niedziela, 9 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie serialowe A.D. 2010

Powoli kończę cykl podsumowań. Mam nadzieję, że są jeszcze tacy, których on całkowicie nie znudził.

Serialowo zeszły rok był całkiem obfity i urozmaicony. Kilka starszych serii sobie odpuściłem, kilka nowych odkryłem - w końcu od tego są seriale, żeby w nich przebierać do woli, a nie, jak niektórzy twierdzą, aby kurczowo się trzymać raz uczepionego tytułu.


2010 to przede wszystkim finał "Zagubionych". Dla mnie to też seans wszystkich odcinków tego serialu. Lata temu, kiedy telewizja publiczna zaczynała emisję przygód Jacka, Sawyera i reszty, nawet przysiadłem na dłużej przy pierwszym sezonie, jednak później, z różnych przyczyn, zaprzestałem oglądania tego serialu (wakacje były zbyt piękne, zaczęły się studia, etc.). Aż w końcu nastał rok 2010 i masowe media na nowo pochyliły się nad fenomenem serialu J. J. Abramsa. Zachęcony artykułem z "Polityki" postanowiłem w końcu nadrobić zaległości. I w ten sposób wiosnę spędziłem na tropikalnej wyspie wraz z pasażerami feralnego lotu linii Oceanic Airlines. 6 sezonów, 121 odcinków, godziny gapienia w ekran. Było warto, bo serial naprawdę jest wyjątkowy, aczkolwiek im dalej w las, tym pomysły scenarzystów są coraz bardziej kontrowersyjne, a ostatni sezon zwyczajnie rozczarowuje.


Najgłośniejsza premiera zeszłorocznej jesieni, to rzecz jasna "The Walking Dead". Pierwsze tomy komiksu, na podstawie którego stworzono serial, czytałem lata temu i przy sprzyjających wiatrach zamierzam do nich wrócić. Ekranizacja początkowo wiernie trzyma się drukowanego oryginału, by z czasem nieco pozmieniać losy niedobitków żyjących w strachu przed panoszącymi się po świecie zombie. Myślę, że gdyby twórcy pozostali do końca wierni komiksowemu pierwowzorowi, to wyszłoby to serialowi tylko na zdrowie. Mimo paru zgrzytów, opowieść o Ricku i reszcie ferajny zdecydowanie warto zobaczyć (zwłaszcza dla świetnych scen w Atlancie).


Przez cały rok z radością śledziłem też "Przygody Fry'a w kosmosie", czyli popularną "Futuramę". Aż dziw, że tak późno zabrałem się z tę animację. Serial jest praktycznie bez wad, każdy odcinek naszpikowano masą doskonałych żartów i niebanalnych pomysłów, a wisienkę na tym torcie stanowi głos Katey Sagal. Dla każdego, kogo lekko zmęczyli "Simpsonowie", a nie śmieszy go już inny rodzaj humoru, "Futurama" wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem.


I na koniec serial, w który się aktualnie wciągnąłem na całego, a po który sięgnąłem jeszcze w grudniu. Mowa tutaj o "Jak poznałem waszą matkę". Uwielbiam sitcomy, a ten jest bez wątpienia najlepszym na jaki trafiłem w zeszłym roku. Ostatnio pojawia się masa produkcji, które śmieszą na siłę - tutaj jest inaczej. Dawno nie oglądało mi się tak dobrze opowieści o czymś z pozoru tak oklepanym, jak relacje damsko-męskie i życie paczki młodych przyjaciół. No i Neil Patrick Harris w roli Barneya po prostu rządzi.

Poza tym, miniony rok upłynął mi pod znakiem kontynuacji seriali, które nie zdążyły mnie jeszcze zmęczyć. Czwarty sezon "Dextera" okazał się o wiele lepszy od trzeciego, drugi sezon "Siostry Jackie" trzyma poziom poprzednika, a "Dr House" da się spokojnie oglądać na wyrywki, więc aż tak dużo czasu nie zabiera. I to w zasadzie tyle. Mam nadzieję, że rozpoczynający się rok nie będzie serialowo gorszy od poprzedniego. Przydałoby się też w końcu zabrać za jakąś produkcję spod znaku s-f. Niedawno znalazłem informację o remake'u "V" - serialu, który naprawdę mnie przerażał jako dzieciaka - i mam nadzieję, że to będzie dobry wybór. A teraz już wracam do "Jak poznałem waszą matkę".

wtorek, 4 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie komiksowe A.D. 2010

Kilka dni przerwy i kolejny post. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać tempo. Dzisiaj o komiksach - niestety bardzo skromniutko. Uwaga, większa część tekstu doskonale pokazuje, że jestem naprawdę wielką "chwalidupą" (jak to określiła moja dziewczyna).

Dawno nie było roku, w którym przeczytałbym równie mało komiksów, co w 2010. Mógłbym to zwalić na karb braku czasu, niedostatku pieniędzy czy skupienia się na innych pasjach. Prawda chyba jest jednak taka, że jako czytelnik komiksów nieco się wypaliłem. Mam nadzieję, że w rozpoczynającym się roku odżyje mój komiksowy bzik i będę zarówno więcej czytał opowieści obrazkowych, jak i więcej o nich pisał.

