niedziela, 26 stycznia 2014

Dust: An Elysian Tail

W poprzednim wpisie zastanawiałem się, jaka gra oczaruje mnie na początku roku. Okazał się nią tytuł, który upolowałem na wyprzedaży w The Humble Store (i znowu reklama...).


Zanim sięgnąłem po "Dust: An Elysian Tail", nieco zorientowałem się w temacie. Początkowo miałem nadzieję na porządne chodzone mordobicie z drobnymi elementami innych gatunków. Na filmikach jednak całość wyglądała jak slasher, w którym próżno szukać elementów typowych dla gier beat'em up. Do myślenia dała także klasyfikacja gatunkowa na Wikipedii: "action role-playing". Pomyślałem, że chyba jednak nie o to mi chodzi, ale postanowiłem się o tym przekonać samodzielnie. I wsiąknąłem. Grę można przejść w 12 godzin, ja jednak spędziłem z nią dużo więcej czasu, gdyż ma tyle do zaoferowania, iż szkoda by było pozostawić jakąś mapę w pełni nieodkrytą czy skarb nieodnaleziony. Już na wstępie zatem napiszę, że omawiana produkcja, to doskonały wybór na długie zimowe wieczory.


Wracają do klasyfikacji gatunkowej, to "Dust: An Elysian Tail" faktycznie jest RPG akcji, ale jest też równocześnie świetnym slasherem, a do tego klasyczną dwuwymiarową platformówką. Większość współczesnych gier akcji ma zaimplementowane elementy RPG. Poza tym sporo w nich eksploracji tych samych lokacji z nowym zestawem umiejętności, a także nabijania combosów (patrz: ostatnie gry z Batmanem w roli głównej). I omawiana gra może się w zasadzie pochwalić tym samym, z tym, że zamiast nowoczesnej trójwymiarowej grafiki twórcy (a właściwie twórca, gdyż mówimy o dziecku, którego ojcem jest przede wszystkim Dean Dodrill) postawili na stare, dobre, rysunkowe dwa wymiary i widok z boku. Do tego bohaterami opowieści uczyniono antropomorficzne zwierzęta, a całość osadzono w świecie fantasy z subtelnymi dalekowschodnimi naleciałościami. Jeśli jesteście fanami Usagiego Yojimbo, to istnieje spora szansa, że Dust też przypadnie wam do gustu.


Przygoda rozpoczyna się w momencie, kiedy tytułowy bohater budzi się i ku swemu zdziwieniu rozpoczyna konwersację z gadającym mieczem i latającym, wiewiórkowatym stworkiem. Miecz to mistyczne Ostrze Ahrah, zaś stworek to Fidget - nimbat strzegący owej tajemniczej i potężnej broni. Jak się okazuje, Dust nie ma pojęcia kim jest i jak znalazł się w miejscu swego przebudzenia. Ze wspomnianą dwójką rozpoczyna zatem wędrówkę, której cel nieustannie się zmienia, lecz my nie mamy wątpliwości, że chodzi tu o odkrycie tajemnicy, którą skrywa wojownik, a także o to, o co zwykle w takich przypadkach, czyli ocalenie świata. Może nie brzmi to zbyt orginalnie, ale sposób, w jaki zostało podane, zasługuje na najwyższe uznanie. Fabuła mimo swej wtórności wciąga na całego, kolejnych dialogów wysłuchuje się z prawdziwą przyjemnością, a emocje towarzyszące zabawie nie są tylko pochodną wstukiwania kolejnych combosów. Duża w tym zasługa doskonale dobranych aktorów, dzięki którym ma się wrażenie, że te skromnie animowane (ale pięknie narysowane) futrzaki naprawdę żyją. Doskonale wypada przede wszystkim Fidget, którego komentarze naprawdę potrafią rozbawić. "Dust: An Elysian Tail" to przede wszystkim walka i eksploracja, ale muszę się przyznać, że kiedy byłem już zmęczony kolejnymi sekwencjami ciosów, czekałem, aż pojawi się jakiś NPC, któremu będę mógł zaoferować swoją pomoc i przy okazji wysłuchać, co o całej sprawie myśli mój rudy, latający towarzysz. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo wciągnęła mnie jakaś opowieść (i to nie tylko wywodząca się z kręgu elektronicznej rozrywki).


Wspomniałem parokrotnie o combosach, gdyż to właśnie one stanowią esencję rozgrywki. Walki jest sporo, ale nie należy ona do przesadnie skomplikowanych i opiera się na tradycyjnym ciosie mieczem, "wiatraku" wykonywanym przy użyciu tegoż, a także jednej z trzech ofensywnych umiejętności Fidgeta (fireballe i pioruny). Dystansowe ataki Fidgeta można (a nawet trzeba) łączyć z machaniem w kółko Ostrzem Ahrah, przez co zyskują one niszczycielską siłę rażenia. Nie można jednak przesadzić z taką zabawą, gdyż w szale bojowym Dust przerywa kombinację, a to wiąże się z mniejszymi bonusami za walkę. Kiedy jednak umiejętnie korzysta się ze wspomnianych dwóch ciosów i ataku Fidgeta, to licznik nieprzerwanych ciosów radośnie pnie się w górę, nierzadko przekraczając liczbę 100, a niekiedy nawet 500. W skrajnych przypadkach, przy bardzo dużej cierpliwości i samozaparciu, można nabić nawet 1000 hit combo (jest to zresztą jedno z zadań pobocznych).


"Dust: An Elysian Tail" to przede wszystkim wciągająca opowieść i odprężająca walka, jednak Dean Dodrill zadbał o to, aby samo parcie przed siebie nie stało się nużące. Pojawiają się zatem nowe umiejętności i przedmioty, dzięki którym zyskuje się dostęp do ukrytych wcześniej fragmentów lokacji, ponadto w każdej z nich znaleźć można komnatę z wyzwaniem. Oprócz tego po drodze do ekwipunku głównego bohatera trafi mnóstwo monet, jedzenia, elementów zbroi, a także z pozoru nieprzydatnych przedmiotów, które pozwolą zaprzyjaźnionej pani kowal stworzyć cacka wzmacniające parametry Dusta i ataki Fidgeta. W lokacjach znajduje się są także sporo kluczy i skrzyń ze skarbami. Już samo ich szukanie daje sporo frajdy i skutecznie wydłuża rozgrywkę. Największe wyzwanie stanowią jednak postacie z innych gier indie, które poukrywane są w najtrudniej dostępnych, często nie od razu widocznych, fragmentach map. Kto dokładnie jest więziony w każdej z klatek zamkniętych na cztery kłódki, niech pozostanie tajemnicą. Zapewniam jednak, że są to same sławy i prawdopodobnie graliście w co najmniej jedną grę z którymś z tych bohaterów.


