poniedziałek, 18 czerwca 2012

Jazda

Lubię czeskie filmy. Im więcej ich oglądam, tym bardziej. A najwięcej oglądam tych współczesnych, nakręconych w przeciągu ostatnich 20 lat. Zaskakujące, że tak, jak u nas po upadku komuny nie powstała właściwie żadna komedia, której można by przypiąć łatkę filmu kultowego (za to co roku pojawia się mnóstwo dowodów na to, że polscy filmowcy nie mają poczucia humoru), tak nasi południowi sąsiedzi trzaskają doskonałe, zabawne, a przy tym niegłupie obrazy jeden za drugim... No, ale nie o tym miało być - dzisiaj biorę na warsztat czeski film drogi.


Pierwszy raz na "Jazdę" trafiłem całkiem przypadkowo pięć lat temu. W tamtym czasie wystarczyło o godzinie 20:00 włączyć Ale Kino lub TVP Kulturę, aby odkryć jakąś filmową perełkę. Obraz Jana Svěráka może wówczas nie powalił mnie na kolana, ale miał w sobie coś, co mnie urzekło i nie pozwoliło o nim zapomnieć. Długo nie zdawałem sobie sprawy ze stopnia jego kultowości. Wymienienie w świetniej książce Bartka Koziczyńskiego "333 popkultowe rzeczy... lata 90." mówi jednak samo za siebie.

"Jazda" to zrealizowana za całkiem małe pieniądze opowieść o dwójce przyjaciół, którzy kupują stare zielone coupe, przerabiają je na kabriolet i ruszają na drogi południowych Czech. Ale nie szybkie i zatłoczone dwupasmówki, lecz na wąskie szosy przecinające pola i lasy. Jadą powoli i delektują się podróżą, która nie ma żadnego konkretnego celu. Liczy się tylko przyjemność płynąca z pokonywania przestrzeni. To tacy czescy Swobodni Jeźdźcy, którzy, aby w pełni poczuć się wolnymi, nie muszą mieć harleyów, ani zmagać się z wrogo nastawionymi miejscowymi. Nie muszą wreszcie tragicznie kończyć.

Film Svěráka dostał Czeskiego Lwa za zdjęcia i muzykę. Nie ma się czemu dziwić, gdyż oba te elementy budują nastrój całego obrazu. Czechy w "Jeździe" wyglądają po prostu przepięknie. Małe miasteczka, wioski, a przede wszystkim lasy i pola w okresie żniw - krajobrazy to niezwykle swojskie, które bez trudu można odnaleźć również w południowej Polsce. Patrząc na piękno tego lata, ogarnia człowieka niesamowita nostalgia za wakacjami z lat 90, kiedy to przy polnych drogach więcej było drzew niż reklamowych szyldów. Z kolei muzyka jest dziełem zespołu Buty, którego liderem jest Radek Pastrňák, odtwórca jednej z głównych ról. Na temat piosenek nie ma co się rozpisywać, najlepiej posłuchać najbardziej znanej z nich, "Mám jednu ruku dlouhou", która to towarzyszy początkowi "Jazdy".


Fabuła nie jest tutaj najistotniejsza, liczy się klimat. Klimat letniej, przyjacielskiej wyprawy, którą w pewnym momencie urozmaica, żeby nie rzec: komplikuje, pojawienie się dziewczyny. Podczas kolejnego seansu "Jazdy" nasunęły mi się skojarzenia z pierwszym tomem komiksu "Lupus" Frederika Peetersa. I mimo, że bieg wydarzeń jest w tych dziełach całkiem inny, to w obu pojawia się ten sam motyw letniej podróży, którą dwójka kumpli podejmuje, aby przede wszystkim dobrze się zabawić, a przy okazji udowodnić sobie i światu, że jeszcze nie są tak dorośli, jakby tego wszyscy chcieli. Pojawienie się dziewczyny jest tutaj punktem zwrotnym, zwiastunem nowych "atrakcji", które ożywią nieco monotonną podróż. W "Lupusie" komplikuje ono dodatkowo relacje bohaterów i wystawia ich przyjaźń na ciężką próbę. W "Jeździe", mimo że wszystko wskazuje, iż będzie podobnie, nic takiego nie ma miejsca, a dziewczyna wydaje się być tylko epizodem w podróży głównych bohaterów (o tym, że nigdy tego epizodu nie zapomną, widz przekonuje się dopiero w końcówce filmu).

"Jazda" to idealny film na rozpoczynające się właśnie lato. Doskonale pokazuje, że dla wielu osób wymarzone wakacje to coś więcej niż hotelowy basen i drink z palemką w jakimś popularnym kurorcie. Myślę, że każdy, kto obejrzy ten obraz, też zapragnie kupić jakiegoś gruchota, obciąć mu dach i ruszyć przed siebie (podobno w Czechach "Jazda" zainspirowała masę ludzi do podobnych wypraw).

