czwartek, 27 sierpnia 2009

Wolf's Rain

Dzisiaj kolejny post z miejsca zsyłki zwanego stażem. Miesiąc zbliża się ku końcowi, więc nie mogę pozwolić, aby sierpień pod względem wpisów okazał się gorszy od lipca. Aha, jeśli dobrze liczę to będzie to setny tekst, który tutaj wrzucam (w pulpicie nawigacyjnym pokazuje mi, że 100 już jest, ale jak sobie pododajecie te liczby z boku, to wyjdzie, że dopiero z niniejszym wpisem będzie 100). Tak czy siak, powód do świętowania jest. Mam tylko nadzieję, że ktokolwiek tu jeszcze zagląda...


"Wolf's Rain" to anime, za którym stoją twórcy "Cowboya Bebopa". Już na wstępie muszę zaznaczyć, że każdy kto spodziewa się hitu na miarę przygód Spike'a i jego kompanów, będzie zawiedziony. "Wolf's Rain" to trochę niższa liga, aczkolwiek tytuł ten miał duży potencjał, który właściwie wykorzystany mógł przynieść kolejne wybitne dzieło. Tym bardziej szkoda, że tak się nie stało.

Świat przedstawiony w serialu to bliżej nieokreślona przyszłość. Nasza planeta ma za sobą jakiś poważny kataklizm i teraz ludzkość stoi na krawędzi ostatecznej zagłady. Każdy miłośnik postapokaliptycznych klimatów powinien poczuć się jak w domu. Ziemia składa się z samych pustkowi, na których można spotkać wyspy w postaci olbrzymich, często odgrodzonych od świata zewnętrznego, miast. Co ciekawe, pustkowia prezentują się trochę inaczej niż w kanonicznych dla gatunku produkcjach, takich jak "Mad Max" czy "Fallout". Tutaj piach i skały zostały zastąpione szarą zmarzliną, czymś w rodzaju tundry. W tym świecie wilki zostały wytępione 200 lat wcześniej, podczas równie olbrzymiego, co tajemniczego kataklizmu. Jak się jednak okazuje, nie wszyscy przedstawiciele wilczego rodu zniknęli z powierzchni Ziemi. Część z nich nauczyła się udawać ludzi i dzięki tej umiejętności przetrwała aż do czasów przedstawionych w anime.

Bohaterami "Wolf's Rain" jest czwórka wilków: Kiba, Tsume, Hige i Toboe. Każdy z nich jest inny, jednak decydują się razem wyruszyć na północ w poszukiwaniu raju. Kolejne odcinki to perypetie tej czwórki i kolejne etapy podróży do mitycznej krainy, w której wilki mają zyskać pełnię szczęścia. Na swojej drodze spotykają wiele postaci, wśród nich niezwykle istotną dla całej fabuły Dziewicę Kwiatu - Chezę. Oprócz niej pojawia się także czwórka ludzi: Quent Yaiden, Cher Degre i Hubb Lebowski. Quentowi towarzyszy Blue - suczka, która okazuje się wilczycą (przybierającą bardzo atrakcyjną ludzką formę). Oczywiście nawet zniszczony świat musi mieć jakichś władców - tutaj są nimi Arystokraci - ludzie posiadający nie tylko władzę, ale i mistyczne moce. Arystokratą jest również główny czarny charakter tej opowieści: Darcia III. Tyle chyba wystarczy na temat fabuły i bohaterów. Odnoszę wrażenie, że i tak zdradziłem ciut za dużo.

W "Wolf's Rain" urzeka przede wszystkim klimat opowieści. Budują go nie tylko piękna warstwa graficzna, lecz również doskonale dobrana muzyka. Omawiane anime ma jeden z najlepszych openingów, jakie dane mi było oglądać. Wpadająca w ucho pop rockowa piosenka spokojnie mogłaby podbić wiele radiowych list przebojów. Na pewno spodoba się miłośników stylu Bryana Adamsa i innych speców od przebojowych mieszanek ballad i gitarowych szarpanek. Utwór zamykający też jest bardzo melodyjny - tyle, że zdecydowanie spokojniejszy od początkowego. Wspomniałem o warstwie graficznej. "Wolf's Rain" ma świetną paletę barw, która tworzy szary, przygnębiający obraz świata. Dawno nie widziałem tak sugestywnej wizji Ziemi po zagładzie. Również do wyglądu bohaterów nie można mieć żadnych zastrzeżeń.