A skoro mało czytałem, to i dużo ważnych komiksów przeszło mi koło nosa. Najbardziej żałuję zbiorczego "Osiedla Swoboda", którego zakup postanowiłem sobie zostawić na później, a którego nakład już się wyczerpał. Nie pozostaje mi w związku z tym nic innego, jak czekać na drugie wydanie. Inne tytuły, których nie dane mi było przeczytać, ale których lekturę planuję nadrobić, to m.in.: "Dziennik z podróży" i "Żegnaj Chunky Rice" Craiga Thompsona, "Rany wylotowe" Rutu Modan, "Blacksad" #4 Canalesa i Guarnido, "Prosiaczek 1990-2010" Krzysztofa Owedyka, "Rewolucje" #5 Mateusza Skutnika i rzecz jasna zeszłoroczne tomy "Wilqa" braci Minkiewiczów.


Z tego, co przeczytałem, niewiele było rzeczy naprawdę wyjątkowych. Najbardziej obłowiłem się podczas MFKiG. Z łódzkich zdobyczy najlepiej wspominam "Safari na plaży" Mawila i "W cztery oczy" Saschy Hommera. O ile jednak "W cztery oczy" niczym mnie nie zaskoczyło, o tyle dzieło Mawila uważam za jeden z najlepszych tytułów mijającego roku. Podobnie jak poprzednie komiksy młodego Niemca, ten również dowodzi, że jego autor ma naprawdę spory talent i w lekkich, humorystycznych obyczajówkach mało kto może z nim konkurować.

W zeszłym roku ogromne wrażenie zrobił na mnie "Uzbrojony Ogród" Davida B. (wydany jeszcze w grudniu 2009). Co sądzę o tym tytule, pisałem już na Alei Komiksu, więc tutaj nie zamierzam się rozpisywać. Po prostu polecam.


Inne zaległości, które udało mi się nadrobić i których lektury na pewno nie można uznać za stratę czasu to: "Calvin i Hobbes" #11 Billa Wattersona, "Karuzela Głupców" Jasona Lutesa, "Międzyczas" Marka Turka, "Konrad i Paul" Ralfa Koeniga oraz pierwszy tom "Midnight Nation: Plemię cienia" J. M. Straczyńskiego i Gary'ego Franka (wierzę, że w końcu zabiorę się za ciąg dalszy).

I chyba tyle. Było, co prawda, jeszcze kilka ciekawych tytułów, ale żaden z nich nie wcisnął mnie w fotel. O ile jednak, w temacie czytelnictwa, 2010 wygląda kiepsko, o tyle, jeśli chodzi o sprawy ogólnie związane z komiksami, jest już znacznie lepiej. Udało mi się znowu pojechać na MFKiG w Łodzi, gdzie zdobyłem parę fajnych autografów. Kilka moich tekstów pojawiło się na Alei Komiksu, a i newsów też trochę napisałem (mimo ogólnego braku czasu i notorycznego lenistwa). Najmilszą niespodzianką była jednak publikacja fragmentu mojego tekstu na okładce dziewiątego tomu mangi "Hiroszima 1949: Bosonogi Gen". Zwracam tylko uwagę, że w podpisie wkradła się mała nieścisłość, gdyż w nawiasie pod moim imieniem i nazwiskiem pojawia się nazwa Alei Komiksu. Oczywiście współpracuję z rzeczonym serwisem, ale cytowany tekst pierwotnie opublikowany został w Reset-Forever (a później na niniejszym blogu) i taki podpis może kogoś wprowadzić w błąd (autorem recenzji, którą znaleźć można na AK, już nie jestem). Fakt zacytowania przez wydawcę uważam niemniej za prawdziwe wyróżnienie i doskonały powód, aby w końcu wrócić do tej serii (zrobiłem sobie świąteczny prezent, kupując cztery tomy, których do tej pory nie miałem okazji przeczytać).


Wiem, że w rozpoczynającym się roku przeczytam więcej komiksów niż w minionym (bo czyż można mniej?). Kończę zatem i zabieram się za nadrabianie zaległości...

niedziela, 2 stycznia 2011

Subiektywne podsumowanie filmowe A.D. 2010

Kilka dni odpoczynku musi wystarczyć. Wracam do podsumowań. Tak naprawdę, to nie jestem do końca pewien, czy wszystkie z wymienionych niżej obrazów widziałem w 2010, czy może na któryś trafiłem zdecydowanie wcześniej, ale tak długo mi siedział w głowie, że trafił do niniejszego zestawienia. Z pewnością kilka istotnych tytułów też pominąłem. Cóż, ułomność poniższego tekstu chyba całkiem dobrze koresponduje z ułomnością zeszłorocznej kinematografii...

Ubiegły rok nie obfitował w tak wiele filmów wybitnych, co jego poprzednik. Właściwie, to nie potrafię wskazać praktycznie żadnego tytułu, który wywarłby na mnie tak duże wrażenie, jak - pochodzące z 2009 - "Droga do szczęścia", "Zapaśnik" czy "Gran Torino". W 2010 zdecydowanie więcej oglądałem seriali i to właśnie one rekompensowały mi filmową posuchę.


