się wiedzie, jednak do czasu gdy i tu dotrze moda na rock'n'rolla. We wspomnianej wiosce Tatischeff poznaje Alice - dziewczynę, która przyczepia się do niego niczym rzep do psiego ogona. Wydawać się może, że wykorzystuje ona dobroduszność iluzjonisty, jednak w istocie cały czas daje mu nadzieję - wierząc, że jego umiejętności mają związek z darem magicznym. Celem iluzjonisty jest przecież sprawienie, aby widz uwierzył, że to co widzi na scenie nie jest tanią sztuczką, lecz efektem działania nadprzyrodzonych mocy. I dziewczyna naprawdę wierzy, że buty i sukienki, którymi jest obdarowywana, zostały wyczarowane, a kolejne monety w magiczny sposób pojawiają się za jej uchem. Iluzjonista, jako prawdziwy mistrz w swej sztuce, nie może wyprowadzić jej z błędu. Będzie go to kosztowało niemało trudu i poświęceń, które ostatecznie na niewiele się zdadzą i zostaną podsumowane pesymistycznym stwierdzeniem, że "magia nie istnieje".

"Iluzjonista" to piękna baśń. Mimo, że nie ma tu zjawisk nadprzyrodzonych i raczej nikt nie żyje długo i szczęśliwie, to jest w tym obrazie ta szczególna magia, prostota i czyste piękno, za które wszyscy uwielbiają baśnie. Duża w tym zasługa doskonałej oprawy graficznej. Tła wzbudzają zachwyt, animacja postaci nie pozostawia nic do życzenia, a ilość detali, które pojawiają się na ekranie, sprawia, że widzowi ciężko choć na chwilę odwrócić wzrok bez obawy, że ominie go jakiś zachwycający obraz. Zresztą, kto by chciał spuszczać wzrok, jeśli ten niezwykły spektakl trwa tylko 90 minut?

Wrażenia wizualne towarzyszące "Iluzjoniście" mogę porównać jedynie do dzieł studia Ghibli. Tak jednak, jak mistrz Miyazaki i koledzy tworzą baśnie niezwykle rozbudowane - zarówno graficznie, jak i fabularnie - tak dzieło Chometa jest opowieścią raczej prostą, pozbawioną nagłych zwrotów akcji, czy epickich scen, na swój sposób wręcz niepozorną. Kogoś to wolne tempo i prostota historii może nużyć, jednak prawda jest taka, że o prostych prawdach najlepiej mówić w prosty sposób.

"Iluzjonista" zachwyca i wzrusza. Przede wszystkim sprawia jednak, że na czas seansu człowiek zapomina, iż poza salą kinową czeka na niego szara rzeczywistość, w której nie ma miejsca dla dobrodusznych iluzjonistów. Paradoksalnie - zapomina, że magia nie istnieje.

niedziela, 16 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie literackie A.D. 2010

I to już ostatnie podsumowanie. Będzie krótko.

W 2010 przeczytałem zdecydowanie więcej książek niż w 2009 (odwrotnie niż komiksów). Wszystko dzięki pracy, w której miałem na tyle dużo "wolnego czasu", że mogłem pozwolić sobie na konkretną dawkę lektury. Tempo czytania mam zdecydowanie wolne, więc może nie była to jakaś zawrotna liczba, ale na pewno wyróżniająca się na tle średniej krajowej (o co akurat nietrudno). Wśród lepszych i gorszych tytułów znalazły się dwa, które na dłużej utknęły mi w głowie.


Pierwszy to "Irak. Piekło w Raju" Pawła Smoleńskiego. Książka ukazała się w 2004 roku nakładem Świata Książki. Autor w swoim dziele opisuje Irak niedługo po amerykańskiej inwazji. Przedstawia przy tym nie tylko początki okupacji, ale także dzieje Iraku w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. A wszystko to widziane oczyma Irakijczyków. Jest tutaj miejsce zarówno na terror Saddama, jak i Amerykanów, zaś oceny i opinie są tak różne, jak różni są rozmówcy autora. Każda z opowieści jest jednak fascynująca, a obraz Iraku, który się z nich wyłania, to z jednej strony wizja państwa bogatego pod względem kultury, tradycji, religii, a z drugiej umęczonego przez dyktaturę, amerykańską agresję, w reszcie przez samych Irakijczyków.