środa, 23 maja 2012

Avengers

Chciałem co nieco pomarudzić o "Diablo III", miałem też w planach reckę "Iron Sky" i demo test "Ridge Racer Unbounded". Nic z tego jednak, gdyż oto zaliczyłem filmowych "Avengersów". Jakże zatem mógłbym pisać o czymkolwiek innym?


"Avengers" to jeden z tych filmów, na które przeciętny człowiek płci męskiej urodzony z latach 80. czekał większy kawałek swego żywota (zakładam oczywiście, że taki osobnik wychował się na komiksach wydawanych w Polsce przez Tm-Semic). Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka, Thor w jednym filmie, to spełnienie mokrego snu każdego fana komiksów superbohaterskich. Oczekiwania były duże, a dodatkowo, jak to przy tego typu produkcjach bywa, rozbudził je trailer. Teraz przyszedł czas zweryfikować obietnice i sprawdzić nie tyle, czy spełnione zostały pokładane w tym obrazie nadzieje, ile marzenia sprzed lat.

O sztandarowej ekipie Marvela słyszał każdy, kto jako tako orientuje się w temacie komiksowych herosów. Polski czytelnik poznał "Avengersów" głównie dzięki zeszytom ze Spider-manem, a potężniejszą ich dawkę otrzymał przy okazji dwóch kolejnych tomów "Mega Marvela", w których zamieszczono historię pt. "Ex Post Facto". Kto jednak szukałby tam składu, który aktualnie podziwiać można na ekranie, srodze się zawiedzie. Bo filmowi Avegersi to po prostu dream team bohaterów Marvela - kanoniczny i najbardziej znany skład grupy. Widać, że twórcy filmu wzorowali się w dużej mierze na "The Ultimates", czyli - wydanej także w naszym kraju - wersji przygód Mścicieli z marvelowej linii Ultimate (w jej ramach prezentowane są odmłodzone i uwspółcześnione wersje superbohaterów). Brakuje, co prawda, małżeństwa Pymów, ale coś mi mówi, że pojawią się w sequelu. Bohaterów każdy mógł poznać przy okazji poprzednich filmów, więc nawet przypadkowy widz powinien wiedzieć, kto jest kim i spokojnie skupić się na seansie.

A seans ten to rozrywka w czystej postaci. Efektowna, szybka, zabawna, ale przy tym niegłupia. Ciężko mi zacząć pisać o czymkolwiek szerzej, bo istnieje niebezpieczeństwo wodolejstwa, streszczenia fabuły, ew. zbyt intensywnych zachwytów. Starczy wspomnieć, że filmowcy podali mi smaczny kąsek już na samym  początku w postaci Cobie Smulders (Robin Scherbatsky z "Jak poznałem waszą matkę") wcielającej się w agentkę Hill. No, a potem jeszcze był Jerzy Skolimowski jako rosyjski generał - niby rola drobna, ale w napisach końcowych nazwisko rodaka pojawia się zaraz po głównych aktorach. To jednak tylko smaczki, które uatrakcyjniają film, jednak nie przesądzają o jego wyjątkowości. Co zatem sprawia, że "Avengers" są tak przyjemnym obrazem? Idealne wyczucie tematu i stworzenie filmu dla masowego widza, który da radochę również ortodoksyjnym fanom.

Pełno tutaj elementów, które są ekranowym puszczaniem oka do miłośników komiksów Marvela. Thor walczy z Iron-manem, a później także z Hulkiem. Ileż było okładek i splash page'ów z motywem tych klasycznych starć, chyba nikt nie jest w stanie zliczyć. Inny element, który wywoła uśmiech na twarzach fanów, to latająca baza S.H.I.E.L.D. A jeśli już o fanach mowa, to nie można zapominać o agencie Coulsonie, prawej ręce Nicka Fury'ego (a raczej jego "lewym oku") i zarazem fanie do kwadratu, który w całym zamieszaniu odegra niebagatelną rolę.

Dla masowego widza (czyt. nie orientującego się w najmniejszym stopniu w komiksowych pierwowzorach ekranowych bohaterów) jest dużo efektownych scen, które obficie podlano sosem z humorystycznych fragmentów. Na szczęście ekranowy humor, mimo że jest go tu naprawdę dużo, stoi na niezłym poziomie i raczej u nikogo nie powinien wywołać uczucia zażenowania. Kilka scen jest naprawdę świetnych, a cały show (zarówno jako typowy bohater, jak i źródło słownych żartów) kradnie Tony Stark.