Zastrzeżenia można mieć za to do samej fabuły. O ile pomysł wyjściowy był naprawdę dobry, a klimat opowieści bez wątpienia urzeka, o tyle niektóre odcinki zwyczajnie nużą. Dwa pod rząd jeszcze się dało obejrzeć, ale przy trzecim, góra czwartym, zaczynałem przysypiać. Fabuła jest zdecydowanie zbyt rozlazła i smętna. Sceny akcji są tutaj rzadkością (na szczęście kiedy już się pojawiają, to momentalnie wybudzają z letargu). Cały serial spokojnie mógłby liczyć o połowę mniej odcinków. Zresztą część epizodów jest tutaj całkowicie zbędnych, np. w połowie serii pojawiają się cztery odcinki złożone z migawek prezentujących wcześniejsze wydarzenie. Żaden z tych odcinków nie ma choćby jednej świeżej klatki - wszystko jest zlepkiem utworzonym z poprzednich epizodów. Dodatkowo gdzieś wyczytałem, że cztery ostatnie odcinki zostały dokręcone już po stworzeniu serialu, jako tzw. epizody specjalne. W związku z tym od serialu można odjąć całe osiem odcinków, w wyniku czego z 30 zostaną tylko 22 odcinki. Z nich z kolei każdy mógłby być krótszy o połowę. Uważam, że 12 to idealna liczna odcinków, z których powinien składać się ten serial. I to właściwie jedyny poważniejszy zarzut, jaki mogę postawić "Wolf's Rain".

Mimo wszystko, omawiane anime mogę polecić każdemu, komu nie przeszkadzają sentymentalne opowieści o szukaniu szczęścia, pragnieniu zemsty, potrzebie posiadania kogoś bliskiego i tym podobnych sprawach. Aha, lepiej być też odpornym na patetyczne gadki i mistyczne bzdury (no, ale na to jest chyba uodpornionych większość miłośników japońskiej animacji). Każdemu, kto ma trochę wolnego czasu, polecam sprawdzić ten serial (mimo wszystko, wybija się ponad średnią). Teraz zaś, zważywszy, że sam zaczynam się bawić w dłużyzny i bełkotać, kończę i ruszam na poszukiwania kolejnego tytułu do obejrzenia.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Sześciokącik StarCrafta #8

Dzisiaj kolejny wpis, który sprawi, że po powrocie do pokoju będę mógł powiedzieć: no, coś tam zrobiłem w pracy...

Ostatnio wylewałem żale w związku z konkretną obsuwą drugiego StarCrafta. Twórcy gry są chyba świadomi, jak wielką krzywdę wyrządzili graczom, gdyż od jakiegoś czasu pojawia się mnóstwo naprawdę konkretnych newsów. Dawniej każdy nowy screen był sensacją. Dzisiaj trzeba już czegoś więcej. Na szczęście w sierpniu nikt nie jest skazany na oglądanie samych obrazków. A wszystko za sprawą dwóch imprez: Gamescomu i Blizzconu.

Co prawda, ta pierwsza za wiele nowości nie przyniosła, ale każdy chętny mógł sobie pograć w tryb singleplayer. I jak wynika z różnych relacji, a także z konkretnego wysypu tekstów na STARCRAFT2.NET.PL, tryb ten jest praktycznie gotowy i oferuje naprawdę sporo przedniej zabawy. W tym miejscu polecam zwłaszcza wspomniane materiały na STARCRAFT2.NET.PL. Chłopaki pozbierali je już 21 lipca, podczas wycieczki prasowej do siedziby Blizzarda, ale rąbka tajemnicy mogli uchylić dopiero teraz. Z ważniejszych informacji, dotyczących trybu dla pojedynczego gracza, na pewno trzeba wspomnieć o jednostkach, które pojawią się tylko w tym trybie. A będą wśród nich m.in. starzy znajomi z pierwszego StarCrafta: Firebat, Medic, Vulture, Goliath i Wraith (o nim pisałem już ostatnio). Oprócz nich będzie też kilka nowych jednostek, wśród których najokazalej prezentuje się Hercules - gigantyczny transportowiec.

Z kolei podczas Blizzconu wypłynęło kilka informacji o nowym Battlenecie, wśród nich także kilka obrazków, które możecie sobie obejrzeć tutaj. Oczywiście najważniejszymi informacjami całej imprezy było zaprezentowanie nowego dodatku do WoWa (o podtytule "Cataclysm") i kolejnej postaci z Diablo III (Mnicha), ale Battlenet 2.0 to nie jedyna rzecz, która mogła zainteresować miłośników kosmicznego RTS-a, bowiem Blizzard pokazał też możliwości edytora map ze StarCrafta 2. Cóż, prawdziwe cudo. Zresztą zobaczcie sami:



Sam pewnie nigdy nie opanuję choć ułamka możliwości, jakie daje to narzędzie, ale już na samą myśl o tym, co mogą z nim zrobić zdolni amatorzy, cieknie mi ślinka (wierzę, że Blizzard też przygotuje jakieś wykręcone, bonusowe "mapy"). Może nawet doczekamy się "StarCraft: Ghost"...

