piątek, 4 stycznia 2013

Subiektywne podsumowanie muzyczne A.D. 2012

Nowy rok - zero postanowień, ale pisać postaram się częściej...

Zeszły rok był dla mnie dosyć urozmaicony pod względem muzycznym. Już w tej chwili za bardzo nie pamiętam, czego słuchałem na początku 2012, ale gdzieś na przełomie wiosny i lata rozpoczął się okres prawdziwego muzycznego urodzaju - tak pod względem koncertów, jak i odkrywanych płyt.

Jakoś tak się złożyło, że z początkiem wakacji odkryłem... Muzykę Końca Lata. Bardzo fajna kapela tworząca wpadające w ucho, bezpretensjonalne piosenki. W sam raz na letnie wędrówki, piwko na łonie natury, pogaduchy przy zachodzącym słońcu. Trafiłem na nią przy okazji szukania informacji nt. projektu Maki i Chłopaki - innej ekipy z Mińska Mazowieckiego (ale z tym samym śpiewającym wokalistą). Warto w tym miejscu wspomnieć, że płyta Makiego i Chłopaków miała premierę na wiosnę zeszłego roku i z miejsca mogę ją zaliczyć do jednych z lepszych, jakie ukazały się na polskim rynku w 2012 roku.

Kolejnego muzycznego odkrycia dokonałem już na początku jesieni. Była nim kapela z Bielska-Białej o dźwięcznej nazwie Eye for an Eye. Co prawda, owa nazwa, jak i kilka kawałków, już wcześniej obiła mi się o uszy, ale dopiero gdzieś w październiku zagłębiłem się w pełni w twórczość tej grupy. Okazja ku temu była o tyle dobra, że w 2012 premierę miała "Krawędź" - już piąty album w dorobku zespołu. Eye for an Eye to krótkie, mocne, typowo hardcorowe kawałki, których naprawdę świetnie się słucha (a nawet nuci...).

Muzykę Końca Lata i Eye for an Eye uznaję za dwa największe odkrycia zeszłego roku - jako wyznacznik traktując ilość przesłuchań albumów odkrytej grupy. Jakoś tak się złożyło, że słuchałem głównie krajowej muzyki, która wbrew obiegowym opiniom trzyma się całkiem nieźle, trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać. Rodzimego pochodzenia są również trzy najlepsze płyty mijającego roku (znowu według kryterium ilości przesłuchań). Subiektywne top 3 za rok 2012 wygląda w mym przypadku zatem następująco (kolejność dowolna):

Flapjack - "Keep Your Heads Down". W ostatnim czasie powróciła moda na mocne granie rodem z lat 90. Wrócił KNŻ, wrócił Illusion (jeszcze bez płyty), jedna z twarzy tamtej dekady, czyli Litza, założył Luxtorpedę, w której gra jak za starych, dobrych czasów. Nie powinno więc dziwić, że i na dobre powrócił Flapjack - kapela, która wcześniej przez wiele lat egzystowała od okazji do okazji. Na nowy album przyszło długo czekać, a jego powstawanie znacznie się opóźniło w związku ze śmiercią nieodżałowanego Olassa. Szczerze powiedziawszy, to myślałem, że bez wspomnianego muzyka nowy Flapjack będzie niewypałem. Wszak najlepszy album Acid Drinkers ostatnich lat, czyli "Verses of Steel", to w dużej mierze jego dziecko. Na szczęście, w przeciwieństwie np. do nowej płyty KNŻ, zeszłoroczny album Flapjacka nie rozczarował i dał mi to, na co czekałem. Każdy, kto tęskni za mocnym rockiem sprzed dwóch dekad, powinien posłuchać tej płyty. Są na nim słyszalne echa m.in. RATM i Deftonesów, a wszystko przyprawione zostało szczyptą grunge'u i polane obfitą mieszanką sosów o smaku trashu i hardcore'u (rzecz jasna o kalce nie może być mowy, po prostu: kiedy się słucha "Keep Your Heads Down", w głowie cały czas dźwięczą rockowe lata 90). Najlepszy numer? "Reborn", który stanowi namiastkę tego, czym mogłaby być ta - i tak doskonała przecież - płyta, gdyby Olass nadal stąpał po tym świecie.