Grafika jest przepiękna, a muzyka doskonale buduje klimat i podkręca emocje. Zresztą, co wam będę pisał - zerknijcie na screeny, obejrzyjcie filmiki z gameplayem, a do tego posłuchajcie soundtracku. A najlepiej po prostu kupcie tę grę i świetnie się przy niej bawcie. Jeśli niezależne gry, wychodzące spod ręki niewielkich zespołów, kuszą was grywalnością, ale jednocześnie odrzucają oprawą, to skosztujcie "Dust: An Elysian Tail". Dwa wymiary nie muszą straszyć pikselozą, a przy tym naprawdę wolniej się starzeją. Kiedy najnowsze wysokobudżetowe hity utracą swe dawne piękno, na tę grę nadal będziecie spoglądać tak samo, jak wówczas, kiedy pierwszy raz wkroczyliście do świata zwanego Falaną.

wtorek, 31 grudnia 2013

Subiektywne podsumowanie growe A.D. 2013

Bardzo nie chcę, aby grudzień zamknął się bez wpisu. Jeszcze kilka miesięcy temu łudziłem się, że licznik postów przekroczy w 2013 liczbę 20 bez większego wysiłku. Teraz już wiem, iż jest to całkowicie nierealne, zatem chociaż do siedemnastki spróbuję dobić. Post pisany na szybciora (ech, te nieszczęsne powtórzenia), obrazki dodawane też, więc proszę o wyrozumiałość. Jako, że od dwóch lat ostatni dzień roku kojarzy się w internetach z pewną okazjonalną sondą uliczną i celną ripostą pana w kapturze, tak też dzisiaj będzie o jednym: graniu w grę (tzn. gry).


W ciągu mijających 365 dni naprawdę sporo się nagrałem. Właściwie to pod kątem godzin spędzonych przy tzw. elektronicznej rozrywce nie miałem podobnego okresu co najmniej od dekady. Dla wyjadaczy te kilka tytułów, które wymienię poniżej, pewnie nie będą niczym nadzwyczajnym, lecz dla mnie każdy z nich oznaczał od kilku do kilkudziesięciu godzin konkretnej zabawy, co ostatecznie przełożyło się na wynik liczony w setkach godzin. Niesłychane marnotrawstwo czasu, który mogłem przeznaczyć na czytanie komiksów lub zrobienie czegokolwiek w kierunku reanimacji mojej "kariery naukowej"...

Pierwszy tydzień 2013 upłynął mi pod znakiem "Castle Crashers". Genialna produkcja, która przywraca wiarę w gatunek chodzonych mordobić. Piękna, dwuwymiarowa grafika, która nigdy się nie zestarzeje, klimatyczna muzyka, a nade wszystko hektolitry miodu wylewające się z ekranu. I mimo, że etapy z kosmitami nieco psują baśniowy nastrój całości, to i tak uważam, iż od czasów capcomowskich "Dungeons & Dragons" nie było równie dobrego beat'em up w klimatach fantasy (w "Guardian Heroes" niestety nie dane mi było zagrać).

Kolejna produkcja, która przykuła mnie na dłużej do komputera, to "Darksiders". Kupiony za grosze w Humble Bundle urzekł mnie przede wszystkim świetnym klimatem i bardzo przyjemnym systemem walki. Jako peceteowie nie miałem zbytniej styczności z "God of War" i jego klonami, więc opowieść o jednym z Jeźdźców Apokalipsy pokazała mi jak wyglądają współczesne gry akcji. Od czasów "Prince of Persia" nie bawiłem się równie dobrze przy innej grze tego typu (właściwie to nie pamiętam, czy w ogóle w takową grałem). Z rozpędu w weekendowej odsłonie Humble Bundle (chyba nigdy nie przestanę reklamować tej rewelacyjnej inicjatywy) kupiłem sobie drugą cześć "Darksiders" (i przy okazji ponownie pierwszą, gdyż były w jednej paczce), która cały czas czeka na swój czas.


Później przyszedł czas "StarCraft II: Heart of the Swarm". Jedna z najdłużej ogrywanych przeze mnie w tym roku produkcji, aczkolwiek po zrobieniu wszystkiego, co byłem w stanie, odłożyłem ją i jakoś nie mogę się pozbierać, żeby wrócić. Coś mi mówi, że moja przygoda z drugim "StarCraftem" będzie kontynuowana już przy okazji kolejnego dodatku. Przy "Sercu Roju" bawiłem się jednak przednio i nie popsuł tego nawet fakt, że fabuła nieco kuleje i nie śledzi się jej już z takimi wypiekami na twarzy, jak miało to miejsce w przypadku poprzedniczek (zwłaszcza pierwszej części "StarCrafta").

Pod maratonach z "Darksiders" i "StarCraft II: Heart of the Swarm" musiałem odpocząć przy czymś mniejszym. Idealnym rozwiązaniem okazał się "Shatter". Przepiękna wariacja na temat klasyka pt. "Breakout" (ew. "Arkanoida") olśniła mnie nie tylko oprawą, ale też ścieżką dźwiękową, która została ze mną jeszcze długo po skończeniu samej gry. Z "Shatter" bawiłem się tylko kilka godzin, ale bez wahania zaliczam ten czas do jednego z przyjemniej spędzonych przed komputerem w mijającym roku.

"Serius Sam HD: The First Encounter". Zaczęło się od dema kontynuacji tej gry i kiedy tylko pojawiła się stosowna paczka Humble Bundle, nie mogłem odmówić sobie zakupu. Ostatecznie zatrzymałem się na jedynce, ale kolejne części pewnie kiedyś sprawdzę. Świetna, oldskulowa zabawa w zabijanie kolejnych hord przeciwników. Do tego całkiem fajny klimat starożytnego Egiptu. Co ciekawe, kiedy lata temu grałem w demo tej gry, jeszcze w klasycznej wersji (bez HD), to wcale do mnie ono nie przemawiało. No, ale to był czas "Half-Life", a na horyzoncie majaczył już "Medal of Honor: Allied Assault", więc jakoś mnie ten powrót do przeszłości (dosłownie i w przenośni) nie był wówczas w stanie zachwycić.