Na początek tytuły, których nie widziałem, a które pewnie pojawiłyby się w tym zestawieniu, gdybym tylko je obejrzał. I tak, nie widziałem m.in.: "Incepcji", "W chmurach", "Agory", "Essential Killing", a nawet "Kick-Ass". Przede wszystkim nie obejrzałem jednak "Kari-gurashi no Arietti", czyli "Pożyczalskich" w interpretacji mistrzów ze studia Ghibli (ciekawe ile przyjdzie czekać na polską premierę tego obrazu?).

A co udało mi się zobaczyć? Na początku roku "Sherlocka Holmesa" Guy'a Ritchiego, następnie "Parnassusa" Terry'ego Gilliama. Oba filmy w sumie mi się podobały, ale większego zachwytu jakoś nie wywołały. Z obrazów, które widziałem w pierwszej połowie ubiegłego roku, zdecydowanie lepiej wypadły "Głód", "Precious" (polski tytuł to "Hej, skarbie") i przede wszystkim "Dom zły". Co prawda, polska produkcja miała premierę jeszcze w 2009, ale z uwagi na fakt, że widziałem ją w 2010, to uznaję ją za jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku (nie tylko polskich). Gdzieś w tym czasie obejrzałem też głośnego "Królika po berlińsku" i muszę przyznać, że to naprawdę świetny dokument, a w zachwytach nad nim nie ma krzty przesady.


Potem już poleciało. Jeden głośny tytuł za kolejnym, a każdy z nich był mniejszym lub większym rozczarowaniem. Tak było z "The Hurt Locker. W pułapce wojny", "Alicją w Krainie Czarów", "Księciem Persji: Piaskami Czasu" i jeszcze kilkoma innymi tytułami. Były też obrazy, po których niczego specjalnego się nie spodziewałem, a które całkiem przyjemnie mnie zaskoczyły. Wśród nich na wyróżnienie zasługuje na pewno "Nostalgia anioła", a przede wszystkim rewelacyjny "Moon".

Produkcji animowanych widziałem bardzo mało i nie załapałem się ani na nowego "Shreka", ani na trzecie "Toy Story". Zamiast nich obejrzałem "Planetę 51" i "Jak wytresować smoka". Oba obrazy raczej średnie, aczkolwiek naszpikowane kilkoma smaczkami dla geeków. Pierwszy powinien spodobać się miłośnikom produkcji spod znaku s-f, drugi tym widzom, którzy uwielbiają eksplorować fantastyczne światy w kolejnych grach rpg.


Okres wakacyjny jak zwykle przyniósł wysyp hiciorów. W sierpniu na ekrany zawitali "Niezniszalni" - film, który mimo ogólnej miałkości fabularnej, dostarczył mi masę radochy. Oprócz niego w ubiegłym roku były jeszcze dwa tytuły, które zaspokoiły mój głód na niezbyt mądre kino akcji. Mam tu na myśli "Drużynę A" i "Policję zastępczą". I tak jak "Drużyna A" naprawdę mile mnie zaskoczyła, tak "Policja zastępcza" raczej rozczarowała (ale i tak bawiłem się przy niej naprawdę nieźle).

W temacie polskiego kina zbyt wiele nie jestem w stanie napisać. O "Domie złym" i "Króliku po berlińsku" już pisałem. Oprócz nich widziałem również "Różyczkę" i "Wszystko co kocham". Pierwszy z tych obrazów niczym mnie nie zaskoczył, ale też w sumie nie rozczarował. Ot, sprawnie nakręcona historia miłosna, w której sporą rolę odgrywa tło historyczne. Epoka i towarzyszące jej wydarzenia niemniej ważne były we "Wszystkim co kocham" - świetnym obrazie o dorastaniu. Dodatkowe punkty ten film zdobywa u mnie za potężną dawkę polskiego punk rocka z lat 80-tych.

Nie mogę nie wspomnieć o dwóch filmach, które w moim prywatnym rankingu zasługują na laur najgorszych obrazów mijającego roku. Pierwszy z nich to "Predators", obraz po którym nie spodziewałem się niczego specjalnego, ale nie przeczuwałem też, że będzie aż taką porażką. Drugi to "Wampiry i świry". Tutaj wiedziałem na co się decyduję, ale postanowiłem się trochę pomęczyć, aby, w razie czego, móc wskazać najgorszy film mijającego roku, dekady, a może i w całej historii kina.


Na koniec zostawiłem sobie wyliczankę, w postaci najlepszych filmów, które obejrzałem w minionym roku. A najlepsze filmy 2010 to według mnie: "Wyspa tajemnic", "The Social Network", "Prorok", "Boso, ale na rowerze", "Grubasy". Oczywiście było sporo starszych, wybitnych obrazów, które dane mi było zobaczyć po raz pierwszy (m.in. "Sceny z życia małżeńskiego" Ingmara Bergmana czy "Spragnionych miłości" Wong Kar-Waia), jednak postanowiłem, że do grona najlepszych filmów minionego roku, zaliczę tylko te obrazy, które w tymże roku obejrzałem i których polska premiera się w nim odbyła.

Miniony rok pod kątem filmowym był - ogólnie rzecz ujmując - okresem rozczarowań. Większość obrazów nie spełniła moich oczekiwań, zaledwie kilka mile zaskoczyło, a jedynym filmem, który nie zrobił ani jednego, ani drugiego był chyba "Iron Man 2" - dzieło dokładnie takie, jakiego się spodziewałem. Niestety, nawet ostatni obraz, który obejrzałem w 2010, okazał się rozczarowaniem (mowa tutaj o "Tron: Dziedzictwo"). Nie wróży to dobrze rozpoczynającemu się rokowi, ale lepiej nie uprzedzać faktów...

wtorek, 28 grudnia 2010

Subiektywne podsumowanie growe A.D. 2010

Dzisiaj też będzie krótko. Z lenistwa wrzucam obrazki tylko z jednej gry. Zgadnijcie jakiej.