Bisz - "Wilk chodnikowy". Gdyby mnie jeszcze rok temu ktoś spytał, odpowiedziałbym, że raczej nie słucham hip-hopu. Ba, wydaje mi się, że nadal to się nie zmieniło. Z drugiej strony, w zeszłym roku jedną z tych nielicznych płyt, które przesłuchałem kilkadziesiąt razy był właśnie album będący modelowym przykładem wspomnianego gatunku. Dlaczego tak przypadł mi do gustu? Chyba dlatego, że Bisz stworzył niesamowicie szczerą, osobistą płytę, której dodatkowo świetnie się słucha. Zawsze lubiłem twórczy ekshibicjonizm, a Bisz obnażył siebie w stopniu, jakiego dawno nie było w krajowej muzyce. Jasne, czasami się przechwala, ale jego teksty są o czymś więcej, niż o tym, że jest mistrzem słowa, miał trudną młodość, a ekipę ma sprawdzoną i zawsze może na nią liczyć. Raper opowiada o swoich lękach, wadach, ogólnie o tym jaki jest on sam, a nie o tym jak jest - lub chce być - postrzegany przez otoczenie. O tej płycie nie ma co pisać, jej trzeba posłuchać. Najlepszy kawałek? Jest ich tutaj co najmniej pięć. Niech zatem będzie "Pollock".


Maria Peszek - "Jezus Maria Peszek". Najgłośniejsza płyta z tego zestawienia. Zostawiając z boku wszystkie wywiady, występy w telewizji, wreszcie nagonki, trzeci album Marii Peszek to dwanaście melodyjnych, przystępnych, a przede wszystkim mądrych piosenek. Ta płyta nie jest depresyjna, bluźniercza czy nawet satanistyczna - ona jest po prostu niesamowicie szczera i właśnie przez to tak bardzo nie przystaje do reszty krajowego muzycznego mainstreamu. Artystka odważyła się głośno wyśpiewać to, co wielu myśli, ale z czym mało kto się obnosi. Dlatego właśnie utwory z tego albumu są tak odważne i zarazem przejmujące. Każdy dotyka innej, ważnej kwestii życia (nie tylko dla Marii Peszek), więc wypada przesłuchać wszystkie (co wcale nie znaczy, że z każdym się trzeba utożsamiać). Ja proponuję "Ludzie psy", czyli dobry tekst opakowany w przyjemną elektronikę.


I chyba tyle jeśli chodzi o polskie płyty. Każda z powyższej trójki zasługuje na przesłuchanie i dopiero wówczas wyrabianie sobie na jej temat opinii. Ja spędziłem przy nich kilkaset minut i nadal nie mam dość...

W minionym roku zaliczyłem całkiem sporo koncertów. Ciężko tutaj wymieniać wszystkie, więc ograniczę się do kilku. Pod koniec kwietnia zorganizowano Dni Opola, których jedną z atrakcji był koncert hip-hopowy. Gwiazdą wieczoru było CunninLynguists, ale mi najbardziej przypadł do gustu występ Abradaba z zespołem. Rapowanie do żywych instrumentów sprawdziło się znakomicie i pozwoliło uznać cały wieczór za całkiem udany (mimo ochrony, która zachowywała się jakby była na meczu piłkarskim). Koniec maja to z kolei Piastonalia. W tym roku wybrałem się tylko na ostatni dzień koncertów. Niestety, nie zdążyłem na Cool Kids of Death, ale za to występy zespołu SOFA, Goorala i Dub FX-a przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy bym się nie spodziewał, że tak dobrze będę się bawił na koncercie, jakby nie patrzeć, muzyki tanecznej. Dwa miesiące później, pod koniec lipca, trafiłem na koncert hc w opolskiej Fabryce. Idiot's Culture Universe, Evilschlesien, La Miseria De Tu Rostro - trzy kapele i niesłychanie dużo energii. Na największy szacunek zasługuje ostatni skład, który przyjechał do Polski aż z Chile i mimo faktu, że w Opolu publika nie dopisała, to dał z siebie wszystko. Nigdy nie widziałem żeby ktoś grał z takim zaangażowaniem, kiedy pod sceną szaleje tylko kilka osób. Świetny występ, który z miejsca stał się dla mnie koncertem roku i takim pozostał aż do jego końca. Na Przystanek Woodstock, mimo wcześniejszych przymiarek, ostatecznie nie pojechałem. Może w tym roku się uda... Po lecie przyszła jesień, a wraz z nią masa koncertów. Żaden z nich nie powalił, ale bardzo sympatycznym zaskoczeniem był dla mnie występ... Ani Rusowicz. Średnio za to wypadł na żywo Flapjack, po którym bardzo dużo sobie obiecywałem.