Jak to w opowieści o superbohaterach, nie mogło zabraknąć tutaj pewnej dawki patosu. Ten na szczęście nie jest natrętny, a jego potencjalne źródło, czyli Kapitan Ameryka, jest zawsze w porę gaszone przez Iron Mana. W filmie nie brakuje jednak mocnych scen, przy których autentycznie przechodzą człowiekowi ciary. Największe wrażenie robi... moment, w którym na ekranie pojawia się tytuł. Jeśli chodzi o kino superbohaterskie, to fragment ten może się równać chyba tylko z początkiem "Supermana" z 1978 roku. Po prostu czuje się, że to jest właśnie ta chwila, na którą czekało tak wiele osób - i to zarówno tych, wychowanych na Tm-semicach, jak i tych, które (począwszy od filmowego "Iron Mana") stopniowo chłonęły zajawki pojawiające się po napisach końcowych kolejnych ekranizacji komiksów Marvela.

"Avengers" naprawdę warto zobaczyć. I naprawdę warto uczynić to w kinie. Nie jest to film, który zmieni komuś życie, wskaże drogę czy uwrażliwi. Nie, on po prostu sprawi, że wychodząc z kina ani przez moment nie pomyślicie, że straciliście ponad dwie godziny życia i dwadzieścia kilka złotych - niby to niewiele, a przecież tak dużo ostatnio na ekranach produkcji, po których żałuje się poświęconego czasu i wydanych pieniędzy. Idźcie zatem, bawcie się dobrze, i... poczekajcie do końca pierwszej partii napisów, aby dowiedzieć się, komu Mściciele dadzą łupnia w drugiej części.

środa, 2 maja 2012

Pamiętniki z wakacji i innych okresów w roku spędzonych z Diabolo

Tekst taki nieco ćwiczebny, coby paluchy i łeb rozruszać. Obrazki pochodzą z blizzardowych stronek, a ich autorem jest Duncan Fegredo (ten sam, który od jakiegoś czasu rysuje kolejne części "Hellboya"). Na marginesie - ciekawe, czy tytuł tego posta przyciągnie jakieś zbłąkane dusze zafascynowane modnymi ostatnio memami? No, to lecimy.


Od startu otwartej bety trzeciego "Diablo" minęły już niemal dwa tygodnie. Ludzie zdążyli ochłonąć, może nawet zapomnieć o problemach z serwerami i na powrót mogą skupić się na odliczaniu dni do 15 maja. I ja czekam. Nie na grę jednak, lecz na pierwsze recenzje, opinie, głosy pełne zachwytu, ale i zawodu. Bo "Diablo" to zjawisko, które porównać można z premierą kolejnych "Gwiezdnych Wojen". Wiem przy tym, że gry w dniu premiery nie kupię, bo nie mogę sobie pozwolić na poświęcenie jej dni wolnych, a przede wszystkim wakacyjnego urlopu. Nie zawsze jednak tak było i o tym m.in. traktuje niniejszy tekst.

"Diablo" nigdy nie było dla mnie obiektem kultu porównywalnym z drugim i trzecim "WarCraftem" czy oboma "StarCraftami". Bycie na najniższym stopniu podium blizzardowej trójcy nie przeszkodziło mu jednak zabrać mi z życiorysu masy czasu - co ciekawe, głównie w okresie wakacyjnym. Przygoda z jedynką zaczęła się od dema, które znalazłem na jakiejś płytce z niemieckiego magazynu o grach (kiedyś sprzedawano je w kioskach całymi pakietami, niby jako osobne pismo - na cedekach trafiało się dużo dobrych, starszych rzeczy, a cena była całkiem znośna). No i to demko przeszedłem kilka razy. Jak wtedy mniemałem, była to moja pierwsza przygoda z grami RPG - do czasu aż okazało się, że "Diablo" to ponoć wcale nie rolplej... Nie minęło wiele czasu i w moje ręce trafiła pełna wersja wspomnianej gry. Słyszałem wówczas, że "Diablo" da się przejść w jedną noc. Nie wątpię, ale mi zajęło to tydzień. Wyjątkowo upalny tydzień. Wakacje w pełni, temperatura w okolicach 30 stopni, a ja zabunkrowany w zaciemnionym pokoju (promienie słoneczne nie dość, że przeszkadzały w wpatrywaniu się w monitor, to dodatkowo psuły klimat). Pamiętam, że pierwszy raz przeszedłem "Diablo" łotrzycą. Potem był wojownik, a następnie wersja z "Hellfire" i ukryty barbarzyńca oraz bard. Ostatni raz w jedynkę grałem w 2008 roku (oczywiście w wakacje) - tym razem czarodziejem. Jedynie mnichem nigdy nie ukończyłem gry, a wszystko chyba przez jego plastikowy wygląd.