Myślę, że na dzisiaj wystarczy tych atrakcji. Z mniej ważnych informacji, to logo (nowe logo - trzeba dodać) StarCrafta 2 zdobi wrześniowy numer magazynu Play. Chłopaki chwalą się, że jako jedyni grali w singla tej gry, co oczywiście nie jest prawdą (no chyba, że weźmie się pod uwagę tylko redakcje papierowych czasopism). Jak gdzieś znajdę zbędne 10 zeta, to może nawet sprawdzę ten artykuł... Aha, przeczytałem w końcu "StarCraft: Frontlines". Zbyt wiele sobie po tym tytule nie obiecywałem, ale i tak czuję zawód. Więcej szczegółów w recenzji, która niebawem powinna pojawić się na Alei Komiksu. Dzisiaj to już wszystko. Zapraszam do kolejnego Sześciokącika.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Nurse Jackie

I znowu się nudno zrobiło… Niby połowa pracowników siedzi na urlopie (w związku z tym mam wolny pokój – niebywałe), ale i tak za dużo nie ma do roboty. Przynieś, zanieś, wpisz etc. Za bardzo też nie mam weny pisarskiej, lecz postanowiłem coś skrobnąć. Chyba tylko po to, aby oszukać samego siebie, że tak do końca nie marnotrawię tych wakacji. Zatem dzisiaj słów kilka o jednym z dwóch seriali, które sobie z Magdą wieczorami śledzimy (ten drugi to „Wolf’s rain”).


„Siostra Jackie” to kolejna serialowa produkcja stacji Showtime, którą większość osób powinno kojarzyć z takich dzieł jak „Dexter” czy „Californication”. Przyznam szczerze, że obie wspomniane produkcje bardzo przypadły mi do gustu. Zwłaszcza „Californication” było prawdziwym powiewem świeżości, wśród wielowątkowych, spiskowych fabuł, w których opuszczając jeden odcinek można było sobie w zasadzie darować cały serial (lub co najmniej sezon). Perypetie Jackie mają kilka cech, które pozwalają postawić je obok przygód Dextera i Franka Moody. Najważniejszą z owych cech jest niesamowicie wyrazista bohaterka.

Czy pielęgniarka z ambulatorium może przebić seryjnego mordercę lub pisarza seksholika? Oczywiście, że nie. Zresztą pewnie nie takie było zamierzenie twórców serialu, reklamowanego jako „Dr. House” w spódnicy. No dobra, nie mam pewności, że serial tak był reklamowany, ale jeśli chcecie komuś opisać „Nurse Jackie” to pierwsze skojarzenie, jakie się nasuwa, to właśnie „Dr. House”. Jackie jest bowiem cyniczna, ale jednocześnie bardzo doświadczona w swojej pracy. Praktycznie nie ma dla niej sytuacji bez wyjścia i mimo, że jej działania mogą czasami budzić kontrowersje moralne, to zawsze są podporządkowane jednemu celowi – niesieniu pomocy potrzebującym. Poza tym jest jeszcze coś, co łączy House’a i Jackie: oboje, korzystając z łatwości dostępu do silnych leków, ćpają na potęgę.

Zatem, bohaterka jest naprawdę intrygująca. A inne elementy? Tutaj też jest dobrze. Cała szpitalna zgraja przedstawia się dosyć ciekawie. Jest dwójka lekarzy: on - nieopierzony lowelas i lekkoduch zaraz po studiach i ona – elegancka i wyrachowana dama w średnim wieku, w dodatku serdeczna przyjaciółka głównej bohaterki. Poza tym, pojawia się para pielęgniarzy gejów (od razu zaznaczam, że nie są partnerami) oraz gadatliwa praktykantka, która nosi kolczyki z pandami. Aha, jest jeszcze wredna kierowniczka (a jakżeby inaczej).

Kolejne odcinki łączą się w opowieść o tytułowej bohaterce, która mimo, że większość dnia spędza w pracy, to ma też życie osobiste. I to nie byle jakie, bo w domu czekają na nią mąż i dwie córeczki. Może nie byłoby w tym fakcie nic zaskakującego, gdyby nie to, że w ambulatorium nikt o tym nie wie. Ba, nikt też nie wie o romansie Jackie z Eddiem – aptekarzem, który zamiast czekoladek daje ukochanej prochy. Prawie nikt, gdyż jako takie rozeznanie w sytuacji ma wspomniana pani doktor, która czerpie nieskrywaną radość ze śledzenie zabiegów Jackie, aby cała sytuacja nie wyszła na jaw.