A co z zagraniczną muzyką? Trochę tego było, ale jakoś nic mi specjalnie nie utkwiło w głowie. Niepolskim odkryciem roku na pewno był japoński zespół o wymownej nazwie Maximum the Hormone. W temacie płyt bardzo dobrze wypadł nowy album Deftonesów (w moim mniemaniu lepiej niż poprzedni). Pojawiła się również bardzo zacna inicjatywa "Hardcore4Syria", czyli darmowa kompilacja świetnych kawałków, która ma za zadanie zwrócić uwagę świata (a raczej tej jego mikroskopijnej części, która słucha hardcore punka) na sytuację w Syrii. Z niekrajowych klimatów w 2012 roku słuchałem przede wszystkim soundtracków. Pierwsze skrzypce grały ścieżki dźwiękowe z różnych gier indie, głównie "Bastionu". Poza tym już w grudniu odkryłem film "The Raid Redemption", a wraz z nim bardzo przyjemne OST z tego obrazu. I to z grubsza tyle.

Oczywiście w zeszłym roku słuchałem znacznie więcej wykonawców, płyt, utworów - wiele z tego stanowiły sprawdzone klasyki, ale niemało było też bardzo świeżych odkryć. Kilka z nich przedstawiłem powyżej, kilku już zapomniałem, z kolei inne nie za bardzo wiedziałem gdzie ulokować (np. jeden kawałek Maduka i Veeli pt. "Ghost Assasin" czy, pochodzący jeszcze z 2011 roku, album CKOD "Plan ewakuacji"). A gdybym miał już upraszczać i silić się na sprowadzanie minionego roku muzycznego do trzech określeń, to byłyby to dla mnie: krajowa muzyka, soundtracki, hardcore. W 2013 pewnie część z tych słów-kluczy zostanie wyparta przez inne. Nie mam pojęcia przez jakie, wierzę za to, że będzie nie mniej obficie i różnorodnie.

środa, 26 grudnia 2012

Sześciokącik StarCrafta #20

Najdłuższa przerwa w dziejach tego bloga zaliczona. Pora wrócić do pisania. Może nie za długiego i niezbyt regularnego, ale zawsze... Na rozgrzewkę Sześciokącik. Przy okazji składam spóźnione życzenia świąteczne i jeszcze aktualne noworoczne. Wszystkim, którzy tu zaglądają, chciałbym życzyć po prostu miłego roku 2013, niech pozytywnie odciśnie się w Waszej pamięci! A sobie życzę zapału do pisania (w ciągu najbliższych miesięcy bardzo mi się przyda).

 

Święta się kończą, ale aby jeszcze pozostać w ich klimacie zerknijcie na dziewiętnasty odcinek "StarCrafts", a później przyjrzeć się zergowskim maskotkom. Oba linki pożyczone z oficjalnych życzeń Blizzarda.


No, to skoro formalności już za nami polecam konkretną lekturę, dla której wypromowania powstał dzisiejszy wpis. Chodzi o sesję pytań i odpowiedzi, których udzielił Brian Kindregan, jeden ze scenarzystów "Wings of Liberty" i główny scenarzysta "Heart of the Swarm". Na razie pojawiło się dziesięć odsłon tego cyklu. Pierwszą znajdziecie tutaj, a najnowszą w tym miejscu. Resztę już bez problemu odgrzebiecie przy okazji lektury podlinkowanej dwójki. Dla każdego, kto "StarCrafta" traktuje jako coś więcej niż podstawkę do rozgrywki sieciowej, jest to prawdziwa skarbnica wiedzy na temat uniwersum. Parę rzeczy można sobie przypomnieć, parę uświadomić, a przy okazji zastanowić się nad paroma kwestiami dotyczącymi fabuły którejś z obu części gry. Zastanawialiście się kiedyś na przykład, dlaczego Kerrigan dalej mści się na Mengsku, chociaż mogła go już wykończyć przy okazji Wojny Szczepów, albo po co poruszając się w próżni mutaliski machają skrzydłami? A może umknęło wam, że Jim Raynor miał kiedyś rodzinę? I mimo, że scenarzysta "Heart of the Swarm" często udziela dosyć pokrętnych wyjaśnień, które tworzy wyraźnie zaskoczony pytaniem, to można sobie co nieco poukładać w głowie. No dobra, nie zawsze można, ale już samo śledzenie tłumaczeń scenarzysty może dostarczyć sporo satysfakcji. Jeśli jakaś odpowiedź zaczyna się od słów "bardzo dobre/ciekawe pytanie", to możecie być niemal pewni, że po jej przeczytaniu pojawi się w waszej głowie jeszcze więcej znaków zapytania, a wątpliwości, które sprowokowały pierwotne pytanie, wcale się nie rozwieją.