Tę książkę czyta się doskonale. Autor umiejętnie dobrał swoich rozmówców, a najciekawszym z nich jest jego przewodnik - Dżamal, którego los jest najlepszym dowodem na to, że zginąć w Iraku jest o wiele łatwiej niż żyć. W mediach coraz ciszej o Iraku, ale to nie znaczy, że można o nim zapominać. "Irak. Piekło w raju" to doskonały sposób aby poznać ten kraj - nie przez pryzmat medialnych doniesień, ale takim jakim widzą go jego mieszkańcy. Trudno o bardziej autentyczny i poruszający obraz.


Literatura faktu i fantasy, to moje ulubione gatunki. Przykład tej pierwszej już był, zatem teraz pora na fantasy. W minionym roku w końcu sięgnąłem po pozycję, o której pierwszy raz przeczytałem w którymś ze "Światów Gier Komputerowych". Była to notka towarzysząca recenzji "Mytha II", a że byłem w tym czasie zafascynowany wspomnianą grą, więc tytuł książki wyrył się w mojej pamięci. I tak minęło jakieś 10 lat, Rebis wznowił rzeczoną pozycję, a ja postanowiłem w końcu bliżej się jej przyjrzeć. "Kroniki Czarnej Kompanii" Glena Cooka, bo o tej książce mowa, to zbiór pierwszych trzech tomów cyklu. Są to: "Czarna Kompania", "Cień w ukryciu", "Biała Róża" (całość liczy ponad 900 stron). Jest tutaj wszystko, co charakterystyczne dla fantasy, czyli zło zagrażające światu, grupa dzielnych wojowników, wreszcie niesamowite plenery - będące tłem zarówno dla mniejszych potyczek, jak i epickich bitew.

Oryginalny jest za to klimat - mroczny i ciężki. Baśniowości nie ma tu za grosz. Owszem, jest mała dziewczynka, która ma zbawić świat, jest też zła, lecz piękna władczyni, będąca główną oponentką wspomnianej dziewczyny. I na tym podobieństwa do opowieści o śpiących, zaczarowanych, złotowłosych (niepotrzebne skreślić) królewnach się kończą. "Kroniki Czarnej Kompanii" to żołnierska opowieść, w której główni bohaterowie nie zawsze stoją po jasnej stronie mocy, zaś siły tych dobrych wcale nie są tak nieskazitelne, jak mogłoby się wydawać. Narratorem powieści jest Konował - lekarz i kronikarz, który, podobnie jak jego kompani, troszczy się przede wszystkim o dobro swoje i swego oddziału. Najważniejsze bowiem jest, aby przetrwała ostatnia z Wolnych Kompanii Khatovaru. A że z czasem ten priorytet ulegnie pewnej zmianie, to już inna sprawa. Kawał porządnego, doskonałego warsztatowo czytadła, które mimo, że ma tyle lat co ja, to całkiem przyjemnie odświeżyło mi gatunek fantasy.

Było jeszcze kilka niezłych książek, ale w zasadzie tylko te dwie zabrały mi dłuższy fragment życia. Pierwsza, bo rozbudziła moje zainteresowanie Irakiem i pociągnęła za sobą lekturę kolejnych tytułów (głównie autorstwa Marka M. Dziekana). Druga, bo była naprawdę długa i uświadomiła mi, że są jeszcze książki, które - przy całej swej świeżości - pozostają pełnokrwistymi opowieściami fantasy.

niedziela, 9 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie serialowe A.D. 2010

Powoli kończę cykl podsumowań. Mam nadzieję, że są jeszcze tacy, których on całkowicie nie znudził.