Ogólnie w „Nurse Jackie” jest dużo, typowych dla filmów medycznych, kolejnych „przypadków”, czyli wszelkich wypadków, niespodziewanych chorób i całkiem sporo zgonów. Jest tu też niemało humoru, a wszystko pływa sobie w sosie dramatu obyczajowego. Ogląda się to raczej bez wypieków na twarzy, ale na tyle przyjemnie, że ziewanie czy opadające powieki nikomu nie powinny grozić. Główna w tym zasługa oryginalnej bohaterki i długości kolejnych odcinków, które mając ok. 40 min. mogłyby lekko męczyć, ale w dwudziestominutowych dawkach są doskonale przyswajalne.

Gdzieś wyczytałem, że rola Jackie była specjalnie pisana dla Edie Falco, znanej z roli żony Tony'ego Soprano. Ze spuszczoną głową przyznaję, że nigdy nie obejrzałem żadnego odcinka „Rodziny Soprano”, więc porównywać obu bohaterek nie mogę. Plus tej sytuacji jest taki, że Jackie nigdy nie będzie dla mnie Carmelą Soprano, tak jak Hank Moody był dla mnie Foxem Mulderem.

Powoli kończąc ten wywód, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że „Nurse Jackie” po prostu mi się podoba. Nie powala i nie zachwyca, ale daje radochę z gapienia się w ekran. I na całe szczęście nie jest tym czego się spodziewałem, czyli żeńską wersją „Dr. House’a” (nie żebym nie lubił tego serialu, ale ileż można?).

czwartek, 6 sierpnia 2009

Sześciokącik StarCrafta #7

Dawno mnie nie było. Cóż, wakacje. Więcej się człowiekowi nie chce niż chce. Mimo tego, udało mi się załapać na staż. Fajna sprawa - tylko, że po trzech miesiącach znowu trzeba będzie się rozejrzeć za jakąś robotą. Tymczasem, korzystając z okazji, że nie ma dla mnie żadnych zadań, postanowiłem coś w tym miejscu skrobnąć. Zresztą to nie jedyny powód reanimacji Sześciokącika. Niestety…

Premiera StarCrafta 2 została oficjalnie przełożona na 2010 rok. Fanatycy płaczą, sceptycy jeszcze mocniej narzekają, a ci, którym „aż tak bardzo nie zależało”, szukają sobie nowego tytułu, na który będą mogli z utęsknieniem czekać i wyżywać się przy tej okazji na rozmaitych forach. Mając na uwadze pewien zastój potoku informacji dotyczących bety, można było to przewidzieć. Osobiście, nawet trochę cieszę się, że kupno nowego kompa odłożyłem w czasie. Miał być specjalnie pod StarCrafta 2, jednak kasa jakoś stopniała. Do stycznia (co najmniej) coś powinno udać się uzbierać. Jako realną datę obstawiam jednak okres od lutego do maja, więc może i na jedzenie zostanie…

Wcześniej wypłynęła informacja, że Wrighty jednak pojawią się w drugim StarCrafcie. Dla wszystkich pogrążonych w żałobie to żadne pocieszenie. W normalnych okolicznościach przyrody info byłoby całkiem istotne.

Teraz będzie mały wysyp „pocieszajek”.

Na początek piękny artfan z „samicą” Ghosta (wprost z przepastnej blizzardowskiej galerii artfanów):


Wrażenie estetyczne zostały zapewnione, zatem teraz proszę klikać tutaj. Chłopaki ze STARCRAFT2.NET.PL przygotowali mały przegląd zdolnosci komentatorskich Dustina Bowdera. Czy „Terrible Terrible Damage ®™” pobije „Jestem Hardkorem”? Czas pokaże.

No i na koniec tradycyjnie filmik (większa wersja tutaj):



Prawda, że ładny? I to już by było na tyle w dzisiejszym, wyjątkowo krótkim Sześciokąciku. Mam nadzieję, że następnym razem będę miał do przekazania weselsze informacje.

wtorek, 14 lipca 2009

Ziarnko prawdy

Już niemal pół lipca zleciało, a jak się opieprzałem, tak się dalej opieprzam. Niby przydałoby się czegoś poszukać, ale tak fajnie się leży, je, czyta, ogląda i pisze. Właśnie: pisze. Poniżej krótki tekst o pewnym mało znanym komiksie. Znajdziecie w nim wzmiankę, że ciężko na ten album trafić, ale w istocie nie jest aż tak źle. W samej recenzji nie chciałem robić reklamy, zatem informuję, że trzy egzemplarze "Ziarnka prawdy" mają jeszcze w sklepie Gildii (i to przecenione o 50%). Koszt przesyłki może zniechęcać, ale jeśli robicie większe zakupy to śmiało dorzucajcie ten komiks do koszyka. Z innych rzeczy: pogoda piękna, ale okno na stronę wschodnią sprawia, że codziennie budzę się przed ósmą. Zresztą wczoraj naprzeciwko wprowadziła się jakaś grupa trenerów/sportowców/nie wiem kogo, która dzisiaj rano, gdzieś w okolicach siódmej, urządziła sobie głośną wymianę zdań. Z drugiej strony, przedwczoraj jakiś miłośnik głośnej muzyki ni z tego, ni z owego puścił na pełny regulator jeden ze swych ulubionych hiciorów... A była 2:30. I jak tu spać przy otwartym oknie? Dobrze, że fan nocnego wystawiania głośników na parapet i grupa sportowo-trenująca nie są kompatybilni, bo sypiałbym wówczas jakieś 4 godziny na dobę. Dobra, koniec smęcenia - zapraszam do lektury.