Ze szczególnie interesujących kwestii, dosyć dużo uwagi poświęcono "Brood War" i faktowi pomięcia wydarzeń, które w nim zaprezentowano, w fabule "Wings of Liberty". Wiele osób słusznie zwraca uwagę, że dodatek do "StarCrafta" w drugiej części gry stał się białą plamą i próżno gdziekolwiek w niej szukać wzmianek choćby o UED. Najwięcej informacji, co zrozumiałe, scenarzysta udziela na temat fabuły "Heart of the Swarm". Nieraz podważa przy tym twierdzenie, że Kerrigan stanie się kimś w rodzaju wybrańca, który ocali wszechświat. Przyznaje też otwarcie (chyba jedyny raz nie próbując się silić na naciągane wyjaśnienia), że jedna z historii z komiksu "StarCraft: Frontline" jest sprzeczna z fabułą gry.

Czego mi zabrakło? Głównie jasnej odpowiedzi na pytanie, które ze ścieżek fabularnych "Wings of Liberty" stanowią kanon. Pojawia się wzmianka, że wszystkie będą brane pod uwagę przy kampanii zergów (w zależności od tego, którą drogą poszedł gracz w podstawce), ale jednak chciałbym wiedzieć, jak to w końcu było z panią doktor, Toshem etc. Inna pytanie, które chodzi mi po głowie od 1999 roku, to dlaczego UED w "Brood War" miało takie same jednostki, co Konfederacja i Synowie Korhalu? Może bym się zbytnio nawet tego nie czepił, ale pamiętam, że recenzent z "CD Action" dał m.in. właśnie przez to dodatkowi do mojej ulubionej gry tylko 8/10. Na odpowiedź na to ostatnie raczej nie liczę, ale może kwestia ścieżek fabularnych zostanie jeszcze poruszona w kolejnych odsłonach cyklu. Sam scenarzysta wspomina w pewnym momencie, że sami nie do końca byli zadowoleni z patentu wyboru drogi i mogli go bardziej dopracować.

Czytania jest całkiem sporo, zatem nie zabieram już czasu i odsyłam do wspomnianych tekstów. W końcu czymś trzeba się zając odliczając dni do 12 marca przyszłego roku. Szkoda tylko, że pewnie będzie już po zimie, kiedy Kerrigan rzuci nasze oddziały na mroźną planetę Kaldir, więc widoki za oknem nie będą kompatybilne z tymi, które przyjdzie nam podziwiać na ekranie komputera.

sobota, 28 lipca 2012

Niedoskonałości

Poniższy tekst powstał trzy tygodnie temu i widocznie swoje musiał odleżeć. W zamierzeniu miał być znacznie bardziej osobisty, ale z jego ostatecznej postaci jestem nawet zadowolony.


Ben Tanaka to trzydziestoletni facet, który wiedzie spokojny i dosyć monotonny żywot. Ma ładną dziewczynę, pracę na stanowisku kierowniczym, przyjaciółkę, której może zwierzyć się ze wszystkiego – właściwie niczego mu nie brakuje. Chłop jak każdy inny i - jak każdy inny - chcący czegoś więcej...