Serialowo zeszły rok był całkiem obfity i urozmaicony. Kilka starszych serii sobie odpuściłem, kilka nowych odkryłem - w końcu od tego są seriale, żeby w nich przebierać do woli, a nie, jak niektórzy twierdzą, aby kurczowo się trzymać raz uczepionego tytułu.


2010 to przede wszystkim finał "Zagubionych". Dla mnie to też seans wszystkich odcinków tego serialu. Lata temu, kiedy telewizja publiczna zaczynała emisję przygód Jacka, Sawyera i reszty, nawet przysiadłem na dłużej przy pierwszym sezonie, jednak później, z różnych przyczyn, zaprzestałem oglądania tego serialu (wakacje były zbyt piękne, zaczęły się studia, etc.). Aż w końcu nastał rok 2010 i masowe media na nowo pochyliły się nad fenomenem serialu J. J. Abramsa. Zachęcony artykułem z "Polityki" postanowiłem w końcu nadrobić zaległości. I w ten sposób wiosnę spędziłem na tropikalnej wyspie wraz z pasażerami feralnego lotu linii Oceanic Airlines. 6 sezonów, 121 odcinków, godziny gapienia w ekran. Było warto, bo serial naprawdę jest wyjątkowy, aczkolwiek im dalej w las, tym pomysły scenarzystów są coraz bardziej kontrowersyjne, a ostatni sezon zwyczajnie rozczarowuje.


Najgłośniejsza premiera zeszłorocznej jesieni, to rzecz jasna "The Walking Dead". Pierwsze tomy komiksu, na podstawie którego stworzono serial, czytałem lata temu i przy sprzyjających wiatrach zamierzam do nich wrócić. Ekranizacja początkowo wiernie trzyma się drukowanego oryginału, by z czasem nieco pozmieniać losy niedobitków żyjących w strachu przed panoszącymi się po świecie zombie. Myślę, że gdyby twórcy pozostali do końca wierni komiksowemu pierwowzorowi, to wyszłoby to serialowi tylko na zdrowie. Mimo paru zgrzytów, opowieść o Ricku i reszcie ferajny zdecydowanie warto zobaczyć (zwłaszcza dla świetnych scen w Atlancie).


Przez cały rok z radością śledziłem też "Przygody Fry'a w kosmosie", czyli popularną "Futuramę". Aż dziw, że tak późno zabrałem się z tę animację. Serial jest praktycznie bez wad, każdy odcinek naszpikowano masą doskonałych żartów i niebanalnych pomysłów, a wisienkę na tym torcie stanowi głos Katey Sagal. Dla każdego, kogo lekko zmęczyli "Simpsonowie", a nie śmieszy go już inny rodzaj humoru, "Futurama" wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem.


I na koniec serial, w który się aktualnie wciągnąłem na całego, a po który sięgnąłem jeszcze w grudniu. Mowa tutaj o "Jak poznałem waszą matkę". Uwielbiam sitcomy, a ten jest bez wątpienia najlepszym na jaki trafiłem w zeszłym roku. Ostatnio pojawia się masa produkcji, które śmieszą na siłę - tutaj jest inaczej. Dawno nie oglądało mi się tak dobrze opowieści o czymś z pozoru tak oklepanym, jak relacje damsko-męskie i życie paczki młodych przyjaciół. No i Neil Patrick Harris w roli Barneya po prostu rządzi.

Poza tym, miniony rok upłynął mi pod znakiem kontynuacji seriali, które nie zdążyły mnie jeszcze zmęczyć. Czwarty sezon "Dextera" okazał się o wiele lepszy od trzeciego, drugi sezon "Siostry Jackie" trzyma poziom poprzednika, a "Dr House" da się spokojnie oglądać na wyrywki, więc aż tak dużo czasu nie zabiera. I to w zasadzie tyle. Mam nadzieję, że rozpoczynający się rok nie będzie serialowo gorszy od poprzedniego. Przydałoby się też w końcu zabrać za jakąś produkcję spod znaku s-f. Niedawno znalazłem informację o remake'u "V" - serialu, który naprawdę mnie przerażał jako dzieciaka - i mam nadzieję, że to będzie dobry wybór. A teraz już wracam do "Jak poznałem waszą matkę".

wtorek, 4 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie komiksowe A.D. 2010

Kilka dni przerwy i kolejny post. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać tempo. Dzisiaj o komiksach - niestety bardzo skromniutko. Uwaga, większa część tekstu doskonale pokazuje, że jestem naprawdę wielką "chwalidupą" (jak to określiła moja dziewczyna).