"Diablo 2" stało się grą kultową na długo przed swoją premierą. Dzisiaj, kiedy na kolejne produkcje (zwłaszcza te tworzone przez Blizzarda) czeka się latami, cała akcja z wielomiesięcznym oczekiwaniem na drugą część "Diablo" może wydawać się śmieszna, ale na przełomie wieków to naprawdę była najbardziej, a przy tym najdłużej, wyczekiwana gra (dorównać mógł jej tylko "Duke Nukem Forver"). W prasie jej zapowiedzi pojawiały się co kilka miesięcy i gdybym przegrzebał teraz swoją kolekcję pism o grach, to jestem pewien, że w wielu z nich znalazłoby się coś o "Diablo 2". W końcu rzeczona produkcja ujrzała światło dzienne i zaczął się szał. Kumpel w drodze do szkoły regularnie streszczał mi (i w sumie wszystkim, którzy byli w autobusie, bo głos ma donośny) swoje postępy w grze. Wówczas jakoś mnie to nie brało. Już teraz nie pamiętam, czy sprzęt miałem za słaby, czy ogólnie nie czułem potrzeby zagrania w jedną z najgłośniejszych wówczas gier (do dzisiaj mam tak z "World of WarCraft"). Owszem, sprawdziłem demko i muszę przyznać, że było całkiem przyjemne, jednak to już nie było to coś, co czułem, kiedy pierwsze raz zagrałem w poprzednią część. Dopiero kiedy pojawił się dodatek, postanowiłem spróbować. Wybór padł na druida. No i znowu wsiąkłem, tradycyjnie kosztem wakacyjnego obcowania z tzw. świeżym powietrzem. Dwójka miała to wszystko, za co gracze pokochali jedynkę, tylko jeszcze więcej i lepiej (jak to wzorcowy sequel). Najprzyjemniejsze było oczywiście kolekcjonerstwo. W jedynce obiektem pożądania były przedmioty unikatowe, w dwójce zastąpiły je komplety. Tym jednak, co mnie najbardziej urzekło i ostatecznie przekonało do "Diablo 2" był drugi akt. Lut Gholein oraz otaczająca to miasto pustynia, pełna starożytnych grobowców, to jedna z najpiękniejszych lokacji z jakimi kiedykolwiek zetknąłem się w grach. Mieszanka arabskich i staroegipskich klimatów sprawdziła się doskonale, a za prawdziwą wisienkę na torcie trzeba uznać wejścia do grobowców, jako żywo przypominające budowle w Petrze.

Należę do tych graczy, którym jednorazowe przejście gry wystarczy i jeśli już do niej wracają, to po latach. Tak było z pierwszym "Diablo", tak było też z drugim, po które ponownie sięgnąłem w 2010 roku, tym razem wybierając czarodziejkę. Oczywiście grałem w wakacje. I to w czasie, kiedy miał pojawić się drugi "StarCraft". O tym jak bardzo wciągnął mnie Pan Grozy i jego bracia, niech świadczy fakt, że "Diablo 2" kończyłem w czasie, kiedy na mej półce znajdował się już "StarCraft 2", a na stole leżał nowy laptop. Jeden, dwa dni musiały jednak jeszcze poczekać - wszak już tak niewiele pozostało mi do ostatecznej konfrontacji z Baalem.


No i teraz beta "Diablo 3". Już pierwsze obrazki były bardzo obiecujące, a sprawdzenie gry na żywca utwierdziło mnie w przekonaniu, że będzie ona godnym następcą swoich wielkich poprzedników. Oczywiście, są pewne braki, a fakt, że system walki oparto na umiejętnościach i nie mogę (lub nie potrafię) użyć broni, którą dzierżę w dłoni, naprawdę mnie wkurza. W sumie, to pograłem tylko jeden dzień (w piątek i w sobotę nie udało mi się połączyć z serwerem), a moja mysz cierpi na niedobór klawiszy, więc może da się jakoś wykonać zwyczajny cios mieczem, czy wypuścić z łuku strzałę, która nie przypominałaby kolorowej wiązki lasera... Klimatu trzeciemu "Diablo" jednak nie brakuje, a to przecież najważniejsze. Poza tym, kiedy już pograłem w betę, to przez kilka dni towarzyszyła mi spora ochota kontynuowania rozgrywki. I właśnie przez to niepokojące uczucie, które łatwo może przerodzić się w nałóg, chwilowo daruję sobie zakup pełnej gry.

Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy nie grałem w "Diablo" w multi. Pierwszy raz dopiero przy okazji otwartej bety trzeciej części i muszę przyznać, że kiedy raz spróbuje się trybu dla wielu graczy, to singiel wydaje się lekko nudnawy. No, ale tak jak wspominałem, w poprzednie części grałem dla opowieści, klimatu i przedmiotów.