„Niedoskonałości” podzielono na trzy części. Pierwsza to opis związku Bena i Miko. Para ciągle się kłuci, najczęściej o drobnostki. Bardzo dobrze przedstawiono sposób, w jaki dochodzi do partnerskiej sprzeczki. Zaczyna się od błahostki, czasem wyrażenia swojej opinii, innym razem zwykłej próby poważniejszej dyskusji. W tym rozdziale Ben wychodzi na wiecznego malkontenta, dla którego podzielenie się swoim zdaniem sprowadza się do narzekania. Na jego twarzy praktycznie nie pojawia się uśmiech, za to grymas znudzenia przyozdabia ją nad wyraz często. Wydaje się, że bohater celowo stara się zniechęcić do siebie swoją dziewczynę. Z jednej strony zatem nieustannie daje wyraz swemu niezadowoleniu, a z drugiej skupia swą uwagę na innych kobietach. Co istotne, te inne kobiety zawsze są białymi blondynkami. Bo Ben Tanaka, podobnie jak Miko oraz jego przyjaciółka Alice, to Amerykanie azjatyckiego pochodzenia. Aspekt rasowy odgrywa w opowieści znaczącą rolę, ale wbrew pozorom „Niedoskonałości” nie są komiksowym manifestem Azjaty żyjącego w USA. Dzieło Adriana Tomine to przede wszystkim opowieść o związku dwojga ludzi, którzy w pewnym momencie nudzą się sobą i za wszelką cenę starają się uciec w relacje z partnerami, którzy byliby całkowicie inni od dotychczasowych (w mniejszym lub większym stopniu realizują przy tym swoje fantazje erotyczne). Oczywiście, pewne spostrzeżenia na temat amerykańskich Azjatów się pojawiają (choćby animozje koreańsko-japońskie, które ciągle są silne wśród starszego pokolenia). Interesujący jest również stosunek do swojego dziedzictwa Bena, który wyraźnie ma kompleksy z powodu tego, że jest przedstawicielem rasy żółtej. Wszystkie te etniczne elementy w żadnym stopniu nie przeszkadzają jednak w tym, aby z głównym bohaterem mógł się identyfikować czytelnik o dowolnym pochodzeniu.

Wspomniana pierwsza część kończy się wyjazdem Miko do Nowego Jorku. Nie dochodzi przy tym do zerwania między partnerami, a mimo zawirowań ich związek sprawia wrażenie dosyć silnego - do tego stopnia przynajmniej, że kiedy Ben, opowiadając o wyjeździe dziewczyny, stwierdza, że zrobili sobie przerwę, wydaje się, iż wcale tak nie jest i mężczyzna po prostu próbuje usprawiedliwić potencjalną zdradę. Aby dać sobie dodatkowy powód do skorzystania z wolności, celowo dąży do zaognienia relacji z Miko, czego najlepszym przykładem sporadyczne rozmowy telefoniczne, które traktuje jak nudny obowiązek, przeradzające się w ciąg wzajemnych pretensji. Ben korzysta ze swojego statusu słomianego wdowca, ale kiedy na tym polu kończy się jego passa przypomina sobie, że gdzieś daleko ma piękną dziewczynę. Ta jednak już nie odpowiada na telefony, więc bohater decyduje się udać do Nowego Jorku. I o jego wizycie w „najcudowniejszym mieście świata” traktuje rozdział trzeci. W tej części sytuacja bohaterów „Niedoskonałości” odwraca się o 180 stopni, a czytelnik dostrzega, że nie tylko Ben był tym niedoskonałym.

Dzieło Adriana Tomine czyta się doskonale, mimo, a może dzięki temu, że składa się ono w głównej mierze z rozmów toczonych przez bohaterów. Autor jest mistrzem komiksowej narracji, więc te dyskusje ani przez moment nie nużą. Postacie nie wygłaszają górnolotnych frazesów, a język, którym się posługują, jest bardzo naturalny. Owszem, zdarza im się rzucić kilka celnych, życiowych uwag, ale nie mniej rzadko zwyczajnie pieprzą głupoty (oni, a nie autor ich ustami). Poza tym, chyba w żadnym innym komiksie kłótnie nie brzmiały tak naturalnie. Wszystko to podano w bardzo realistycznej, szczegółowej oprawie graficznej. Tomine nie bawi się formą, nie przeładowuje też kadrów tekstem, idealnie zachowując proporcje i utrzymując stałe tempo opowieści.