W wakacje, podobnie jak w poprzednich latach, sięgnąłem po "Call of Duty". Tym razem wybór padł na "Modern Warfare 2". Cóż mogę napisać o tej grze? Głośny hit, kontrowersyjna misja na lotnisku i ogólnie krótka kampania. Co by nie pisać, to grało się świetnie. Nieustanna akcja, adrenalina, taka sobie fabuła (pierwsza część "Modern Warfare" była jednak czymś nowym i... miała wybuch bomby atomowej), różnorodne misje, piękna grafika (ach śnieżne scenerie). Naprawdę chciałoby się więcej, gdyż to kampania jest dla mnie zawsze najważniejszą częścią gry i zazwyczaj z końcem tejże kończy się dla mnie również przygoda z danym tytułem (po sieci grywam niezwykle rzadko). I chociaż w "MW 2" skosztowałem również innych trybów gry, to już nie były one w stanie mnie zaabsorbować równie mocno, co przygody "Soapa", "Roacha" i reszty.

"Mirror's Edge". Jedno z największych odkryć roku. Znaczy słyszałem o tej grze już dawno temu, ale dopiero po osobistym sprawdzeniu, o co chodzi z tą całą "platformówką FPP", przekonałem się, że ten pomysł naprawdę działa. Ba, nie tylko działa, ale też wygląda. Mam nadzieję, że nowa odsłona tego tytułu nie zniszczy jego legendy (w końcu gra ma już pięć lat, więc tego typu określenie jest jak najbardziej do przyjęcia).

Po przygodach z pierwszej perspektywu postanowiłem zasiąść za wirtualnym kółkiem. Szybki rzut oka na steamową bibliotekę uświadomił mi, że mam tylko jeden tego rodzaju tytuł - "Burnout Paradise". Wiele godzin jeżdżenie po tej samej okolicy jakimś cudem nie było mnie w stanie znudzić. Bardzo przyjemny tytuł dla każdego wielbiciela nie tylko ścigania się, ale też uciekania, demolowania czy robienia samochodem rozmaitych tricków. Co prawda szkoda, że samochody są w tej grze fikcyjne, lecz fani czterech kółek nie powinni mieć problemów ze wskazaniem ich rzeczywistych pierwowzorów.


I na koniec dwie gry, które w tym roku skradły me serce. "Batman: Arkham Asylum" i "Batman: Arkham City". Pierwsza z nich okazała się objawieniem, które sprawiło, że na nowo zainteresowałem się postacią Mrocznego Rycerza. Doskonała fabuła, niesamowity klimat, intuicyjny system walki, a do tego te wszystkie zagadki, które skutecznie wydłużają rozgrywkę. Jeśli przy "Arkham Asylum" spędziłem naprawdę wiele godzin, to granie w jej kontynuację otarło się wręcz o nałóg. Ogromny obszar gry początkowo mnie onieśmielił i nigdy nie spodziewałbym się, że tytułowe Arkham City będę przemierzał aż tyle razy, w poszukiwaniu rozwiązania wszystkich zagadek i misji pobocznych. Jeśli miałbym wskazać moją prywatną grę roku (oczywiście nie patrząc na datę wydania, lecz rok, w którym w nią grałem), to tytuł ten bez wątpienia powędrowałby do "Batman: Arkham City".

Więcej tytułów aktualnie nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Znaczy kilka pamiętam, ale to właśnie pozycje wyszczególnione powyżej dostarczyły mi w 2013 najwięcej frajdy. W inne produkcje grałem zbyt krótko lub mnie po prostu rozczarowywały. W gronie krócej ogrywanych, ale wartych uwagi tytułów, na pewno warto wymienić "BIT.TRIP RUNNER", "Dustforce" czy demo "Rayman Legends". A zawody? Chyba głównie "Superfrog HD", czyli doskonały przykład, dlaczego czasami nie warto czegoś na siłę upiększać. W moim odczuciu pierwotna odsłona tej gry była fajniejsza. Bo cóż z tego, że podrasowano grafikę, skoro postać tytułowej żaby nie ma już dawnego uroku, a poziomy są wręcz banalne?


A po co sięgnę w nowym roku? Aktualnie gram w "The Lord of the Rings: War in the North" i muszę przyznać, że mimo, iż nie ma się czym zachwycać, to jednak ta pradukcja ma w sobie to coś, co sprawia, że nie tak łatwo ją odstawić. Muszę też w końcu sprawdzić "Street Fighter X Tekken", którego kilka tygodni temu upolowałem w Biedronce. Znając jednak życie, po drodze trafi się jeszcze jakiś inny tytuł, który przykuje mnie do monitora w pierwszych dniach lub tygodniach nadchodzącego roku. I właśnie takich niespodziewanych growych odkryć (również wśród starszych tytułów lub wręcz klasyków) życzę Wam, drodzy czytelnicy, w 2014 roku.

środa, 13 listopada 2013

Wyścig

Pora odkurzyć tego bloga. Okazja ku temu trafiła się doskonała, gdyż wczoraj byłem na jednym z najlepszych filmów, jakie dane było mi zobaczyć w bieżącym roku. Zapraszam zatem do lektury.


"Wyścig" to historia rywalizacji dwójki kierowców Formuły 1: Nikiego Laudy i Jamesa Hunta. Większa część akcji tego obrazu rozgrywa się podczas sezonu 1976, kiedy to wspomniany konflikt osiągnął swój punkt kulminacyjny, a kilka Grand Prix na zawsze zapisało się w historii sportów motorowych. Film otwiera scena, w której kierowcy szykują się do startu na niemieckim torze Nürburgring. Wszyscy, którzy chociaż trochę interesują się Formułą 1, wiedzą jakie wydarzenie miało miejsce na tym torze w rzeczonym roku (innym nie będę psuł seansu, chociaż jeśli widzieli trailer, to wiedzą, czego się spodziewać). Wydarzenie z Niemiec, czwarte miejsce Laudy na włoskiej Monzie, w reszcie ostatni wyścig sezonu w Japonii, to najwspanialsze momentu tego filmu, które ogląda się z zapartym tchem i emocjami, które porównać wręcz można ze śledzeniem przedstawionych wydarzeń na żywo.