„Ziarnko prawdy” to na pierwszy rzut oka typowy komiks fantasy: są tu zarówno smoki, jak i krasnoludy, jest wreszcie wieśniak z łukiem, który przeciwstawia się złemu panu. I wszystko byłoby do końca typowym fantasy, gdyby nie całkiem oryginalne zakończenie.

Jerzy Szyłak to w komiksowym światku uznany autorytet. Jeśli chodzi o opublikowane książki, dotyczące komiksu, to nikt w tym kraju nie może się z nim równać. Ten wybitny badacz teorii komiksu trochę mniej znany jest ze swojej twórczości scenariuszowej. I mimo, że scenariusze pisane przez pana Szyłaka spotykają się z różnym, czasami bardzo negatywnym, odbiorem czytelników, to zdecydowanie warto się z nimi zapoznać. Prezentowane „Ziarnko prawdy” wyróżnia się wśród nich in plus. Fabuła jest dobrze poprowadzona, a bohaterowie co prawda sztampowi, ale idealnie dopasowani do przedstawionej historii. Sama opowieść o losie, jaki spotkał smoki, potrafi zainteresować, a różne gatunki tychże stworów (nie będące jednak, typowymi dla fantasy, wariantami kolorystycznymi) i zła prasa jaką całemu rodzajowi robił jeden z jego gatunków, to pomysły całkiem świeże. Ogólnie, nie jest to nic wybitnego, ale jako szybkie czytadełko sprawdza się bardzo dobrze. No i morał całej opowieści, którym jest znana prawda, że kiedy uciskani sięgają po władzę, to sami zaczynają uciskać innych, stanowi dobrą alternatywę dla innych baśniowych opowieści, które zawsze kończą się wzmianką, że po zwyciężeniu zła wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Tutaj długo i szczęśliwie żyli tylko ci, którzy owo „zło” zwyciężyli...

Rysunki Huberta Ronka sprawiają wrażenie niezbyt pasujących do opowieści fantasy. Karykaturalne postacie i duże uproszczenia nie każdemu przypadną do gustu, a niektórych mogą od tego komiksu odrzucić. Na pewno nie zachęca do niego też chaotyczna okładka. Jednak każdy, kto przejrzy szkice z końca albumu, zrozumie, że rysownik poświęcił swojej pracy dużo czasu i włożył w nią niemało wysiłku. Śledząc kolejne etapy tworzenia wizerunku jednego z bohaterów można również przekonać się, że Hubert Ronek rysuje tak a nie inaczej, nie dlatego, że nie potrafi tworzyć realistycznych ilustracji, lecz dlatego, że taki po prostu ma styl. Niby oczywista sprawa, ale czy dla wszystkich?

„Ziarko prawdy” wydane zostało w nakładzie 400 egzemplarzy. W związku z tym może dziwić nadzieja rysownika, że album znajdzie nabywców wśród dzieci i odbiorców na co dzień nie siedzących w komiksach. Sam trafiłem jednak na ten komiks w opolskiej bibliotece miejskiej. Zaraz przy wejściu stoi tam koszyk, w którym znaleźć można kilka mang, co nieco z Egmontu, jakieś Giganty i naprawdę dużo pozycji z wydawnictwa Timof i Cisi wspólnicy. Jak zatem widać, mały nakład nie przesądza o małym gronie odbiorców.

Czy warto kupić „Ziarnko prawdy”? Za cenę okładkową – tak, ale jakoś nie wydaje mi się żeby łatwo było ten komiks nabyć. Jeśli zatem, tak jak ja, traficie na niego w bibliotece, to śmiało wypożyczajcie. Fajna, nieskomplikowana, ale i niegłupia lektura. W sam raz na wakacje.

piątek, 10 lipca 2009

The Typing of the Dead

Dzisiaj zamieszczam pierwszy nowy tekst o grze (w sensie: nie pochodzący z RF). Od dawna nie gram już tyle co kiedyś. Ot, z przerwami przechodzę "WarCrafta 2", niedawno znowu zaliczyłem rewelacyjną kampanię Terran z "Brood Wara", a od czasu do czasu włączę sobie na kompie Magdy "Puzzle Questa". Z kolei wczoraj znowu zainstalowałem "The Typing of the Dead". Chyba tylko po to, żebym mógł go tutaj opisać, ale kto wie, może się wciągnę... Ostatni obrazek przedstawia automat z tą grą. Mogłem dać jakiś, na którym byłoby coś więcej widać, ale pomyślałem, że wszystkim, którzy tu zaglądają, bardziej przypadnie do gustu zdjęcie z dwoma nastoletnimi Japonkami. Pochodzi ono z tego bloga. Dzisiaj go odkryłem i z miejsca polecam jego lekturę (zwłaszcza posty otagowane słowem Asia).