Na zakończenie warto wspomnieć, że grafika nawiązująca do "Diablo" zdobi pierwszy numer "Resetu", a towarzyszy jej napis "Przebój sezonu", co doskonale może świadczyć o ówczesnej randze tej produkcji.

piątek, 16 marca 2012

Sześciokącik StarCrafta #19

Nastała wiosna i aż chce się śpiewać... No to dzisiaj będzie o piosenkach inspirowanych "StarCraftem".

 

Może osoby mniej obeznane ze światem fanowskiej twórczości się zdziwią, ale utwory tworzone ku chwale drugiego "StarCrafta" to przede wszystkim hip-hop. Doskonale tę sytuację przedstawił Konrad Hildebrand w swoim krótkim, ale bogatym w przykłady, artykule na Polygamii. Nie będę tutaj zatem powtarzał jego roboty - kliknijcie w link i sami przekonajcie się, że nawet o Zergach można fajnie rapować. Zamiast tego, w dzisiejszym kąciku przytoczę kilka utworów z hip-hopem mających niewiele wspólnego (nie licząc rapującego Husky'ego). Na początek dzieło, które idealnie trafiło w moje niewyrafinowane gusta.


Jestem autentycznie oczarowany. Piękny głos, świetny podkład (podobno to drum'n'bass - gatunek, który jakoś inaczej mi się kojarzył), no i fakt, że jest to piosenka o Sarze Kerrigan... Chyba nikogo nie dziwi, że utwór doczekał się osobnej wzmianki na battlenecie. A ja zacząłem grzebać dalej, dzięki czemu głos Veeli może umilać mi tworzenie tej notki.

Pozostańmy na chwilę przy śpiewających ładnych dziewczynach. Jedną z nich "StarCraft 2" zainspirował do napisania piosenki... hm... miłosnej. Oto rezultat:


Dobra, wystarczy tych piękności - teraz coś dla twardzieli. Parodie Justina Biebera (ponad 717 mln wejść, chyba nic się nie stanie jak mu jeszcze kilka narobię...) i Rebecci Black. Oba w wykonaniu Nerd Alert, czyli Kurta Hugo Schneidera i Husky'ego.


Chłopaki mają też w zanadrzu piosenkę miłosną. Jeśli będziecie oglądać to w towarzystwie innych, niezarażonych "StarCraftem" osób, to z pewnością nie spotkacie się z ich zrozumieniem, zatem poniższy (jakby nie patrzeć - intymny) klip najlepiej oglądać w samotności bądź grupie znajomych, którzy wiedzą chociaż co to takiego SCV.


Powyższe przykłady dowodzą, że piosenki o drugim "StarCraftcie" można też śpiewać, a nie tylko rapować. Kolejne dowody potwierdzające tę tezę można by jeszcze długo mnożyć, wygrzebując z youtuba ciągle coś nowego. Większość ze starcraftowych piosenek to oczywiście parodie znanych hitów, których słowa pozmieniano na nazwy jednostek oraz popularnych zagrań i strategii (proxy, rush etc.). Jak to zwykle bywa - wśród masy średnich i naprawdę mizernych produkcji można znaleźć kilka prawdziwych perełek, dzięki którym czas spędzony na poszukiwaniach na pewno nie będzie straconym. Wydaje mi się, że kilka z takich utworów przedstawiłem powyżej. Jeśli nie chce Wam się szukać, to na Starcraft2.net.pl Robert "Xrasnolud" Rojek stworzył krótki przegląd. Jeden z zamieszczonych w nim kawałków już podlinkowałem, resztę sprawdźcie sami (warto). Jeśli przegrzebiecie się na tym serwisie przez rzeczy otagowane jako twórczość fanów, to znajdziecie jeszcze sporo muzycznych ciekawostek. Ja tymczasem już ściągam słuchawki i - w bliżej niesprecyzowanej przyszłości - zapraszam do kolejnego Sześciokącika.

sobota, 3 marca 2012

Demo test: Rayman Origins

I znowu tekst o demie gry komputerowej. Pierwotnie planowałem skrobnąć recenzję pewnej flashówki, ale z uwagi na fakt, że odpaliwszy rano Steama odkryłem dwa nowe demka, to będzie jednak o jednym z nich. W przyszłości postaram się wrócić do pisania na inne tematy, ale aktualnie przy niczym innym nie marnuje mi się czasu równie dobrze, jak przy krótkich demach, flashówkach i tym podobnych wynalazkach. W pasjansa na szczęście jeszcze nie pykam, ale kto wie, co przyniesie przyszłość...