"Wyścig" to jednak nie tylko zdarzenia z roku 1976. W filmie przedstawiona została historia wyścigowej znajomości Hunta i Laudy od czasów ich startów w Formule 3. Poza tym sporo miejsca poświęcono prywatnemu życiu obu kierowców, a zabieg z obsadzeniem ich w roli narratorów wprowadzających w fabułę był tyleż prosty, co trafiony. To dzięki scenom, które przenoszą akcję poza tor i boksy najlepiej widać, jak różnymi osobami są główni bohaterowie tego obrazu. Hunt to wieczny chłopiec, hulaka, który czerpie z życia pełnymi garściami i nie waha się podejmować ryzyka. Lauda to chodzący perfekcjonista, który swoją szczerością nie przysparza sobie przyjaciół. Ich sposób bycia jest diametralnie różny, inaczej przy tym tłumaczą swoje wyścigowe ambicje, ale tak naprawdę cel mają ten sam - zwycięstwo. Twórcom filmu udało się uniknąć, tak częstego w obrazach traktujących o rywalizacji, podziału na dobrego i złego bohatera. Tutaj nie ma postaci czarnych i białych, są za to doskonali kierowcy, którzy, jak wszyscy ludzie, mają swoje wady i zalety. Hunt jest przy tym bohaterem dużo bardziej romantycznym, który w innym filmie tradycyjnie zdobyłby sympatię widzów. Z drugiej strony to Lauda jest modelowym przykładem niesamowitej woli życia, która pozwala człowiekowi podnieść się po największym upadku i wrócić na szczyt.


Muzyka Hansa Zimmera wgniata w fotel i wraz z rykiem silników, sprawia, że człowiek jeszcze bardziej docenia kinowe nagłośnienie i ogrom jego przewagi nad niewielkimi głośniczkami podpiętymi do laptopa. Jeśli chodzi o zdjęcia, to warto trzymać kciuki za Oscara dla Anthony'ego Dod Mantle'a, bo to, co widzimy na ekranie, w pełni zasługuje na tę nagrodę. Niby ujęć z toru nie ma wcale tak dużo (większość wspomnianego sezonu 1976 streszczono przy pomocy pojedynczych ujęć okraszonych nazwą Grand Prix i kolejnością na podium), ale kiedy już pojawia się konkrety, dłuższy fragment wyścigu, to wrażenia są niesamowite. Wydarzenia z Niemiec, deszczowe fragmenty z Japonii, a zwłaszcza niesamowity jazda Laudy we Włoszech - wszystko wspaniale pokazane (ujęcia tuż nad jezdnią i "przeloty" przez silniki bolidów). Widzowie zrażeni relacjami telewizyjnymi, którzy uważają, że F1 to nic więcej, jak jazda w kółko, podczas której czasami ktoś kogoś wyprzedzi, lecz poza tym niewiele się dzieje, powinni zobaczyć "Wyścig". Kamera Mantle'a pomoże im dostrzec piękno tego sportu.

Jeśli chodzi o aktorów, to Chris Hemsworth i Daniel Brühl nie tylko wiarygodnie odtwarzają Hunt i Laudę, ale także - co rzadkie w tego typu obrazach - są również naprawdę podobni do swoich postaci. Ozdobą filmu są panie grające żony głównych bohaterów, czyli Olivia Wilde i Alexandra Maria Lara. Zwłaszcza ta druga, której jest w filmie zdecydowanie więcej, doskonale wypada w roli kobiety, dla której taki perfekcjonista jak Lauda potrafi w pewnym momencie odpuścić. Zresztą taka postawa nie dziwi po słowach, które Austriak wypowiada do swej świeżo poślubionej małżonki podczas miesiąca miodowego: "Szczęście to twój największy wróg. Osłabia Cię. Zasiewa wątpliwości w Twoim umyśle. Nagle masz coś do stracenia." Historia pokazała, że mimo tych obaw, Laudę stać było jeszcze na niejedno mistrzostwo w Formule 1.


"Wyścig" to film, dla którego warto iść do kina. Nie jest to ani przesycony komputerowymi animacjami blockbuster, ani skomplikowany dramat. To po prostu idealna produkcja środka, która pod atrakcyjną (ale nie krzykliwą i przytłaczającą) oprawą potrafi przemycić kilka trafnych spostrzeżeń na temat ludzkiej natury. Na tle innych produkcji opowiadających o rywalizacji może pochwalić się tym niezaprzeczalnym atutem, że nie skupia się na jednym bohaterze, drugiego sprowadzając do roli oponenta. Może na plakatach Hunt stoi zawsze z przodu, może gdyby twórcy pociągnęli historię dalej wyszłoby na jaw, że Lauda zdziałał w F1 zdecydowanie więcej, ale o faworyzowaniu Anglika nie może być mowy. Hunt po prostu musi być z przodu, bo to on bardziej błyszczał w mediach. Tak samo fabuła musiała się skupić na roku 1976, bo inaczej nie byłaby tak spójną i porywającą opowieścią o rywalizacji.

Dobrze, że ktoś przypomniał ten fascynujący konflikt i tę piękną epokę w dziejach sportów motorowych. Jeszcze lepiej, że zrobił to kręcąc tak dobry film.

środa, 16 października 2013

Gargantia on the Verdurous Planet

Dzisiaj znowu tekst o anime. Chyba trzeba będzie w końcu pójść do kina, coby jakiś film aktorski obejrzeć... Korzystając z okazji zapraszam na mój świeży blog, który właśnie założyłem na Polygamii. W zamierzeniu będę tam wrzucał tylko teksty dotyczące w jakimś stopniu starych pism o grach. Zobaczymy jednak, jak to wyjdzie w praniu. Znajdziecie go pod tym adresem. Anime, gry, filmy, komiksy i cała reszta raczej zostaną tutaj. A teraz już zapraszam do lektury.


„Gargantia on the Verdurous Planet” to, co prawda, seria nie tak głośna jak opisywany poprzednio „Atack on Titan”, jednak spokojnie zaliczyć ją można do najlepszych anime, jakie zaliczyły swój debiut nie tylko w bieżącym roku, ale w ogóle w ostatnich latach. O ile bowiem przy opowieści o Tytanach, murach i żołnierzach unoszących się ponad dachami malowniczych kamienic, zdecydowanie łatwiej było sprostać oczekiwaniom grupy widzów, którą najprościej określić jako shōnen (czyli chłopcy, niech będzie, że także ci niekoniecznie nastoletni), o tyle historia kosmicznego pilota, który trafia na zalaną wodą Ziemię, ma w sobie nieco mniej elementów, które przyciągnąć mogą odbiorcę ze wspomnianej grupy. Paradoks polega na tym, że obfitych kobiecych piersi jest tu jednak pod dostatkiem...