W zasadzie cały mijający rok - pod kątem gier - zamknąć mógłby się dla mnie w jednym tytule: "StarCraft II: Wings of libert". Na kontynuację mojej ulubionej gry czekałem od dawna i mimo nieustannie przekładanej daty premiery, mój apetyt tylko się wzmagał. Wraz z końcem lipca mogłem wreszcie rozsmakować się w upragnionym daniu. Kosztuję go do tej pory i nasycić się nie mogę. Pół roku grania, a ja nadal nie mam dosyć. Gdyby chociaż ten czas upływał mi na sieciowych pojedynkach... Prawda jest jednak taka, że mnóstwo godzin spędzam na zdobywaniu kolejnych osiągnięć i przechodzeniu w kółko tych samych misji. Wykupywanie ulepszeń, najemników, próby przechodzenia misji na poziomie brutalnym, zabawa w "Zagubionego Wikinga" - to wszystko potrafi zabrać naprawdę spory kawałek czasu. Dodać do tego należy okazjonalne starcia sieciowe i już ma się grę, która potrafi zaspokoić głód elektronicznej rozgrywki na długie miesiące. A jeśli ktoś w sieciówkach czuje się jak ryba w wodzie, to z pewnością drugi "StarCraft" będzie dla niego zabawą na długie lata. 200 złotych, które należało wyłożyć za podstawową wersję w dniu premiery, to całkiem sporo, lecz jeśli spojrzy się na dawkę rozrywki, którą zapewnia "StarCrat II", można śmiało stwierdzić, że nie ma w tej chwili produkcji, której zakup byłby równie opłacalny.


Ale w mijającym roku dane mi było zagrać nie tylko w najnowszego RTS-a Blizzarda. O ile w 2009 grałem naprawdę mało, o tyle w 2010 przeszedłem kilka świetnych gier. Co prawda, żadna z nich nie miała mniej niż 10 lat, ale wcale nie umniejsza to ich wartości. Na początku był "Dungeon Kepper" - doskonała produkcja, którą swego czasu zachwycali się wszyscy branżowi recenzenci. Następnie trzy tytuły, do których z przyjemnością zasiadłem po raz n-ty: "Myth I", "Myth II: Soulblighter" i "Diablo II" (wraz z dodatkiem). Nie będę ukrywał, że do każdej z tych gier mam stosunek sentymentalny, w związku z czym uważam, że nie zestarzały się one w najmniejszym stopniu. A nawet jeśli ktoś ponarzeka na ich grafikę, to nijak nie może przyczepić się do grywalności i niesamowitego, mrocznego klimatu, którego na próżno szukać nie tylko w wielu innych grach, ale w mnóstwie dzieł kultury popularnej w ogóle.

Granie na komórce też mi trochę czasu zabrało (głównie z uwagi na fakt, że przez pół roku miałem pracę, w której zazwyczaj zbyt wiele do roboty nie było). Najbardziej wciągnął mnie "Airport" - zręcznościówka polegająca na lądowaniu samolotami na dwóch przecinających się pasach. Całkiem sporo czasu spędziłem też przy mutacji nieśmiertelnej gry w statki (tytułu niestety nie pamiętam) i prostej grze taktycznej pt. "Dictator Defense". O klasycznych zjadaczach czasu, pokroju "Tetrisa", raczej nie ma co wspominać. Jeśli już jestem przy growych "pierdółkach", to sporo grałem w "Robot Unicorn Attack", a także kilka innych flashówek, z których jednak żadna nie zaabsorbowała mnie w równym stopniu, co wspomniana produkcja.


W bieżącym roku zakupiłem nowy komputer, przez co na nowo zacząłem interesować się branżą gier komputerowych. Mam na oku kilka tytułów, które chętnie sprawdzę, na razie jednak skupiam się na demach. Dlaczego? Po prostu, czasu mam ostatnio na tyle mało, że starcza mi go jedynie na grę w "StarCrafta II". A może "StarCraft II" zabiera mi tego czasu na tyle dużo, że nie starcza go na grę w inne tytuły...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Subiektywne podsumowanie muzyczne A.D. 2010

Pora na pierwsze podsumowanie. Krótkie, tak na rozgrzewkę.

Na muzyce się nie znam, jednak z uwagi na fakt, że całkiem sporo jej słucham, nie widzę powodów, aby nie podzielić się kilkoma uwagami na temat tego, co mi się podobało na tegorocznym muzycznym rynku. Bo jak mi się coś nie podobało, to po prostu nie słuchałem...