Demo pierwszego "Raymana" (właściwie to był to "Rayman Gold") było jedną z pierwszych gier, jakie zainstalowaliśmy z bratem na naszym pierwszym pececie. Obok "GTA" (chyba nawet z tego samego cedeka z "Gamblera") była to w owym czasie najdłużej przez nas męczona wersja demonstracyjna. Piękna grafika, pocieszny bohater i, o ile dobrze pamiętam, brak dźwięku (konfiguracja karty dźwiękowej w produkcjach pod Dosa, w pierwszych tygodniach posiadania komputera, nie była naszą mocną stroną). Kiedy już mieliśmy pełną wersję pierwszego "Raymana", to emocje nieco opadły. Owszem, nadal gra urzekała, ale to już nie było to, co dosyć wymagające poziomy z wersji demonstracyjnej, człowiek był starszy, a poza tym co chwilę pojawiały się nowe produkcje, które przyciągały jakoś bardziej niż leciwy "Rayman". Minęły kolejne lata i w moje ręce wpadła płyta z "KŚ Gry", na której zamieszczono pełną wersję "Rayman 2: The Great Escape". Znowu wsiąkłem. Niektórym platformówkom trzeci wymiar odbiera część magii, tutaj jednak nie było o tym mowy. Gra była śliczna, niesamowicie miodna, a do tego dosyć trudna (na tyle, że jest jedną z tych produkcji, które zakończyły się dla mnie w momencie, w którym dotarłem do ostatniego bossa...).

W zeszłym roku Ubisoft odświeżył legendę, wypuszczając na konsole "Rayman Origins". Jeszcze w tym miesiącu pojawi się wersja tej gry na komputery osobiste, a jej demko można sprawdzać od kilku dni. Rozgrywka powróciła do drugiego wymiaru. Poziomy to oczywiście pełne 3D, jednak postacie i model rozgrywki to klasyka, w której "w prawo" znaczy "do przodu", a "w lewo" - "do tyłu". Trochę ten zabieg przypomina ostatnie odsłony "Sonica", w których stary model rozgrywki ubrano w nowe szaty. Nie mogło też zabraknąć opcji zabawy dla wielu graczy. Tej jednak w demie nie dane mi było sprawdzić.


Omawiana wersja to trzy poziomy plus filmik pokazujący, co czeka tych, którzy zdecydują się na kontynuację przygody z Raymanem. Design leveli nie wychodzi za bardzo poza platformówkowe standardy: jest las, jest morze, jest i... coś na kształt olbrzymiego piekarnika. Każdy z nich, to jednak trochę inny typ rozgrywki. O ile w lesie najwięcej jest, typowego dla tego gatunku, skakania, o tyle w "piekarniku" zabawa przypomina klasyczne kosmiczne strzelanki, w których leci się w prawą stronę ekranu. W reszcie morski poziom to, jak łatwo się domyślić, przede wszystkim pływanie. Do dyspozycji graczy oddano cztery postacie: Raymana, Globoxa i dwa małe stworki, których imion nie pomnę. Sterowanie nie jest skomplikowane i oprócz klawiszy kierunkowych sprowadza się do tych odpowiedzialnych za skakanie, bieganie i zadawanie ciosów. Zabawa jest szybka, przyjemna i tradycyjnie dla tej serii wymagająca. "Rayman" nie należy do gier, które wybaczają nieuwagę gracza i same korygują jego ruchy. Tutaj jeden nieuważny, źle wymierzony skok może sprawić, że dany etap trzeba będzie powtarzać. "Rayman" może wydawać się grą dla dzieci, ale gdybym był ojcem raczej nie podsuwałbym jej swojej latorośli. Wiadomo jak łatwo dzieci się irytują, a zirytowane dziecko, to niebezpieczne dziecko. W "Raymanie" momentów, przy których trzeba było dłużej przysiąść nigdy nie brakowało, więc sadzajcie przy nim dzieciaki tylko na własną odpowiedzialność.

Rozgrywka jest dosyć klasyczna, zatem nowy "Rayman" musi mieć coś, co odróżni go od poprzedników. Nie licząc urozmaiconych poziomów i trybu sieciowego, tym czymś jest oczywiście oprawa. Grafika "Rayman Origins" po prostu urzeka. Obok "Prince of Persia" rocznik 2008 jest to najpiękniejsza gra w jaką, do tej pory, dane mi było zagrać w bieżącym roku. Żywe kolory, płynna animacja, a przede wszystkim dopracowanie teł i detali pierwszego planu, sprawiają, że w nowym "Raymanie" łatwo się zagapić - dosłownie i w przenośni. Doskonałej grafice w niczym nie ustępuje klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która idealnie dopasowuje się do wydarzeń rozgrywających się na ekranie.