Początek pierwszego odcinka to typowa space opera. Na ekranie pojawia się więc wielka kosmiczna flota, która zmierza ku ostatecznej konfrontacji z przypominającymi bezkręgowce obcymi. Główny bohater opowieści, Ledo, to młody żołnierz, którego jedynym życiowym celem jest walka. Jeśli wykaże się w boju może liczyć na uzyskanie praw obywatelskich, co z kolei wiąże się z pozwoleniem osiedlenia się na wydzielonej kosmicznej enklawie, gdzie życie płynie słodko i przyjemnie, a o walkę troszczą się podobni głównemu bohaterowi wojacy. Sęk w tym, że Ledo nie zna innego życia, więc też za bardzo nie tęskni do obiecywanej arkadii. Rozpoczyna się walka, tradycyjnie coś idzie nie tak i bohater wraz ze swym pojazdem (robotem, tudzież pancerzem bojowym, nazywanym Chamber) trafia na zalaną wodą planetę, która okazuje się być miejscem, z którego pochodzi cały ludzki gatunek. Społeczeństwo zamieszkujące Ziemię jest dla przybysza prymitywne, przez co nie potrafi odnaleźć się on w nowych realiach. Powoli uczy się jednak, jak być człowiekiem – w takim staroświeckim, archaicznym stylu. Dla Ledo bowiem takie samo niepojęte novum stanowi czas wolny, jak i przyjaźń.

Tytułowa Gargantia to ogromna flota złożona z połączonych okrętów, na którą po wyłowieniu z morza trafia protagonista. Tutaj poznaje pozostałych bohaterów opowieści, przede wszystkim Amy, która stanie się dla niego przewodnikiem po nieznanym świecie. Oczywiście z czasem ich przyjaźń przerodzi się w coś więcej, ale na szczęście obejdzie się przy tym bez nachalnie poprowadzonego wątku miłosnego, który mógłby zdominować całą opowieść. „Gargantia on the Verdurous Planet” to historia obcego, który trafia do miejsca, którego początkowo nie jest w stanie pojąć, a rządzące nim prawa wydają mu się nielogiczne. Z czasem jednak odkrywa istotę tego świata, a przez to odnajduje także sens własnego istnienia. A wszystko to pokazane bez silenia się na filozofowanie. Widz po prostu odkrywa i ogląda życie na Gargantii oczyma Ledo. Należy przy tym podkreślić, że pomimo faktu, że jest to opowieść science-fiction, to wpleciono w nią mnóstwo elementów typowych dla historii obyczajowych, czy - jak częściej tego typu fabuły bywają nazywane wśród fanów mangi i anime - „okruchów życia”.

Podziwiając kolorowy, słoneczny świat opowieści i patrząc na Amy unoszącą się nad Gargantią na lotni, momentalnie nasuwają się skojarzenia ze starszymi dziełami mistrza Miyazakiego, takimi jak „Nausicaä z Doliny Wiatru”, „Laputa - zamek w chmurach” czy nawet „Podniebna poczta Kiki”. Ale omawiana historia nie jest tak baśniowa, jak produkcje studia Ghibli. No i ten wszechobecny fanserwis (niezorientowanym polecam wygooglać ów termin), którego źródłem są tutaj trzy postacie kobiece: Ridget (oficer bardzo wysoko stojąca w hierarchii floty), Bellows (czerwonowłosa poszukiwacza skarbów, od pierwszego momentu nasuwająca skojarzenia z Yoko z „Tengen Toppa Gurren Lagann”) oraz Saaya (obficie obdarzona przez naturę koleżanka Amy). Wstawki te jednak nie irytują, wręcz przeciwnie – są kolejnym dowodem na gatunkową różnorodność omawianego anime.

„Gargantia on the Verdurous Planet” to produkcja, którą doskonale się ogląda. I to nie tylko ze względu na spójną, zamkniętą opowieść, która, mimo iż rozłożona na 13 odcinków, to prowadzona jest spokojnym, niespiesznym tempem. To anime po prostu wygląda przepięknie. Bogata, żywa paleta barw, świetna jakość animacji – od strony technicznej nie można chcieć niczego więcej. Od strony fabularnej zresztą też nie. Może i zdradziłem nieco informacji na temat samej historii, ale zapewniam, że nie wyczerpują one tematu i z czasem pojawi się pewna wielka tajemnica, która będzie ostatecznym czynnikiem zmieniającym nastawienie Ledo. Dobrze, nie przeciągając już: bardzo dobre anime, które mówi więcej o człowieku niż niejeden ambitny film. Zapewniam, że żadna minuta, którą poświęcicie na wizytę na Gargantii, nie będzie stracona.

niedziela, 29 września 2013

Attack on Titan

Wrzesień dobiega końca, a naprawdę nie chciałem zostawiać tego miesiąca bez wpisu. Dzisiaj o bardzo świeżej serii anime, która do finału dobiła wczoraj, pozostawiając ogromny apetyt na ciąg dalszy.


Akcja "Attack on Titan" rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której niedobitki ludzi żyją na terenach ogrodzonych trzema gigantycznymi murami. Konstrukcje te mają ich chronić przed zewnętrznym zagrożeniem w postaci tytułowych Tytanów - gigantycznych, humanoidalnych stworzeń, które żywią się ludźmi (można założyć, że także innymi stworzeniami, ale w serialu widz jest raczony tylko scenami, w których konsumowani się przedstawiciele ludzkiego gatunku). Mury wydają się wystarczającym zabezpieczeniem aż do czasu, kiedy pojawiają się inteligentni Tytani, z których jeden ma ponadprzeciętne rozmiary, a drugi opancerzone ciało. Udaje im się rozbić pierwszy z murów, w wyniku czego ginie wiele osób, a bezpieczne terytorium ulega znacznemu skurczeniu. W tych okolicznościach poznajemy trójkę głównych bohaterów: Erena, Mikasę i Armina. Twórcy serii skorzystali w ich przypadku z typowego klucza, przez co grający pierwsze skrzypce Eren to porywczy, pałający niegasnącą rządzą zemsty typek, któremu pisana jest rola wybrańca, Mikasa to opanowana żywa maszyna do zabijania, a Armin typ słabego inteligenta. Początkowo bohaterowie są dziećmi, jednak po odcinkach wprowadzających akcja przeskakuje do przodu o kilka lat i przeżywszy trudy wojskowego szkolenia wspomniana trójka może zająć się wyżynaniem Tytanów.