Dawno nie było roku, w którym przeczytałbym równie mało komiksów, co w 2010. Mógłbym to zwalić na karb braku czasu, niedostatku pieniędzy czy skupienia się na innych pasjach. Prawda chyba jest jednak taka, że jako czytelnik komiksów nieco się wypaliłem. Mam nadzieję, że w rozpoczynającym się roku odżyje mój komiksowy bzik i będę zarówno więcej czytał opowieści obrazkowych, jak i więcej o nich pisał.

A skoro mało czytałem, to i dużo ważnych komiksów przeszło mi koło nosa. Najbardziej żałuję zbiorczego "Osiedla Swoboda", którego zakup postanowiłem sobie zostawić na później, a którego nakład już się wyczerpał. Nie pozostaje mi w związku z tym nic innego, jak czekać na drugie wydanie. Inne tytuły, których nie dane mi było przeczytać, ale których lekturę planuję nadrobić, to m.in.: "Dziennik z podróży" i "Żegnaj Chunky Rice" Craiga Thompsona, "Rany wylotowe" Rutu Modan, "Blacksad" #4 Canalesa i Guarnido, "Prosiaczek 1990-2010" Krzysztofa Owedyka, "Rewolucje" #5 Mateusza Skutnika i rzecz jasna zeszłoroczne tomy "Wilqa" braci Minkiewiczów.


Z tego, co przeczytałem, niewiele było rzeczy naprawdę wyjątkowych. Najbardziej obłowiłem się podczas MFKiG. Z łódzkich zdobyczy najlepiej wspominam "Safari na plaży" Mawila i "W cztery oczy" Saschy Hommera. O ile jednak "W cztery oczy" niczym mnie nie zaskoczyło, o tyle dzieło Mawila uważam za jeden z najlepszych tytułów mijającego roku. Podobnie jak poprzednie komiksy młodego Niemca, ten również dowodzi, że jego autor ma naprawdę spory talent i w lekkich, humorystycznych obyczajówkach mało kto może z nim konkurować.

W zeszłym roku ogromne wrażenie zrobił na mnie "Uzbrojony Ogród" Davida B. (wydany jeszcze w grudniu 2009). Co sądzę o tym tytule, pisałem już na Alei Komiksu, więc tutaj nie zamierzam się rozpisywać. Po prostu polecam.


Inne zaległości, które udało mi się nadrobić i których lektury na pewno nie można uznać za stratę czasu to: "Calvin i Hobbes" #11 Billa Wattersona, "Karuzela Głupców" Jasona Lutesa, "Międzyczas" Marka Turka, "Konrad i Paul" Ralfa Koeniga oraz pierwszy tom "Midnight Nation: Plemię cienia" J. M. Straczyńskiego i Gary'ego Franka (wierzę, że w końcu zabiorę się za ciąg dalszy).