W przeciwieństwie do opisywanego ostatnio "Shanka 2", demo "Rayman Origins" może wydawać się zabawą na jeden raz. Ja jednak z pewnością jeszcze do niego wrócę, choćby po to, żeby nacieszyć oczy pięknymi widokami. A za kilka tygodni - w przypływie nostalgii za starymi, dobrymi platformówkami - kto wie, czy nie skuszę się na pełną wersję...

sobota, 11 lutego 2012

Demo test: Shank 2

Kolejny weekend, kolejny wpis. I znowu o grze komputerowej. Obrazki pożyczyłem ze Steama i niekoniecznie przedstawiają to, co ujrzeć można w demie.


"Shank 2" to przedstawiciel nieco zapomnianego gatunku dwuwymiarowych mordobić - takie przynajmniej było moje pierwsze skojarzenie. Do gatunku, który po angielsku określa się terminem beat 'em up, dołożono jednak w tym przypadku kilka elementów (a kilka zabrano). Przede wszystkim, inaczej niż w klasykach gatunku, poruszamy się tylko na boki. Owszem, kierowana przez nas postać może skakać, kucać, czy wspinać się, ale nie może poruszać się w głąb ekranu, w związku z czym przeciwnicy mogą do nas podchodzić jedynie z dwóch kierunków. O ile pamiętam, to w większości chodzonych mordobić też zresztą karnie czekali na okazję zajścia nas od przodu bądź tyłu, miast atakować z boków (czyli ekranowej góry i dołu). Po drugie, do naszej dyspozycji oddano na stałe trzy rodzaje broni: białą, dystansową i materiały wybuchowe. Limitowane są tylko te ostatnie, pozostałych możemy używać do woli. Wreszcie kluczowa różnica, to częściowe sterowanie przy użyciu myszki, czyli rzecz we współczesnych grach normalna, jednak dla kogoś, kto kawałek życia spędził przy emulatorach automatów, spore novum. Sposób ukazania akcji i system sterowania najbliżej ma w przypadku "Shanka 2" do strzelanek w stylu "Abuse".


Grafika prezentuje się bardzo ładnie, animowane wstawki cieszą oczy, a sam tytułowy bohater nieco przypomina któregoś z bohaterów "Gekido" (chodzonej nawalanki 3D z pierwszego PlayStation). Jako, że to demo, to nie ma co pisać o fabule. Zresztą wydaj mi się, że w przypadku pełnej wersji też nie byłoby za dużo do pisania w tym temacie. Ot, jest jakieś państewko w Ameryce Łacińskiej, jest i jego zły dyktator i żołdacy tegoż. Czy muszę dodawać, że właśnie z tymi ostatnimi przyjdzie nam się zmierzyć?

W demie dostępne są dwa poziomy trudności. Już lżejszy z nich może stanowić pewne wyzwanie, zwłaszcza w momentach, kiedy ekran zalewa większa ilość przeciwników. Na końcu nie mogło zabraknąć bossa. Niestety, w demie nie dane nam będzie go pokonać, gdyż w momencie, kiedy w wyniku zadawanych ciosów zaczną mu nad głową latać gwiazdki, na ekranie pojawi się propozycja odblokowania pełnej wersji gry...


"Shank 2" to przyjemne, szybka gierka, w której czystą radość sprawia nabijanie kolejnych combosów. Na padzie nie grałem, ale wydaj mi się, że w tym przypadku to najlepszy możliwy kontroler, gdyż od ciągłego wciskania Shifta i obsługi WSAD-a palce potrafią zastygnąć w dosyć nienaturalnej pozie. Demko ma ten plus, że nie nudzi się nawet po kilku przejściach. Z pełną wersją pewnie jest tak samo, zatem jeśli potrzebujecie czegoś, co pozwoli na chwilę zapomnieć o ciężkim dniu, to ściągajcie, grajcie, kupujcie i grajcie dalej.

sobota, 4 lutego 2012

Demo test: Darkness II

Wymyśliłem sobie nowy dział: będę stukał krótkie teksty na temat krótkiego grania. Jakoś nie mam chęci (może też i czasu), aby zagłębić się w jakąkolwiek pozycję. Zamiast tego, od czasu do czasu ściągam sobie przez Steama jakieś demko i popykawszy godzinkę (góra) jestem w pełni "nagrany". Dzisiaj przeszedłem dema dwóch pozycji, w które chętnie pograłbym jednak nieco dłużej. Poniżej tekst o jednej z nich.