Bardzo dobrze prezentuje się świat przedstawiony. Zabudowania, stroje, a także poziom techniki nasuwają skojarzenie z dziewiętnastowieczną Europą. Dorożki, brukowane ulice, kamienice pokryte czerwoną dachówką oraz budynki z pruskiego muru - te i inne elementy świetnie pasują do przedstawionej historii. Klimatu rodem z innej epoki nie psuje na szczęście nowoczesny sprzęt, którym posługują się oddziały walczące z Tytanami. Wymyślne urządzenia wystrzeliwujące linki z hakami służą do wykonywania tzw. trójwymiarowego manewru, czyli po prostu swobodnego przemieszczania się ponad miejskimi uliczkami. Uzupełnienie wojskowego wyposażenia stanowią "magazynki" z wymiennymi ostrzami. Te ostatnie bowiem szybko się tępią, a tylko przy ich pomocy można przecinać Tytanom ścięgna czy ich czuły punkt, który znajduje się na karku. Sami Tytani mają co prawda ludzki, ale jednocześnie bardzo groteskowy wygląd. Pomyślcie tylko: karykatury nie tylko mężczyzn, ale również kobiet, starców, a nawet dzieci, atakujące miasto i pożerające jego mieszkańców. W temacie designu wielkich potworów "Attack on Titan" wprowadza nową jakość.


Jeśli chodzi o fabułę, to muszę przyznać, że początkowo niczym mnie ona nie zaskoczyła. Ot, kolejna militarna opowieść o walce z najeźdźcą. Kiedy pojawiły się odcinki o szkoleniu, to byłem wręcz pewien, że mam do czynienia z kolejną kalką "Żołnierzy kosmosu" dla niepoznaki ubraną w retro szaty. Do tego ten irytujący główny bohater, po którym można się spodziewać, że przez swoją chęć zemsty będzie wiecznie sprzeciwiał się dowódcom i narażał życie kolegów. Na szczęście wszystko nieźle się rozkręca i mimo, że za bardzo nie wychodzi poza standardy typowej żołnierskiej opowieści, to sprawia, że każdy kolejny odcinek ogląda się z ogromnym zainteresowaniem. Akcja przyśpiesza wyraźniej w drugiej połowie serii, kiedy Eren i jego towarzysze dołączają do oddziału zwiadowców. I mimo, że dla kogoś, kto "Attack on Titan" oglądał tydzień po tygodniu, kolejne odcinki mogły wydawać się rozwleczone, tak dla mnie rozciąganie starć na kilka epizodów nie stanowiło większej wady, gdyż całość serialu wchłonąłem dopiero w bieżącym miesiącu.

Grafika i animacja prezentują się bardzo dobrze, jednak początkowo denerwuje fakt, ze twórcy idą na łatwiznę i często korzystają ze statecznych obrazków, przez co serial traci na dynamice. Do tej niedogodności można się jednak przyzwyczaić, zwłaszcza, że jeśli już w którymś momencie animatorzy postanawiają się wysilić, to efekt ich pracy dosłownie zwala z nóg. Wrażenia estetyczne potęguje świetna ścieżka dźwiękowa oraz po dwa warianty openingów i endingów, które są jednymi z lepszych, jakie ostatnio widziałem w anime. Naprawdę niewiele jest rzeczy o natężeniu patosu porównywalnym z chóralnymi, skandowanymi pieśniami, w które zgrabnie wpleciono niemieckojęzyczne sentencje. Jestem pewien, że muzyka z pierwszego z filmików otwierających jeszcze długo będzie się kołatać w mojej głowie...


"Attack on Titan" nie od razu mnie urzekł. Mało tego, dziwiły mnie pochlebne opinie na jego temat, na które trafiałem w sieci. W końcu jednak i ja uległem magii tego tytułu. Co stanowi o jego sile? Przede wszystkim klimat opowieści i - paradoksalnie - jej niewielkie skomplikowanie. Po prostu można skupić się na seansie, bez jakichkolwiek rozkmin nad kolejnymi scenami. "Attack on Titan" to obraz brutalny, ale efektowny, w którym brak głębszych prawd, a powtarzane w kółko hasła typu "aby pokonać potwory, sam musisz stać się potworem", trzeba przyjmować jako zło konieczne i cieszyć się kolejnymi walkami i towarzyszącej im demolce. Do tego dodać należy archetypicznych bohaterów i już ma się przepis na hit. A sądząc choćby po ilości wyników, które pojawiają się po wstukaniu w google tytułu tego anime, to odniosło ono naprawdę ogromny sukces. Ponadto coś mi mówi, że jeśli kiedyś Japończycy zrealizują plany posiadania armii z prawdziwego zdarzenia, to "Attack on Titan" będzie dla nich wymarzonym filmem werbunkowym. Jakoś tylko będą musieli wytłumaczyć kadetom, że w skład ich wyposażenia nie wejdzie sprzęt do trójwymiarowego manewru.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Mirror's Edge

Za poniższy tekst zabierałem się dobry tydzień i wreszcie się udało. Grę, o której w nim mowa, możecie jeszcze przez niecałą dobę kupić w Humble Origin Bundle. Za jednego dolca aż żal nie skorzystać.


Dawno żadna gra nie urzekła mnie równie mocno, co "Mirror's Edge". Każdy aspekt tej produkcji sprawia, iż człowiek na nowo zaczyna wierzyć, że świeże i piękne rzeczy są tworzone nie tylko przez niezależnych twórców, ale też spore ekipy, których dzieła wydają giganci pokroju Electronic Arts. Tyle tytułem wstępu. Pora podeprzeć powyższe zachwyty jakąś konkretniejszą argumentacją.