„The Typing of the Dead” to bez wątpienia jedna z najbardziej oryginalnych gier w historii elektronicznej rozrywki. Coś, co z początku może jawić się jako mod do „The House of the Dead 2”, przy bliższym poznaniu okazuje się niezwykłym programem edukacyjnym, który służyć ma do nauki bezwzrokowego pisania na klawiaturze.


Firma Sega jest specjalistą w dziedzinie celowniczków. Jej „Virtua Cop” było dla tego gatunku tym, czym „Virtua Fighter” dla mordobić. Każdy, kto chciał sprawdzić swoją koordynację ręka-oka, dostał ku temu wspaniałą sposobność. Posiadacze pecetów doczekali się dwóch części tej serii. Niestety, podłączany do konsoli pistolet musieli zastąpić myszką, przez co przyjemność, płynąca z zabawy, mocno zmalała. Podobnie było ze spadkobiercą „Virtua Cop”, czyli „The House of the Dead”. Grało się przyjemnie, ale zombie zdecydowanie lepiej zabijać przy pomocy guna niż myszki. Na szczęście znalazło się pewne studio, które poszło pececiarzom na rękę. A owym studiem było Smilebit, zajmujące się tworzeniem gier dla Segi. Programiści ze Smilebit wzięli na warsztat klasycznego „The House of the Dead 2” i przerobili go na grę, która miała najpierw ukazać się na automatach, a następnie na konsoli Dreamcast. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że jest to tytuł wybitnie pecetowy. Po czy może nie być pecetową gra, w której używa się całej klawiatury? Myślicie, że granie w FPP-ki i RTS-y jest na konsolach dosyć trudne? To co powiecie na grę, w którą nie dało się grać przy pomocy pada?


Dreamcast na szczęście opcjonalnie posiadał klawiaturę, która, w zamierzeniu twórców konsoli, miała służyć pomocą przy korzystaniu z internetu. Gadżet chyba nie okazał się zbyt przydatny... Szkoda jednak, żeby się zmarnował - zatem gra, która by w pełni korzystała z dreamcastowej klawiatury, mogła okazać się dla niej szansą na drugie życie. I tutaj pojawia się w końcu „The Typing of the Dead”. Tytuł właściwie mówi wszystko. Oto wersja drugiej części „The House of the Dead”, w której zamiast strzelać do zombiaków z lightguna, eliminuje się je wpisując pojawiające się na ekranie słowa. Brzmi banalnie, jednak takie nie jest. Silnik pozostał niezmieniony, podobnie fabuła, lokacje, bohaterowie i muzyka. Zmienił się tylko system eksterminacji przeciwników i tryby gry. Zmiany niewielkie, ale rewolucyjne. No i ci tajniacy, którzy zamiast pistoletów tachają na plecach Dreamcasty i gigantyczne baterie, a przed sobą mają klawiatury – zaiste komiczny widok. Twórcy zrobili swoją grę z dużym przymrużeniem oka, o czym świadczą zarówno hasła, które trzeba wklepywać, jak i wykonanie tutoriala. Tutorial jest tutaj zresztą elementem kluczowym i tak, jak w innych grach z reguły się go omija, tak tutaj warto poświęcić mu kilka chwil. Jeden z bohaterów gry podpowiada jak prawidłowo rozmieścić palce na klawiaturze, a następnie prowadzi przez samouczek, który doskonali nasze umiejętności. Niestety tryb ten jest przystosowany do klawiatury Dreamcasta i na moim laptopie nie mogłem wstukać znaczku: „#” (po przytrzymaniu „shifta” i wciśnięciu „3” zmieniałem układ klawiatury także w grze, a tam już druga funkcja trójki była zgoła inna). Tutoriala zetem nie ukończyłem, jednak nie zraziło mnie to do samej gry.