I chyba tyle. Było, co prawda, jeszcze kilka ciekawych tytułów, ale żaden z nich nie wcisnął mnie w fotel. O ile jednak, w temacie czytelnictwa, 2010 wygląda kiepsko, o tyle, jeśli chodzi o sprawy ogólnie związane z komiksami, jest już znacznie lepiej. Udało mi się znowu pojechać na MFKiG w Łodzi, gdzie zdobyłem parę fajnych autografów. Kilka moich tekstów pojawiło się na Alei Komiksu, a i newsów też trochę napisałem (mimo ogólnego braku czasu i notorycznego lenistwa). Najmilszą niespodzianką była jednak publikacja fragmentu mojego tekstu na okładce dziewiątego tomu mangi "Hiroszima 1949: Bosonogi Gen". Zwracam tylko uwagę, że w podpisie wkradła się mała nieścisłość, gdyż w nawiasie pod moim imieniem i nazwiskiem pojawia się nazwa Alei Komiksu. Oczywiście współpracuję z rzeczonym serwisem, ale cytowany tekst pierwotnie opublikowany został w Reset-Forever (a później na niniejszym blogu) i taki podpis może kogoś wprowadzić w błąd (autorem recenzji, którą znaleźć można na AK, już nie jestem). Fakt zacytowania przez wydawcę uważam niemniej za prawdziwe wyróżnienie i doskonały powód, aby w końcu wrócić do tej serii (zrobiłem sobie świąteczny prezent, kupując cztery tomy, których do tej pory nie miałem okazji przeczytać).


Wiem, że w rozpoczynającym się roku przeczytam więcej komiksów niż w minionym (bo czyż można mniej?). Kończę zatem i zabieram się za nadrabianie zaległości...

niedziela, 2 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie filmowe A.D. 2010

Kilka dni odpoczynku musi wystarczyć. Wracam do podsumowań. Tak naprawdę, to nie jestem do końca pewien, czy wszystkie z wymienionych niżej obrazów widziałem w 2010, czy może na któryś trafiłem zdecydowanie wcześniej, ale tak długo mi siedział w głowie, że trafił do niniejszego zestawienia. Z pewnością kilka istotnych tytułów też pominąłem. Cóż, ułomność poniższego tekstu chyba całkiem dobrze koresponduje z ułomnością zeszłorocznej kinematografii...

Ubiegły rok nie obfitował w tak wiele filmów wybitnych, co jego poprzednik. Właściwie, to nie potrafię wskazać praktycznie żadnego tytułu, który wywarłby na mnie tak duże wrażenie, jak - pochodzące z 2009 - "Droga do szczęścia", "Zapaśnik" czy "Gran Torino". W 2010 zdecydowanie więcej oglądałem seriali i to właśnie one rekompensowały mi filmową posuchę.


Na początek tytuły, których nie widziałem, a które pewnie pojawiłyby się w tym zestawieniu, gdybym tylko je obejrzał. I tak, nie widziałem m.in.: "Incepcji", "W chmurach", "Agory", "Essential Killing", a nawet "Kick-Ass". Przede wszystkim nie obejrzałem jednak "Kari-gurashi no Arietti", czyli "Pożyczalskich" w interpretacji mistrzów ze studia Ghibli (ciekawe ile przyjdzie czekać na polską premierę tego obrazu?).

A co udało mi się zobaczyć? Na początku roku "Sherlocka Holmesa" Guy'a Ritchiego, następnie "Parnassusa" Terry'ego Gilliama. Oba filmy w sumie mi się podobały, ale większego zachwytu jakoś nie wywołały. Z obrazów, które widziałem w pierwszej połowie ubiegłego roku, zdecydowanie lepiej wypadły "Głód", "Precious" (polski tytuł to "Hej, skarbie") i przede wszystkim "Dom zły". Co prawda, polska produkcja miała premierę jeszcze w 2009, ale z uwagi na fakt, że widziałem ją w 2010, to uznaję ją za jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku (nie tylko polskich). Gdzieś w tym czasie obejrzałem też głośnego "Królika po berlińsku" i muszę przyznać, że to naprawdę świetny dokument, a w zachwytach nad nim nie ma krzty przesady.


Potem już poleciało. Jeden głośny tytuł za kolejnym, a każdy z nich był mniejszym lub większym rozczarowaniem. Tak było z "The Hurt Locker. W pułapce wojny", "Alicją w Krainie Czarów", "Księciem Persji: Piaskami Czasu" i jeszcze kilkoma innymi tytułami. Były też obrazy, po których niczego specjalnego się nie spodziewałem, a które całkiem przyjemnie mnie zaskoczyły. Wśród nich na wyróżnienie zasługuje na pewno "Nostalgia anioła", a przede wszystkim rewelacyjny "Moon".