„Niedoskonałości” to jedna z nielicznych obyczajówek, traktujących o dojrzałym, kilkuletnim związku, który bardziej męczy niż cieszy partnerów. I pomimo faktu, że związek jest dojrzały, to osoby, które go tworzą tą dojrzałością już niekoniecznie mogą się pochwalić. Ten nastrój zmęczenia i egoizm partnerów sprawiają, że nie jest to kolejny lekki i przyjemny komiks o szukaniu miłości, w którym młodzi bohaterowie znacznie łatwiej radzą sobie z niepowodzeniami i nie są tak sfrustrowani jak Ben Tanaka. Tutaj nie ma miejsca na szczątkowy nawet humor, a każda z postaci zaczyna w pewnym momencie irytować (nawet Alice, która początkowo sprawia wrażenie mądrego doradcy). Cały komiks doskonale się czyta. Dwie pierwsze części są przy tym naprawdę bardzo dobre, trzecia jednak nieco razi melodramatycznym motywem wyprawy do Nowego Jorku. Również zakończenie, mimo że zaskakujące, to sprawia, że historia traci nieco ze swego realizmu. Może gdyby wszystko pozostało niedopowiedziane... Nie ma jednak co gdybać – „Niedoskonałości” to świetny komiks. Na pierwszy rzut oka opowieść o amerykańskich Azjatach i lesbijkach, gdy jej się bliżej przyjrzeć, staje się dziełem o ludzkim egoizmie, trzydziestoletnich inteligentach i tym, że im dłużej się z kimś jest, tym bardziej atrakcyjne wydają się inne osoby.

poniedziałek, 9 lipca 2012

The Amazing Spider-Man

Dzisiaj znowu będzie o filmie. "The Amazing Spider-man" to tytuł-symbol, dlatego  powyżej zostawiłem go w oryginale.


Restart filmowego Spider-mana, kiedy wszyscy mają jeszcze w pamięci trylogię Sama Raimiego, od początku wydawał się karkołomnym przedsięwzięciem. Czy naprawdę ktokolwiek chciałby oglądać nową wersję historii, którą widział najwyżej dziesięć lat wcześniej? Amerykanie to jednak specjaliści od przeróbek i tak, jak potrafią zmajstrować po swojemu co lepsze filmy, w których bohaterowie nie posługują się językiem angielskim, tak też potrafią odświeżyć coś, co w zasadzie odświeżania nie wymaga.

Seans nowego Pajęczaka urządziłem sobie iście po królewsku, czyli w IMAX-ie. Nie jestem jednak pewien, czy fakt ten zdecydował, że film Marca Webba podoba mi się bardziej niż obraz Raimiego, który pierwszy raz widziałem chyba jeszcze na kasecie VHS... Wrażenia wizualne były zatem w tym przypadku naprawdę potężne. Podobnie jak dźwięk, który zbombardował moje uszy z natężeniem, jakiego dawno nie uświadczyłem nawet na koncercie.

Zacząłem chwalić, zatem na początku skupię się na plusach. „Niesamowity Spider-man” jest przede wszystkim widowiskowy i dynamiczny, a tempo praktycznie nie zwalnia (nawet obiad u rodziny Gwen Stacey cechuje się sporą dawką napięcia). W paru miejscach adrenalina potrafi podskoczyć, a szczęśliwie zakończenie niektórych akcji wcale nie wydaje się tak oczywiste jak można by sądzić – czego najlepszym przykładem akcja z chłopcem uwięzionym w samochodzie. Film potrafi także urzec klimatem, zwłaszcza jego początek, w którym pojawiają się rodzice Petera, wątek tajemniczych badań i organizacji „której się nie odmawia”. Jeśli już jestem przy wątkach rodzinnych, to świetnie wypadają też May i Ben. Zwłaszcza tej pierwszej wyraźnie służy zmiana z wiecznej, dobrodusznej staruszki w zatroskaną kobietę, która nie do końca radzi sobie z wychowaniem bratanka. Odkąd pamiętam May w komiksach była zawsze taka sama (z wyjątkiem linii Ultimate, gdzie zrobiono jej konkretny lifting) i próbę stworzenia jej na ekranie nowego wizerunku należy uznać za w pełni udaną. Co do ukochanej Petera, to zawsze wolałem rude, ale Emma Stone - z tą swoją chrypką i dołeczkami - w roli Gwen Stacey wypadła naprawdę świetnie. Jeśli chodzi o Andrew Garfielda, to nie jest jakoś bardziej podobny do kanonicznej wersji Parkera niż Tobey Maguire, ale trzeba przyznać, że naprawdę sprawdził się w roli współczesnego nastolatka, któremu trafił się życiowy bonus w postaci supermocy.