"Mirror's Edge" to gra, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. W gigantycznej betonowej dżungli pojawili się wówczas Sprinterzy - elitarni kurierzy, na których z zazdrością mogą spoglądać współcześni spece od parkouru. Gracz wciela się w Sprinterkę o imieniu Faith. Bez zbytniego zagłębiania się w fabułę, wystarczy wspomnieć, że wmiesza się ona w aferę zahaczającą o najwyższe szczeble władzy. Wszystko aby pomóc siostrze niesłusznie oskarżonej o morderstwo. Opowieść stara się zaskakiwać gracza, ale podobny schemat zdrad i nieoczekiwanych sojuszy pojawiał się już w masie innych produkcji, w których jednostka stawała przeciw systemowi. Trzeba przyznać, że nieco na siłę zamotana fabuła mimo wszystko nie najgorzej tłumaczy nieustanne ganianie po dachach i wnętrzach wieżowców. Animowane przerywniki, które jakością wykonania niestety nie zachwycają, też niezgorzej urozmaicają rozgrywkę. I nawet ich średni poziom da się z czasem przełknąć, coraz bardziej doceniając fakt, że są jeszcze twórcy, którzy wysilają się na animacje nie stworzone na silniku gry.


Za to grafika w samej grze po prostu zachwyca. Wszystko dzięki wszechobecnemu światłu. Należy bowiem wiedzieć, że tak jak większość innych gier FPP skąpanych jest w mrokach, tak "Mirror's Edge" utrzymane zostało w jasnej palecie barw. Dominuje biel. Białe są wieżowce i białe jest całe miasto. Nawet zaułki, szyby wentylacyjne czy metro nie potrafią tego zmienić. Gdzieniegdzie spacerują sobie szczury, ale wyglądają one niczym wyjęte z innej bajki i nijak nie przystają do czystego, ascetycznego miasta, w którym zawsze panuje piękna pogoda, a detale architektoniczne pomalowane są przy użyciu ciepłych, żywych kolorów. "Mirror's Edge" naprawdę dostarcza mnóstwa wrażeń estetycznych. Przyjemność obcowania z tą grą zwiększa doskonała ścieżka dźwiękowa. Dynamiczne, ambientowe dźwięki idealnie pasują do futurystycznego miasta biurowców. No i jest jeszcze piosenka "Still Alive", w wykonaniu Lisy Miskovsky, która spokojnie mogłaby żyć własnym, radiowym życiem.


O podstawowym elemencie każdej gry, czyli rozgrywce, wypadało wspomnieć na początku tego tekstu, ale oprawa "Mirror's Edge" robi tak piorunujące wrażenie, że wpierw się tę produkcję podziwia, a dopiero potem w nią gra. Najprościej omawianą grę określić terminem "platformówka FPP". W każdym etapie chodzi o to, o co w większości gier: aby dotrzeć z punktu A do punktu B. Problem stanowią jednak nie przeciwnicy, lecz sama trasa. Trzeba nieco się natrudzić, aby znaleźć odpowiednią drogę. Zazwyczaj wszystko sprowadza się do metody prób i błędów. Jeśli biorąc rozbieg i skacząc z krawędzi dachu za żadne skarby nie da się przeskoczyć na inny budynek, to oznacza to, że gdzieś musi być gzyms, rura bądź inny element, który pomoże nam osiągnąć cel. "Mirror's Edge" pod względem rozgrywki najbardziej przypomina "Prince of Persia: Piaski Czasu" (i siłą rzeczy również wszystkich naśladowców tejże), z tą jednak różnicą, że widok z trzeciej osoby zamieniony został na perspektywę pierwszoosobową. Aby nieco ułatwić zabawę twórcy wprowadzili też "drogowskazy" w postaci podświetlanych na czerwono elementów otoczenia, z których może skorzystać Faith - od desek do żurawi budowlanych. Dzięki temu rozgrywka pozostaje wymagająca, ale nie irytuje. Walka jest tu tylko dodatkiem, który urozmaica zabawę. Mimo to potyczki zostały dopracowane, a Faith nie tylko potrafi przyłożyć z pięści czy powalić przeciwnika wślizgiem, ale też przejąć broń oponenta i zrobić z niej właściwy użytek.

 

Czy "Mirror's Edge" to gra idealna? Niestety nie. O średniej fabule już wspominałem. Oprócz niej do minusów zaliczyć należy długość zabawy. Na YouTube można znaleźć filmik, w którym pokazane zostało przejście gry w godzinę. Oczywiście da się to zrobić tylko jeśli każdy poziom zaliczy się za pierwszym podejściem, bez najmniejszych potknięć. W normalnych warunkach dziewięć leveli da się spokojnie pokonać w kilka godzin, w związku z czym omawiana produkcja jest idealną grą na weekend. Po przejściu trybu fabularnego pozostaje jeszcze Gonitwa i Wyścig z czasem, ale mnie osobiście nie kręci śrubowanie kolejnych rekordów. Cóż, "Mirror's Edge" to zabawa krótka, acz intensywna.

Niedawno zapowiedziano kontynuację "Mirror's Edge". Z uwagi na fakt, że końcówka pierwszej części sugeruje, iż wszystko, czego doświadczył gracz wraz z Faith, to w istocie dopiero początek, chciałoby się rzec - lepiej późno niż wcale. Niestety, nowe "Mirror's Edge" skupi się na początkach działalności Faith jako Sprinterki. Jej późniejsze losy pozostaną w dalszym ciągu tajemnicą. Po kilkuletniej przerwie twórcy postanowili zarzucić pomysł z trylogią i dosłownie zacząć od początku. Jeśli tylko nowa gra dorówna swej poprzedniczce, to szykuje się kawał efektownej zabawy. Grafika z pewnością niejedną osobę rzuci na kolana. W oczekiwaniu na kolejny szok estetyczny warto jednak sprawdzić pierwsze "Mirror's Edge", bo to nadal doskonała i śliczna produkcja, która - mimo względnie krótkiego czasu gry - na długo pozostaje w pamięci.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Wolverine

Trzydzieści stopni Celsjusza to nie jest temperatura, w której komfortowo się pisze, niemniej mam nadzieję, że poniższy tekst okaże się w miarę strawną lekturą. Fikuśny animowany plakat, który widzicie poniżej, znaleźć można na oficjalnej stronie filmu.


Poprzedni film o najpopularniejszym z X-Menów był na tyle słaby, że z góry można było założyć, iż omawiany obraz będzie produkcją lepszą. I faktycznie, jest lepszy, aczkolwiek sporo zabrakło, aby można było uznać go za dzieło na miarę bohatera, który w nim występuje.