Produkcji animowanych widziałem bardzo mało i nie załapałem się ani na nowego "Shreka", ani na trzecie "Toy Story". Zamiast nich obejrzałem "Planetę 51" i "Jak wytresować smoka". Oba obrazy raczej średnie, aczkolwiek naszpikowane kilkoma smaczkami dla geeków. Pierwszy powinien spodobać się miłośnikom produkcji spod znaku s-f, drugi tym widzom, którzy uwielbiają eksplorować fantastyczne światy w kolejnych grach rpg.


Okres wakacyjny jak zwykle przyniósł wysyp hiciorów. W sierpniu na ekrany zawitali "Niezniszalni" - film, który mimo ogólnej miałkości fabularnej, dostarczył mi masę radochy. Oprócz niego w ubiegłym roku były jeszcze dwa tytuły, które zaspokoiły mój głód na niezbyt mądre kino akcji. Mam tu na myśli "Drużynę A" i "Policję zastępczą". I tak jak "Drużyna A" naprawdę mile mnie zaskoczyła, tak "Policja zastępcza" raczej rozczarowała (ale i tak bawiłem się przy niej naprawdę nieźle).

W temacie polskiego kina zbyt wiele nie jestem w stanie napisać. O "Domie złym" i "Króliku po berlińsku" już pisałem. Oprócz nich widziałem również "Różyczkę" i "Wszystko co kocham". Pierwszy z tych obrazów niczym mnie nie zaskoczył, ale też w sumie nie rozczarował. Ot, sprawnie nakręcona historia miłosna, w której sporą rolę odgrywa tło historyczne. Epoka i towarzyszące jej wydarzenia niemniej ważne były we "Wszystkim co kocham" - świetnym obrazie o dorastaniu. Dodatkowe punkty ten film zdobywa u mnie za potężną dawkę polskiego punk rocka z lat 80-tych.

Nie mogę nie wspomnieć o dwóch filmach, które w moim prywatnym rankingu zasługują na laur najgorszych obrazów mijającego roku. Pierwszy z nich to "Predators", obraz po którym nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale nie przeczuwałem też, że będzie aż taką porażką. Drugi to "Wampiry i świry". Tutaj wiedziałem na co się decyduję, ale postanowiłem się trochę pomęczyć, aby, w razie czego, móc wskazać najgorszy film mijającego roku, dekady, a może i w całej historii kina.


Na koniec zostawiłem sobie wyliczankę, w postaci najlepszych filmów, które obejrzałem w minionym roku. A najlepsze filmy 2010 to według mnie: "Wyspa tajemnic", "The Social Network", "Prorok", "Boso, ale na rowerze", "Grubasy". Oczywiście było sporo starszych, wybitnych obrazów, które dane mi było zobaczyć po raz pierwszy (m.in. "Sceny z życia małżeńskiego" Ingmara Bergmana czy "Spragnionych miłości" Wong Kar-Waia), jednak postanowiłem, że do grona najlepszych filmów minionego roku, zaliczę tylko te obrazy, które w tymże roku obejrzałem i których polska premiera się w nim odbyła.

Miniony rok pod kątem filmowym był - ogólnie rzecz ujmując - okresem rozczarowań. Większość obrazów nie spełniła moich oczekiwań, zaledwie kilka mile zaskoczyło, a jedynym filmem, który nie zrobił ani jednego, ani drugiego był chyba "Iron Man 2" - dzieło dokładnie takie, jakiego się spodziewałem. Niestety, nawet ostatni obraz, który obejrzałem w 2010, okazał się rozczarowaniem (mowa tutaj o "Tron: Dziedzictwo"). Nie wróży to dobrze rozpoczynającemu się rokowi, ale lepiej nie uprzedzać faktów...

wtorek, 28 grudnia 2010

Subiektywne podsumowanie growe A.D. 2010

Dzisiaj też będzie krótko. Z lenistwa wrzucam obrazki tylko z jednej gry. Zgadnijcie jakiej.