Podstawowe tryby gry to Original i Arcade. W pierwszym można pograć w dowolny z etapów. Po wybraniu Arcade pojawia się z kolei okno wyboru pomiędzy: Training Mode (nie mylić z Tutorial) i klasycznym Story Mode. Training to krótkie mini-gry, które doskonalą i sprawdzają szybkość pisania i ogólny refleks. Po ich zaliczeniu wystawiana jest ocena i można sprawdzić jakie błędy popełniało się najczęściej. Story Mode to klasyczna gra, której fabuła nie różni się od tego, co zaprezentowano we wspominanym już „The House of the Dead 2”. W tym trybie również poukrywano mini-gry, które polegają zazwyczaj na zabiciu 10 zombie w ciągu 10 sekund. Co ciekawe, mniejszych lecz liczniejszych przeciwników (różne robactwo) załatwia się wciskając tylko jeden klawisz. Prawdziwe wyzwanie to bossowie. Pierwszy jest jeszcze w miarę łatwy, ale kolejnych można atakować tylko w pewnych momentach, a taką np. hydrę, wpisując jedno z podanych słów, które jest prawidłową odpowiedzą na jej pytanie. Początkowo gra się przyjemnie, ale po kilkunastu minutach zabawa zaczyna nużyć. To duży minus, zwłaszcza w grze którą można ukończyć w niecałą godzinę...


Zabawa nie dość, że krótka, to zanim się skończy i tak zdąży znudzić. Na szczęście w „The Typing of the Dead” jest tyle trybów, że można przed monitorem, mimo wszystko, trochę posiedzieć. To zresztą jedna z tych produkcji, które należy sobie dawkować. Najlepiej po godzince dziennie (uwzględniając wszystkie tryby). Wówczas nie będzie irytować, a samo granie sprawi większą frajdę. Jeśli jednak ktoś się uprze, żeby ją dogłębnie przetestować podczas jednego posiedzenia, to po niedługim czasie odłoży ją, rozczarowany. „The Typing of the Dead” to tak naprawdę program edukacyjny, który największe efekty przyniesie, jeśli się będzie do niego systematycznie wracać.


Kiedy się o tej grze dowiedziałem byłem zachwycony. Nie spotkałem się wcześniej z tak dobrym pomysłem na naukę bezwzrokowego pisania. Dawno temu próbowałem się bawić rodzimym „Mistrzem klawiatury”, ale szybko go odstawiłem. Dzisiaj pisanie na klawiaturze nie jest już dla mnie jakimś problemem, jednak do „The Typing of the Dead” wracam z przyjemnością. Gra naprawdę do łatwych nie należy, zwłaszcza, że pojawiające się na ekranie słowa są po angielsku, co stanowi dodatkowe utrudnienie dla kogoś, kto na co dzień pisze po polsku i nie jest obyty z szybkim wklepywaniem obcych wyrazów. Grafika jest kiepska, dźwięki takie sobie, fabuła nudna, ale przez swą nietypowość „The Typing of the Dead” niesamowicie intryguje. Dlatego nie zamierzam nikogo odciągać od jej spróbowania. W tym przypadku zdecydowanie najlepiej zaspokoić ciekawość samemu.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Cat Shit One vol. 1

Póki się opieprzam mogę pisać... Zebrałem się ostatnio w sobie i codziennie staram się coś skrobnąć. Wczoraj był tu tekst, jest i dzisiaj, a w międzyczasie jeszcze wylądowała na Alei moja nowa recenzja. Wczoraj obiecałem, że zdradzę co takiego się ruszyło w kwestii RF. W sumie niewiele, ale mimo wszystko coś tam drgnęło. Więcej szczegółów po kliknięciu tutaj. Wiem, że witryna jest wyłączona, ale chętni mogą wejść na forum (na którym od niemal roku nie pojawił się żaden nowy post...) lub obejrzeć wszystkie archiwalne numery RF. I to właśnie największa niespodzianka. 40 numerów RF znowu jest w sieci! Każdy, kto ciekawy jest, jak moje teksty wypadają na tle artykułów redakcyjnych kolegów, może teraz to sprawdzić. Poza tym w tych numerach jest kilka(naście) rzeczy, których (z różnych względów) nie zdecydowałem się wrzucić na bloga (głównie moich opowiadań...). Skoro znowu są w sieci, to może jednak je tutaj zamieszczę (aczkolwiek z oporami i pewnym wstydem). Ogólnie, Ald cały czas coś dłubie przy RF i może z tego dłubania niedługo zrodzi się coś więcej niż napis: "Witryna jest wyłączona". W miarę możliwości postaram się chłopakowi pomóc. A teraz zapraszam już do lektury nowego tekstu. Trailer, który zamieszczam na końcu, znalazłem przed chwilą i był dla mnie prawdziwym szokiem. Ten serial naprawdę może wypalić (nawet fakt, że zamienili Wietnam na Afganistan, jakoś przeboleję).


3 króliki, 9 misji i ponad 130 stron naprawdę świetnej lektury – tak w skrócie można przedstawić pierwszy tom „Cat Shit One”.