Jeśli film nosi tytuł „The Amazing Spider-man”, to może się wydawać, że autorzy będą się trzymać kanonicznej, najstarszej wersji przygód bohatera. Tutaj jednak Peter Parker nie jest kujonem w sweterku, lecz zagubionym młodzieńcem, który niby dostaje lanie od szkolnego osiłka, ale dlatego, że wykazuje się odwagą, a nie przez to, że istnieje. Jeździ na deskorolce, nosi szkła kontaktowe, zazwyczaj na głowę zarzuca kaptur – starego, gamoniowatego Parkera naprawdę nie ma tu za wiele. Nie jest to zarzut, bardziej uwaga na marginesie, która ma pokazać, że twórcy starali się jak mogli, aby ich obraz nie był kalką filmu sprzed dziesięciu lat. Mimo wszystko, to nadal jest geneza bohatera, czyli coś co mnie zwyczajnie męczy. W komiksach najlepsze są opowieści, w których heros jest już okrzepły i doświadczony, a scenarzyści nie muszą już wprowadzać czytelników w jego świat i mogą skupić się na snuciu opowieści. Tutaj niestety nie mogło zabraknąć klasycznego schematu, w którym historię zaczyna się od momentu zdobycia przez bohatera mocy, przechodzi przez genezę łotra, następnie prezentuje ich pierwsze starcie, a jakiś czas potem finałowy pojedynek, który oczywiście kończy się zwycięstwem herosa i ostatecznym ugruntowaniem jego roli obrońcy społeczeństwa. Z tego samego powodu większa części opowieści jest przewidywalna do bólu i w żaden sposób nie są w stanie temu zaradzić pewne smaczki, o których wspomniałem w poprzednim akapicie. Odbiór psują też pewne nieścisłości. Skąd siedemnastoletnia uczennica liceum miała tak duże uprawnienia (kody, tworzenie serum) w jednej z największych organizacji świata (tego fikcyjnego oczywiście)? Skąd pomysł, żeby za Connorsem biegały stada jaszczurek? No i jeśli już chce się przedstawić Spider-mana jako lekko pajacującego bohatera (a w komiksie zawsze potrafił zagadać swoich przeciwników), to wypada być konsekwentnym w tym postanowieniu, a nie rzucić jedną scenę, która owszem, jest zabawna, ale na tle innych, w których Pajęczak już stroni od komentarzy i wygłupów, sprawia wrażenie wyraźnie przesadzonej.

Ponarzekałem, ale odświeżenie Człowieka Pająka wypadło bardzo zgrabnie. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to film, który oszałamia w takim stopniu jak choćby „Avengers”. O ile sam seans to kawał dobrej rozgrywki, to już na drugi dzień obraz Marca Webba niemal całkowicie wylatuje z pamięci. Właściwie nie spodziewałem się niczego więcej, więc nie może być też mowy o rozczarowaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal będę czekał na film, w którym bohater nie jest już nastolatkiem, Mary Jane od kilku lat jest już jego żoną, a problemy szkolne zastąpione zostają problemami życiowymi.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Jazda

Lubię czeskie filmy. Im więcej ich oglądam, tym bardziej. A najwięcej oglądam tych współczesnych, nakręconych w przeciągu ostatnich 20 lat. Zaskakujące, że tak, jak u nas po upadku komuny nie powstała właściwie żadna komedia, której można by przypiąć łatkę filmu kultowego (za to co roku pojawia się mnóstwo dowodów na to, że polscy filmowcy nie mają poczucia humoru), tak nasi południowi sąsiedzi trzaskają doskonałe, zabawne, a przy tym niegłupie obrazy jeden za drugim... No, ale nie o tym miało być - dzisiaj biorę na warsztat czeski film drogi.