Ten rok jest rokiem polskiej muzyki i to nie tylko przez dwusetne urodziny Chopina. Wyszło na tyle sporo fajnych krajowych albumów, że aż dziw bierze, iż radiostacje w kółko katują starą papkę. Chociaż z drugiej strony pojawiło się i całkiem sporo nowej papki, zatem rozgłośnie tak do końca to nie jechały na odgrzewanych kotletach... Pierwszy jasny punkt to nowa płyta Strachów na Lachy. Nie jestem wielkim fanem tej kapeli i zdecydowanie bliżej mi do Pidżamy Porno, niemniej muszę przyznać, że kawałki z "Dodekafonii" brzmią bardzo przyjemnie. Fajne teksty, stonowana muza - słucha się tego bardzo dobrze, mimo że brakuje czegoś ostrzejszego. No i najsłynniejszy kawałek z płyty, czyli "Żyję w kraju" to klasa sama w sobie.

Niedługo po "Dodekafonii" odkryłem najlepszą w moim mniemaniu płytę mijającego roku. Mowa tutaj o "Notorycznych debiutantach" Much. Świetna muza, świetne teksty - no, po prostu majstersztyk. Rozgłośnie radiowe powinny katować tę płytę non stop. Jeśli miałbym do czegoś porównywać Muchy to chyba do Myslovitz. Nie o brzmienie jednak tutaj chodzi, a o rodzaj granej muzyki i wpływ jaki ta kapela wywrze na krajową scenę rockową (wierzę bardzo mocno, że tak będzie). Jeśli ktoś lubi ambitniejsze (ale jednocześnie popowe) gitarowe granie, to będzie w siódmym niebie. Słucham tej płyty w kółko i nie potrafi mi się znudzić. Dla takiego komiksowego maniaka jak ja, znalazł się na niej nawet kawałek ze wzmianką o Thorgalu ("Piętnaście minut później").



Muchy umilały mi wiosnę i lato, wraz z jesienią nastał jednak "Abradabing". Najpierw muszę zaznaczyć, że hip-hopu raczej nie słucham - po prostu nie moje klimaty. Do pewnych kawałków mam jednak spory sentyment, a najwięcej z nich spłodził Kaliber 44. Po Kalibrze pozostało uznanie dla Abradaba i parę numerów z jego pierwszej płyty było dla mnie całkiem miłą odskocznią od rockowych klimatów. Kolejne albumy znałem słabo, aż w końcu pojawił się czwarty longplay. I jestem naprawdę oczarowany: dobre teksty, dobre podkłady - czegóż chcieć więcej? Tylko "Yo yo" pasuje mi tu jak pięść do nosa. Wiem, że to pastisz, zlewka, etc. Mimo wszystko ten numer niszczy spójność płyty.



Przez cały mijający rok słuchałem wielu płyt i różnorakiej muzy, jednak żaden zagraniczny album nie potrafił na dłużej namieszać w mej głowie. Dopiero wycieczka do kina na "The Social Network" uświadomiła mi, że w 2010 nie tylko Polacy zrobili kawałek fajnej muzyki. Ścieżka dźwiękowa tego obrazu jest jednym z jego największych plusów. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, jak bardzo przyjemność z seansu może wzrosnąć dzięki doskonale dobranej muzyce, niech obejrzy najnowszy film Davida Finchera. Trent Reznor i Atticus Ross wykonali kawał porządnej roboty. OST do "The Social Network" broni się także bez obrazu.



Kolejne muzyczne objawienie też ma związek z filmem - dla odmiany takim, który dopiero mam nadzieję zobaczyć. Mam na myśli "Tron: Dziedzictwo". I nie chodzi nawet o to, że lubię Daft Punk, bo muzyka w tym filmie wcale nie jest typowa dla tej grupy. Soundtrack do wspomnianego filmu jest idealnym mariażem klasycznej, symfonicznej muzyki ilustracyjnej i nowoczesnej, nienachalnej elektroniki. Kiedy się słucha tej muzyki przed oczami momentalnie stają obrazy świetlistych, złożonych z wieloboków, czołgów, które po trafieniu rozlatują się w miliony pikseli. Mam tylko nadzieję, że seans filmu nie zepsuje mojego odbioru płyty.



I to by było na tyle, jeśli chodzi o muzyczne podsumowanie mijającego roku. Ostatnio wpadł mi w ucho tytułowy kawałek z najnowszej płyty Sabatonu, ale chyba głównie przez moje, niemal zawodowe, skrzywienie na punkcie Sparty. Jak ktoś lubi bardzo melodyjny, patetyczny power metal, to powinien sięgnąć po "Coat of Arms". Tych, którzy nie trawią takiej muzyki i tak nie przekonam. W ciągu ostatnich miesięcy przesłuchałem też nowe albumy Deftones i Stone Sour - aczkolwiek jakoś mnie nie przekonały. Może ich czas dopiero nadejdzie... Zważywszy na to, że jestem fanatykiem "StarCrafta" nie mogłem też darować sobie soundtracku z drugiej części tej gry.