Wolverine to taki marvelowski Batman, czyli superbohater, którym wszyscy się jarają, nie zawsze jednak wiedząc czemu. Najprościej powiedzieć, że chodzi o nieustanne balansowanie na granicy dobra i zła, niesamowitą charyzmę i ten mroczny pierwiastek, który wyróżnia bohatera na tle kolegów i koleżanek z komiksowego uniwersum. Zainteresowanie czytelników Rosomakiem przełożyło się na ilość wydawanych z nim komiksów, co z kolei zaowocowało kilkoma naprawdę ciekawymi tytułami, które odkrywały kolejne fragmenty tajemniczego życiorysu bohatera. "X-Men Geneza: Wolverine" bardzo swobodnie czerpał m.in. z rewelacyjnego "Weapon X" Barry'ego Windsora-Smitha (i jeszcze z kilku innych tytułów, spośród których należy wymienić "Orgin"), natomiast "Wolverine" oparty został na komiksie pod tym samym tytułem autorstwa Chrisa Claremonta i Franka Millera. I w tym wypadku nie jest to wierna adaptacja, aczkolwiek miłośnikom pierwowzoru powinno się ją lżej przełykać niż fanom "Weapon X" nieszczęsną "Genezę".

Przedstawiona historia rozgrywa się po wydarzeniach z trzeciej części filmowych "X-Menów". Logan żyje samotnie gdzieś w górsko-leśnych ostępach Ameryki Północnej, pielęgnując image starego hippisa i śniąc o Jean Grey, aż pewnego dnia w jego sielskim życiu zjawia się czerwonowłosa Japonka, która zabiera go do swej ojczyzny. Tutaj bohater ma pożegnać się z Yashidą - człowiekiem, któremu ocalił życie w Nagasaki w 1945 roku, a który teraz leży na łożu śmierci. Oczywiście na spotkaniu dawnych znajomych się nie skończy i Wolverine będzie musiał zrobić użytek ze swoich pazurów w przepięknych dekoracjach składających się na filmowy Kraj Wschodzącego Słońca.


"Wolverine" to film, który nie zachwyca, ale też nie zawodzi. Letnie filmidło, o którym szybko się zapomina po wyjściu z kina, ale które podczas seansu potrafi dostarczyć pewnych emocji. Niestety, potrafi również znużyć. Ciężko, co prawda, jednoznacznie wskazać elementy, które można by było z omawianego obrazu wyciąć, ale na pewno nie zaszkodziłoby mu, gdyby był o pół godziny krótszy. Konstrukcja fabuły jest typowa dla tego typu produkcji i kończy się tradycyjnym finałem, w którym główny bohater zwycięża ostatkiem sił. Szkoda tylko, że ten finał ciągnie się jak flaki z olejem i nijak nie potrafi zaabsorbować uwagi widza. Na domiar złego jeden z arcywrogów Logana, Silver Samurai, jest w nim pospolitym cyborgiem...

Największy zarzut pod adresem filmu Jamesa Mangolda, to fakt, że został on zrobiony wybitnie pod młodszego widza, z niesłychaną dbałością o nie naruszanie wymogów niższej kategorii wiekowej. Przez ten fakt cały film sprawia wrażenie obrazu na pół gwizdka, w którym wszystko mogłoby zdecydowanie lepiej zagrać, gdyby tu i ówdzie pojawiła się plama krwi. Najlepiej ten stan rzeczy obrazuje scena, w której Wolverine wyrzuca przeciwnika przez okno. Pojawia się wówczas nadzieja, że bohater ma w sobie coś więcej ze zwierzęcia, niż tylko wyostrzone zmysły i sprawność fizyczną. Szybko jednak zostaje ona rozwiana przez pokazanie, że delikwent, który powinien rozpłaszczyć się na chodniku, wylądował cały i zdrowy w basenie. I każda mocniejsza scena zostaje w tym filmie zepsuta właśnie przez takie nieszczęsne "lądowanie w basenie". Najczęściej sprowadza się to do tego, że główny bohater skacze na przeciwnika z wysuniętymi pazurami, ale ostatecznie uderza go tak, iż tamten bez większego szwanku odskakuje do tyłu (a przecież powinien zostać przebity bądź pozbawiony któregoś z członków). Przypominam, że "Wolverine" to film o kolesiu, którego ręce na stałe zaopatrzone są w sześć niezniszczalnych noży. Już Edward Nożycoręki przelał więcej krwi, mimo że nigdy nie uważał się za wojownika...


Żeby tylko nie marudzić, wypada wymienić kilka plusów. Po pierwsze klimat. Japonia na ekranie wypada naprawdę dobrze. Miło również, że na siłę nie wciskano w fabułę Amerykanów i skoro rzecz dzieje się w Japonii, to w filmie pojawiają się przede wszystkim Japończycy. Tutaj trzeba wymienić kolejny plus, czyli dwie śliczne Japonki w głównych rolach kobiecych. Dodając do tego jadowitą blondynę oraz krótkie występy Jean Grey (niezawodna Famke Janssen, tym razem prezentująca swe wdzięki w białej, koronkowej bieliźnie), okaże się, że ten film kobietami stoi. Do plusów "Wolverine'a" należą także pojedyncze sceny, takie jak wybuch bomby atomowej w Nagasaki (początek filmu), pojedynek na pociągu torpedzie, a także pościg Noburo za mafiozami z Yakuzy. Gdyby tylko można było dorzucić do nich finał... Ostatnim plusem wartym wzmianki jest scena, która pojawia się po pierwszej partii napisów końcowych. Nie dość, że zaskakuje ona długością, to jeszcze daje jasno do zrozumienia, że filmowa saga o "X-Menach" doczeka się pełnoprawnego ciągu dalszego.

"Wolverine" nie jest złym filmem i gdybym miał trzynaście lat pewnie byłbym nim urzeczony. Prawda jednak jest taka, że kiedy byłem w wieku odpowiednim, aby docenić omawiany obraz, takich produkcji się nie kręciło, a jedynym bohaterem, który mógł liczyć na wysokobudżetową ekranizację, był Batman, przeżywający wówczas swój schumacherowski okres. Dzisiaj filmów superbohaterskich nie brakuje, więc można pozwolić sobie na wybrzydzanie. Podsumowując zatem: "Wolverine" to średniak plasujący się pośrodku listy marvelowskich obrazów, na której szczycie znajdują się "Avengers" i kolejne części "Iron Mana", a na dole "Daredevil" i "Elektra". Dla fanów Rosomaka rzecz obowiązkowa. Dla wszystkich innych już niekoniecznie.