Wojna i antropomorficzni, zwierzęcy bohaterowie, a wśród ich koty, będące przeciwnikami głównych bohaterów. Skojarzenia z „Mausem” Arta Spiegelmana nasuwają się od razu, jednak efekt pracy japońskiego twórcy jest komiksem całkiem innym niż może się z początku wydawać. Nie jest to wielkie dzieło biograficzne, które przenosi komiks do kręgu tzw. „wyższej kultury”. Motofumi Kobayashi Pulitzera za nie nie dostał, a o innych nagrodach, które stały się udziałem omawianego tytułu, też mi jakoś nie wiadomo. Co więc jest takiego zachwycającego w „Cat Shit One”?

Przede wszystkim: pomysł. Pewnie, że zwierzęcy bohaterowie byli zarówno w „Mausie”, jak i „Blacksadzie”, ale Kobayashi pokazał, że można podążyć tym tropem i pozostać oryginalnym. Jego komiks to zbiór krótkich epizodów – misji, które wypełniają główni bohaterowie. Nie ma tu miejsca na długie rozmowy czy zawiłe problemy moralne. Jest przede wszystkim akcja, która pochwalić się może dużą dawką realizmu. Każdy, kto spodziewa się powtórki z „Dryżyny A” lub „Commando” będzie zawiedziony. Kobayashi osadził swoją opowieść w konkretnym miejscu i czasie, a nie „gdzieś w Wietnamie”. Zadbał przy tym o zachowanie historycznych i militarnych realiów. Pełno tu przypisów, które wyjaśniają laikom zawiłości wojskowych terminów. Oprócz tego, w komiksie zamieszczono kilka stron publicystyki. Jest zatem zarys konfliktu wietnamskiego, a także informacje o państwach zaangażowanych w działania zbrojnie i w reszcie szczegółowe informacje na temat podręcznego uzbrojenia walczących stron. Miłośnicy historii najnowszej i militariów powinni być w siódmym niebie. Również zwykli fani komiksu nie powinni narzekać. Te kilka opowieści może nie grzeszy skomplikowaną fabułą, ale naprawdę wciąga i ich lektura to prawdziwa przyjemność. Czytelnik zżywa się z trzema królikami-wojakami i z zaciekawieniem śledzi ich kolejne perypetie, które razem układają się w zwartą całość. Nie zabrakło również miejsca na kwestie trochę poważniejsze niż szczegóły działań zbrojnych. Bohaterowie komiksu dostrzegają bezsens wojny i mimo że wiernie służą swojemu krajowi, to przyjdzie im się zastanowić czy przypadkiem nie pomagają tym złym. Bezsens wojny szczególnie wyraźnie pokazany został w dwóch ostatnich rozdziałach. Zwłaszcza „Misja 9: Ucieczka polityka” jest doskonałym wykładem dotyczącym losu narodu, który nieustannie walczy.

Komiks narysowany został realistyczną kreską. Szczególnie dobre wrażenie robią pojazdy i tła. Kadry, na których króliki przedzierają się przez gęstą roślinność, wykonane zostały z niezwykłym pietyzmem. No właśnie – króliki. Nie ma chyba sympatyczniejszych zwierzaków i brutalny realizm opowieści mocno kontrastuje z pociesznym wyglądem głównych bohaterów. Antropomorficzny królik (niech będzie, że zając też) kojarzył mi się zawsze z czekoladowym wyrobem owiniętym w kolorowy papierek, imitujący ogrodowe spodnie czy kolorową spódnicę. Tutaj taki sam króliczek nosi mundur w moro, a w łapce trzyma M16 lub AK47. Efekt wizualny jest naprawdę porażający. Dodatkowy smaczek stanowią sceny, w których bohaterowie czytają „Playboya”, w którym „króliczki” są... prawdziwymi królikami.

„Cat Shit One” nie jest komiksowym „Czasem apokalipsy” czy „Plutonem” - to bardziej wietnamski odpowiednik „Kompanii braci” (acz i tak dużo mu do tego serialu brakuje). Misja za misją i niezwykle mało wolnego czasu. Pakki, Botaski, Rats (bo tak nazywają się główni bohaterowie tego komiksu) z każdą chwilą są ze sobą coraz bardziej zżyci. To nie przypadkowi szeregowcy, lecz prawdziwi fachowcy w tym co robią. Trochę nie przystaje do nich Botaski, który nie ukrywa swojego strachu, ale i on w chwili próby staje na wysokości zadanie. Cóż, nieco wyidealizowani ci bohaterowie, ale naprawdę trudno ich nie polubić. Z każdą kolejną misją te trzy króliki stają się coraz bardziej ludzkie. Nie, żeby takie nie były od początku – po prostu czytelnik dostrzega w nich cechy, które sprawiają, że się do nich przywiązuje. „Cat Shit One” powinien przypaść do gustu każdemu, kto lubi wojenne opowieści o męskiej przyjaźni. Jeśli tylko nie zrażą was te słodkie mordki głównych bohaterów, to omawiany komiks zapewni wam przednią rozrywkę.