Pewnie jeszcze parę muzycznych odkryć by się znalazło, ale mogę spokojnie zakończyć tę wyliczankę. Oprócz wymienionych wyżej albumów, słuchałem głównie starszych płyt, czyli tego co znam, lubię i czym nieprędko się znudzę.

niedziela, 26 grudnia 2010

Zima w grach

Zanim przejdę do właściwego tekstu - kilka spraw formalnych. Na początek spóźnione życzenia świąteczne: wszystkim, którym zdarza się tu trafić, życzę aby moje teksty były dla nich lekturą lekką i przyjemną, a czasami może nawet pouczającą. Sobie życzę właściwie tego samego. A poza tym szczęścia (pod tym jednym, prostym słowem kryje się wszystko, co w życiu ważne). Druga sprawa formalna: mocno się opuściłem ostatnimi czasy, a tu rok zbliża się ku końcowi. W związku z tym planuję cykl podsumowań. Mam nadzieję, że nie skończy się on na jednym wpisie. A teraz już zapraszam do tekstu, który chodził za mną od końca listopada (kiedy to spadł pierwszy śnieg), a za który zabieram się właśnie dzisiaj - podczas kolejnego w tym miesiącu ataku zimy. Będzie osobiście, sentymentalnie i nie zawsze rzeczowo. Obrazki zaczerpnąłem z następujących witryn: Blizzard.com, Bungie.net, Gram.pl.

Na początku wypada zaznaczyć, że tytuł niniejszego tekstu należy rozumieć dosłownie. Nie chodzi mi o posuchę na rynku wydawniczym, wtórność najnowszych produkcji, czy w reszcie coraz mniejszą ilość naprawdę dobrych gier. Pisząc o zimie w elektronicznej rozrywce, postaram się przedstawić gry, w których biały puch jest stałym elementem krajobrazu. Oczywiście będę się opierał na własnych doświadczeniach, w związku z czym niejedna istotna pozycja zostanie pominięta...


Nie wyobrażam sobie piękniejszej scenerii niż zimowy krajobraz. I mimo, że przyśnieżone drzewa iglaste, doliny lodowych wichrów, a nawet niedźwiedzie polarne mocno pachną kiczem, to nic nie poradzę na to, że zimowe elementy w grach zawsze mocno działają na moją wyobraźnię. A najmocniej właśnie teraz, kiedy ziemia przykryta jest kilkunastocentymetrową warstwą białego puchu. W takich okolicznościach przyrody nie ma nic fajniejszego, jak usiąść w ciepłym fotelu, zaparzyć sobie kubek gorącej herbaty i zapuścić na kompie grę, która idealnie komponowałaby się z widokiem za oknem.

Pierwszą zimową grą, w którą dane było mi zagrać, był klasyczny zjazd narciarski na Rambo TV Games (taka podróba Atari 2600). Ot, u góry ekranu był człowieczek na nartach, a od dołu jechały sobie choinki, kamienie, czasami nawet jakiś renifer. Co istotne, była to jedna z najbardziej kolorowych gier ta tę konsolkę (pewnie się mylę, ale można tam było odnaleźć co najmniej dziesięć barw). Właściwie była to jedyna zimowa sportówka, w którą się zagrywałem. Potem były jeszcze jakieś olimpiady na Amidze kuzyna (Albertville lub Lillehammer - już nie pamiętam), demo NHL 1998 (w które grałem tylko dlatego, że kiedy dochodziło do starcia między zawodnikami, gra zamieniała się w mordobicie), a także kultowe Deluxe Ski Jump - produkcja, w którą choć raz zagrał każdy gracz w tym kraju.


Zima urzekła mnie tak naprawdę dopiero przy okazji RTS-ów. Najpierw był "WarCraft 2". Lód na rzekach, przykryte śniegiem choinki, a do tego świąteczne dekoracje budynków - w żadnej innej grze zima nie była tak piękna. A że zazwyczaj odpalałem sobie drugiego "WarCrafta" właśnie w okresie świątecznym, to ogólny efekt był tym mocniejszy. Później przyszła pora na "Myth" I & II. W finale dema pierwszej części pojawia się świetna, zimowa plansza i to właśnie ona przekonała mnie do całej serii. Nie powinno zatem dziwić, że drugiego "Mytha" przeszedłem po raz pierwszy właśnie w święta. A potem już był "StarCraft: Brood War", w którym pojawia się lodowa planeta Braxis. Do tej pory, od czasu do czasu, odpalam sobie pierwszą misję z kampanii Terran, tylko po to, aby popodziwiać Siege Tanki na śniegu. Wypadałoby w tym miejscu wspomnieć jeszcze cykl "Red Alert", ale przyznaję się bez bicia, że nigdy jakoś, przy którejkolwiek części sagi studia Westwood, dłużej nie posiedziałem. Wszystko chyba przez to, że pierwszy "Red Alert" mocno odstawał według mnie od pozycji ze stajni Blizzarda. Któż jednak nie widział screenów z czerwonymi budynkami i pojazdami Sowietów na bialutkim śniegu? Tak, "Red Alert" bez zimy na pewno nie byłby tą samą grą.

Wspomniałem o "Brood War". Znamienne jest, że zimowe plenery pojawiały się dopiero w dodatkach wielu gier. Mało tego, zima pojawiała się w podtytułach tychże dodatków. "WarCraft III: The Frozen Throne", "Warhammer 40000: Dawn of War - Winter Assault" - to najlepsze przykłady tego typu produkcji. Ale zima niemałą rolę gra też w "Diablo II: Pan Zniszczenia", "World of Warcraft: Wrath of the Lich King", "Hexen II: Portal of Praevus". Ta lista byłaby pewnie jeszcze dłuższa, ale w tej chwili jakoś nie przychodzi mi do głowy więcej mroźnych rozszerzeń.