Z "Darkness" pierwszy raz zetknąłem się wieki temu. Było to chyba gdzieś w 1997, w przybliżeniu w ferie zimowe, a więc można przyjąć, że 15 lat temu. Kumpel zamówił sobie wówczas kserowany katalog gdańskiego sklepu, który sprowadzał komiksy zza oceanu. Wśród wielu marnej jakości reprodukcji okładek, moją uwagę przykuła jedna z napisem "The Darkness". W tym okresie miałem mocną fazę na kreskę Marca Silvestriego (wszystko przez rysunek z pierwszego tomu "Batman Black and White"). Lata minęły, "The Darkness" wypuściła Mandragora, ja nie kupiłem (akurat miałem przerwę w komiksowym hobby) i jakoś zapomniałem o okładce, serii, trochę też o Marcu Silvestrim.

O pierwszej części komputerowego "Darkness" słyszałem. Tyle. Ok, wiedziałem też, że gra jest naprawdę dobra. Kiedy pojawił się trailer dwójki, postanowiłem już nie popełniać grzechu ignorancji. W wielkim skrócie: ściągnąłem demko, przeszedłem i... chcę więcej.


Seria "The Darkness" to opowieść o młodym playboyu, który zyskuje coś, co można nazwać supermocą. Nie chodzi tutaj jednak o supersiłę, telekinezę, telepatię, latania czy jakieś "zwierzęce właściwości". Jackie Estacado, bo o nim mowa, może tworzyć z mroku różne cudeńka, co sprowadza się do tego, że zyskuje kompanów w postaci demonów. Z tego co widzę, zerkając na komiksowe okładki (wszak historii nie dane mi było przeczytać), to większość z nich wygląda jak małe, wredne gobliny. W grze ta menażeria zostaje uzupełniona o dwa krwiożercze, wężopodobne stwory. Całej sprawie uroku dodaje fakt, że Jackie jest mafijnym specem od mokrej roboty. Oryginalny pomysł, które w latach 90-tych miał być jednym z fundamentów wydawnictwa Image (w tym jego imprintu o dźwięcznej nazwie Top Cow). Ponoć jednak Garth Ennis (dla tych co niewiedzą: scenarzysta) się nie popisał i komiks mu wyszedł marny. Nie pierwszy to raz, kiedy kiepskie dzieło wyjściowe zmienia się w naprawdę smakowite danie (częściej jest jednak na odwrót).

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to oczywiście grafika. Jest mrocznie i krwawo. I to bardzo. Postacie obrysowano grubą, czarną krechą, dzięki czemu zyskują one nieco komiksowy wygląd. Animacja jest płynna, a jedyne co razi, to odrobinę toporne twarze. A może te panienki przy restauracyjnym stoliku po prostu mają taką urodę... Z uwagi na fakt, że ze swej mocy Jackie może korzystać tylko w mroku, w grze praktycznie cały czas jest ciemno. Na szczęście nie jest to ten rodzaj fpp-owego mroku, który sprawia, że trzeba nieustannie wciskać klawisz odpowiedzialny za noktowizor. Wszak to nie kolejne "Call of Duty", tylko staroszkolna strzelanka, w której rozgrywka nie polega na ostrzeliwaniu się zza przeszkód, lecz parciu do przodu i radosnym sianiu zniszczenia. W końcu to my mamy moc, a te głąby w pomarańczowych gaciach to tylko upierdliwe mięso armatnie...


Dawno nie grałem w nic, w czym tak bardzo byłoby czuć "moc" bohatera. Odnosi się wrażenie, że przeciwnicy, których za chwilę zmasakrujemy, naprawdę muszą przed nami robić w gacie (mimo, że ich okrzyki na to nie wskazują). Przykład akcji z dema: facet stoi na rusztowaniu za zdezelowanym płotem, podnosimy zatem długą rurkę i ciskamy ją w niego, ta leci kilkadziesiąt metrów i przebija oponenta. Czy wspomniałem, że tą rurkę podnosi pyszczkiem demoniczny wąż. Tenże wąż może ponadto - wraz ze swym kolegą, który sterczy z naszego drugiego ramienia - widowiskowo dusić, rozrywać i ukręcać głowy naszych wrogów. Może też wyrywać drzwi, pożerać serca (jakoś życie trzeba odnawiać) i służyć za żywy bicz. Krew leje się strumieniami, a my dobrze wiemy, kto jest tutaj naprawdę złym kolesiem. Dla tradycjonalistów (wszak to pierwszoosobowa strzelanka) zostawiono możliwość używania broni. Można sobie zatem używać demonów, strzelać, rozrywać, pożerać, obrzucać drzwiami taksówek i tak dalej.

Demo "Darkness 2" to nieduża dawka naprawdę dużej radochy. Dla miłośników fpp rzecz obowiązkowa. Można mieć obawy, że w finalnym produkcie komputerowa rzeź może się znudzić, ale nie ma co gdybać. Demko bez wątpienia warto sprawdzić.