W zasadzie cały mijający rok - pod kątem gier - zamknąć mógłby się dla mnie w jednym tytule: "StarCraft II: Wings of libert". Na kontynuację mojej ulubionej gry czekałem od dawna i mimo nieustannie przekładanej daty premiery, mój apetyt tylko się wzmagał. Wraz z końcem lipca mogłem wreszcie rozsmakować się w upragnionym daniu. Kosztuję go do tej pory i nasycić się nie mogę. Pół roku grania, a ja nadal nie mam dosyć. Gdyby chociaż ten czas upływał mi na sieciowych pojedynkach... Prawda jest jednak taka, że mnóstwo godzin spędzam na zdobywaniu kolejnych osiągnięć i przechodzeniu w kółko tych samych misji. Wykupywanie ulepszeń, najemników, próby przechodzenia misji na poziomie brutalnym, zabawa w "Zagubionego Wikinga" - to wszystko potrafi zabrać naprawdę spory kawałek czasu. Dodać do tego należy okazjonalne starcia sieciowe i już ma się grę, która potrafi zaspokoić głód elektronicznej rozgrywki na długie miesiące. A jeśli ktoś w sieciówkach czuje się jak ryba w wodzie, to z pewnością drugi "StarCraft" będzie dla niego zabawą na długie lata. 200 złotych, które należało wyłożyć za podstawową wersję w dniu premiery, to całkiem sporo, lecz jeśli spojrzy się na dawkę rozrywki, którą zapewnia "StarCrat II", można śmiało stwierdzić, że nie ma w tej chwili produkcji, której zakup byłby równie opłacalny.


Ale w mijającym roku dane mi było zagrać nie tylko w najnowszego RTS-a Blizzarda. O ile w 2009 grałem naprawdę mało, o tyle w 2010 przeszedłem kilka świetnych gier. Co prawda, żadna z nich nie miała mniej niż 10 lat, ale wcale nie umniejsza to ich wartości. Na początku był "Dungeon Kepper" - doskonała produkcja, którą swego czasu zachwycali się wszyscy branżowi recenzenci. Następnie trzy tytuły, do których z przyjemnością zasiadłem po raz n-ty: "Myth I", "Myth II: Soulblighter" i "Diablo II" (wraz z dodatkiem). Nie będę ukrywał, że do każdej z tych gier mam stosunek sentymentalny, w związku z czym uważam, że nie zestarzały się one w najmniejszym stopniu. A nawet jeśli ktoś ponarzeka na ich grafikę, to nijak nie może przyczepić się do grywalności i niesamowitego, mrocznego klimatu, którego na próżno szukać nie tylko w wielu innych grach, ale w mnóstwie dzieł kultury popularnej w ogóle.

Granie na komórce też mi trochę czasu zabrało (głównie z uwagi na fakt, że przez pół roku miałem pracę, w której zazwyczaj zbyt wiele do roboty nie było). Najbardziej wciągnął mnie "Airport" - zręcznościówka polegająca na lądowaniu samolotami na dwóch przecinających się pasach. Całkiem sporo czasu spędziłem też przy mutacji nieśmiertelnej gry w statki (tytułu niestety nie pamiętam) i prostej grze taktycznej pt. "Dictator Defense". O klasycznych zjadaczach czasu, pokroju "Tetrisa", raczej nie ma co wspominać. Jeśli już jestem przy growych "pierdółkach", to sporo grałem w "Robot Unicorn Attack", a także kilka innych flashówek, z których jednak żadna nie zaabsorbowała mnie w równym stopniu, co wspomniana produkcja.


W bieżącym roku zakupiłem nowy komputer, przez co na nowo zacząłem interesować się branżą gier komputerowych. Mam na oku kilka tytułów, które chętnie sprawdzę, na razie jednak skupiam się na demach. Dlaczego? Po prostu, czasu mam ostatnio na tyle mało, że starcza mi go jedynie na grę w "StarCrafta II". A może "StarCraft II" zabiera mi tego czasu na tyle dużo, że nie starcza go na grę w inne tytuły...