Wśród gier, w których świat przedstawiony jest bardzo ważnym elementem, obok RTS-ów wypada wymienić jeszcze RPG i FPP. Zimowe RPG, od początku do końca, to przede wszystkim saga "Icewind Dale". Jeśli ktoś lubi klasyczne klony "Baldur's Gate" i szuka czegoś na zimowe wieczory, to chyba nie trafi lepiej. Przemierzając fantastyczne krainy wielu gier fabularnych tak czy inaczej trafia się na śnieżne pejzaże, które są stałym elementem krajobrazu większości gier fabularnych - tuż obok zielonych lasów, piaszczystych pustyń, miast i podziemi. Nie inaczej jest w przypadku produkcji FPP, z tym, że tutaj dużo więcej produkcji osadzonych jest w futurystycznych, industrialnych sceneriach, w których zdecydowanie trudniej o śnieg. Zimy nie zabrakło jednak w produkcjach osadzonych w realiach historycznych bądź współczesnych. Zwracam zwłaszcza uwagę na "Medal of Honor: Allied Assault" i misję w ardeńskim lesie.

Równie dużo światów, co w erpegach, jest też zawsze w platformówkach. O zimie nie zapomnieli twórcy takich serii jak: "Rayman", "Crash Bandicoot", "Pandemonium", "Sonic", "Croc"... Długo by wymieniać. Najsłynniejszy hydraulik w branży doczekał się nawet amatorskiej gry pt. "Super Mario Winter Adventure", a ponadto, wraz z jeżem Segi, jest tytułowym bohaterem "Mario & Sonic at the Olympic Winter Games", wydanej specjalnie z okazji tegorocznej olimpiady. Jak zima to święta - pamiętali o tym ludzie z Epic MegaGames, wypuszczając świąteczne edycje obu części "Jazz Jackrabbit". Czyż może być lepszy gatunek na eksploatowanie świąteczno-zimowych klimatów niż, skierowane głównie do dzieci, platformówki?

Bez zimowej planszy nie obędzie się też żadna szanująca się samochodówka. Najmocniej w pamięci utkwiła mi zimowa trasa z "Rollcage Stage II", ale też w niejednej rajdówce najprzyjemniej pokonywało mi się zaśnieżone OS-y (Rajd Szwecji rządzi). Zwolennicy czysto zręcznościowej jazdy zimę znajdą w niemal każdej arcadowej ścigałce - od jazdy na skuterach śnieżnych poczynając, a kończąc na produkcjach pokroju zapomnianego, acz naprawdę przyjemnego "Motor Mash".Próżno szukać za to śniegu w realistycznych symulatorach F1, NASCAR, TOCA.

Zdaję sobie sprawę jak wielu miłośników mają przygodówki, aczkolwiek nigdy jakoś nie potrafiłem się wciągnąć w produkcje tego typu. Zaś z przedstawicieli tego gatunku, które osadzono w zimowych klimatach, przychodzą mi w tej chwili do głowy jedynie dwa tytuły: klasyczny "Prisoner of Ice" i stosunkowo świeży "Fahrenheit".

Są jeszcze gry logiczne, aczkolwiek tutaj większość tytułów to po prostu zimowo-świąteczne wersje klasyków pokroju "Tetrisa". Za to każdy, kto szuka zimy w prostych, darmowych produkcjach i flashówkach powinien bez problemu znaleźć kilka tytułów, które przypadną mu do gustu. Od siebie polecam "SnowCrafta" i cykl "Yeti Sports".

W niniejszym tekście dominują starsze tytuły - przede wszystkim ze względu na fakt, że w nowości gram naprawdę rzadko (kiedyś z uwagi na słaby sprzęt, teraz przez to, że muszę nadrobić kilka lat growej absencji, a czasu wciąż mi brakuje). Ostatnio odpaliłem jednak demko "Lost Planet" i muszę przyznać, że zima we współczesnych produkcjach potrafi zachwycić równie mocno, co kilkanaście lat temu.


A dlaczego właściwie ta zima na ekranie tak bardzo urzeka? Białe tło jest najbardziej czytelnym z możliwych, zatem w dawnych czasach detale były na nim po prostu lepiej widoczne niż na burych bitmapach. Dzisiaj gracze, zmęczeni graficznym galimatiasem, też lubią zrelaksować oczy przy białych sceneriach. Poza tym gry to przede wszystkim akcja, a czy jest prostszy sposób na podniesienie atrakcyjności tejże, niż osadzenie jej w ekstremalnych, zimowych klimatach? Świetnie sprawdza się to zwłaszcza w tytułach dla jednego gracza, gdzie zimowe pustkowie sprawia, że bohater jest jeszcze bardziej samotny. Poza tym zima jest dla nas - Polaków, czymś całkiem swojskim. Lasy są wszędzie, więc odpadają, pustynia może się podobać mieszkańcom krajów arabskich, ew. Teksasu, tropikalne wyspy pachną wakacjami rodem z folderu biura podróży (niekoniecznie bankrutującego), a zaświaty i kosmos nikomu raczej nie wydają się swojskie. Za to zima, to jest coś, co znamy od dzieciństwa. Śnieg, mróz, opóźnione autobusy i zaskoczeni drogowcy. Czyż nie jest przyjemnie przyciąć sobie w "WarCrafta 2" na zimowej planszy, a następnie wyskoczyć na spacerek do lasu i stwierdzić, że właściwie tylko orków brakuje? Jest jeszcze jeden powód, dla którego wielu graczy tak lubi zimowe plansze. Na żadnym innym podłożu krew nie wygląda równie malowniczo, co na śniegu...

niedziela, 21 listopada 2010

Robot Unicorn Attack

Tradycyjnie: długo mnie nie było, trochę się w tym czasie wydarzyło itd., nie zamierzam jednak przeciągać akapitu wprowadzającego, zatem zapraszam już do tekstu o grze, którą odkryłem zdecydowanie zbyt późno.


Najpierw trafiłem na wzmiankę o "Robot Unicorn Attack" w jednym z wydań specjalnych "KŚ Gry", potem tenże tytuł co jakiś czas rzucał mi się w oczy podczas przeglądania różnych miejsc w sieci, aż w reszcie się przełamałem i postanowiłem sprawdzić tę flashową platformówkę. Teraz "Robot Unicorn Attack" jest grą, przy której odpoczywam pomiędzy kolejnymi odpaleniami drugiego "StarCrafta".

Wyobraźcie sobie krainę rodem z "Troskliwych misiów", w której pełno jest białych obłoczków, tęcz i gwiazdek, a wszystko skąpane jest w rozkosznym różu. Wyobraźcie sobie teraz jednorożca, który jest prawowitym władcą tego sielankowego królestwa. Wszystko byłoby pięknie, ale jego zły brat bliźniak postanowił zagarnąć władzę i teraz bohaterowi nie pozostaje nic innego, jak biec, skakać i pokonywać przeszkody. Mam nadzieję, że ta krótka charakterystyka nieco przybliża infantylizm omawianej produkcji (przytoczonej historii nie zmyśliłem, lecz zaczerpnąłem ją z wikipedii).


Fabuła fabułą, ale tutaj chodzi o rozgrywkę. Gra jest platformówką, w której całe sterowanie sprowadza się do operowania dwoma klawiszami: Z (odpowiada za skok) i X (jednorożec zmienia się w tęczową smugę, która może rozbijać różowe gwiazdki). Gracz ma trzy podejścia i tylko od jego umiejętności manualnych zależy, ile punktów uda mu się zdobyć. Równie proste, co wciągające.

Z cukierkową oprawą idealnie współgra oprawa muzyczna, którą stanowi utwór "Always" brytyjskiej grupy synthpopowej Erasure. Istnieje spore ryzyko, że po kilku partyjkach kawałek przeniknie do podświadomości, niczego nieświadomego, gracza i będzie o sobie co jakiś czas przypominał (np. podczas porannej toalety czy podróży komunikacją miejską).


Muszę przyznać, że "Robot Unicorn Attack" jest dla mnie prawdziwym odkryciem. W moim prywatnym rankingu flash'ówek zdeklasowana została dopiero przez... "Robot Unicorn Attack Heavy Metal". W momencie, kiedy przeczytałem pierwsze wzmianki na temat tej produkcji, jasnym się stało, że muszę ją sprawdzić. I wszystko byłoby piękne, gdyby nie fakt, że edycja heavy metalowa ukazała się pierwotnie na iPhony. Wczoraj jednak zdarzył się cud i znalazłem tę grę w sieci.

Rozgrywka w "Robot Unicorn Attack Heavy Metal" niczym nie odbiega od tego, co znaleźć można w wersji podstawowej, zmieniły się za to dekoracje. Kiczowaty klimat, będący wypadową wystroju pokoju siedmiolatki i list przebojów z lat 80-tych, zastąpiony został złowrogim designem, w jakim idealnie odnajduje się każdy piętnastolatek, rozpoczynający właśnie swą przygodę z cięższymi brzmieniami. Są tu zatem szkielety, pentagramy, płomienie i zdobiąca ten tort (oczywiście nasączona spirytusem) wisienka, w postaci utworu "Battlefield" Blind Guardian. Niemieckich power metalowców darzę olbrzymim sentymentem i przyznaję, że to właśnie fakt wykorzystania ich kawałka zdecydował o tym, iż mocno się napaliłem na "Robot Unicorn Attack Heavy Metal".


Chciałbym wierzyć, że trochę pogram i mi się znudzi, ale omawiana gra jest wzorcowym przykładem produkcji, przy których nader często gracz postanawia sobie, że "jeszcze tylko jeden raz i koniec".

Obie części przygód cybernetycznego jednorożca wyróżniają się prostym pomysłem, wciągającą i wymagającą rozgrywką i - nade wszystko - kiczowatym klimatem (w dwóch skrajnych odmianach). Już sam tytuł odpycha, jednak jeśli zdecydujecie się odpalić tę flashówkę, to wyrwę w życiorysie macie zapewnioną (jak długą - to już kwestia silnej woli, ew. odcięcia od sieci, wykręcenia korków itp.). Dodam tylko, że na koniec listopada Adult Swim Games zapowiedział wydanie świątecznej edycji "Robot Unicorn Attack". Czas pokaże, czy w tle będzie można usłyszeć nieśmiertelny przebój Wham!

A teraz już linki:

Robot Unicorn Attack
Robot Unicorn Attack Heavy Metal

Dla wszystkich, którzy kompa używają tylko do przeglądania najpopularniejszego serwisu społecznościowego, przygotowana też została facbook'owa wersja "RUA". Miłej zabawy!