Pierwszy raz na "Jazdę" trafiłem całkiem przypadkowo pięć lat temu. W tamtym czasie wystarczyło o godzinie 20:00 włączyć Ale Kino lub TVP Kulturę, aby odkryć jakąś filmową perełkę. Obraz Jana Svěráka może wówczas nie powalił mnie na kolana, ale miał w sobie coś, co mnie urzekło i nie pozwoliło o nim zapomnieć. Długo nie zdawałem sobie sprawy ze stopnia jego kultowości. Wymienienie w świetniej książce Bartka Koziczyńskiego "333 popkultowe rzeczy... lata 90." mówi jednak samo za siebie.

"Jazda" to zrealizowana za całkiem małe pieniądze opowieść o dwójce przyjaciół, którzy kupują stare zielone coupe, przerabiają je na kabriolet i ruszają na drogi południowych Czech. Ale nie szybkie i zatłoczone dwupasmówki, lecz na wąskie szosy przecinające pola i lasy. Jadą powoli i delektują się podróżą, która nie ma żadnego konkretnego celu. Liczy się tylko przyjemność płynąca z pokonywania przestrzeni. To tacy czescy Swobodni Jeźdźcy, którzy, aby w pełni poczuć się wolnymi, nie muszą mieć harleyów, ani zmagać się z wrogo nastawionymi miejscowymi. Nie muszą wreszcie tragicznie kończyć.

Film Svěráka dostał Czeskiego Lwa za zdjęcia i muzykę. Nie ma się czemu dziwić, gdyż oba te elementy budują nastrój całego obrazu. Czechy w "Jeździe" wyglądają po prostu przepięknie. Małe miasteczka, wioski, a przede wszystkim lasy i pola w okresie żniw - krajobrazy to niezwykle swojskie, które bez trudu można odnaleźć również w południowej Polsce. Patrząc na piękno tego lata, ogarnia człowieka niesamowita nostalgia za wakacjami z lat 90, kiedy to przy polnych drogach więcej było drzew niż reklamowych szyldów. Z kolei muzyka jest dziełem zespołu Buty, którego liderem jest Radek Pastrňák, odtwórca jednej z głównych ról. Na temat piosenek nie ma co się rozpisywać, najlepiej posłuchać najbardziej znanej z nich, "Mám jednu ruku dlouhou", która to towarzyszy początkowi "Jazdy".


Fabuła nie jest tutaj najistotniejsza, liczy się klimat. Klimat letniej, przyjacielskiej wyprawy, którą w pewnym momencie urozmaica, żeby nie rzec: komplikuje, pojawienie się dziewczyny. Podczas kolejnego seansu "Jazdy" nasunęły mi się skojarzenia z pierwszym tomem komiksu "Lupus" Frederika Peetersa. I mimo, że bieg wydarzeń jest w tych dziełach całkiem inny, to w obu pojawia się ten sam motyw letniej podróży, którą dwójka kumpli podejmuje, aby przede wszystkim dobrze się zabawić, a przy okazji udowodnić sobie i światu, że jeszcze nie są tak dorośli, jakby tego wszyscy chcieli. Pojawienie się dziewczyny jest tutaj punktem zwrotnym, zwiastunem nowych "atrakcji", które ożywią nieco monotonną podróż. W "Lupusie" komplikuje ono dodatkowo relacje bohaterów i wystawia ich przyjaźń na ciężką próbę. W "Jeździe", mimo że wszystko wskazuje, iż będzie podobnie, nic takiego nie ma miejsca, a dziewczyna wydaje się być tylko epizodem w podróży głównych bohaterów (o tym, że nigdy tego epizodu nie zapomną, widz przekonuje się dopiero w końcówce filmu).

"Jazda" to idealny film na rozpoczynające się właśnie lato. Doskonale pokazuje, że dla wielu osób wymarzone wakacje to coś więcej niż hotelowy basen i drink z palemką w jakimś popularnym kurorcie. Myślę, że każdy, kto obejrzy ten obraz, też zapragnie kupić jakiegoś gruchota, obciąć mu dach i ruszyć przed siebie (podobno w Czechach "Jazda" zainspirowała masę ludzi do podobnych wypraw).

środa, 23 maja 2012

Avengers

Chciałem co nieco pomarudzić o "Diablo III", miałem też w planach reckę "Iron Sky" i demo test "Ridge Racer Unbounded". Nic z tego jednak, gdyż oto zaliczyłem filmowych "Avengersów". Jakże zatem mógłbym pisać o czymkolwiek innym?


"Avengers" to jeden z tych filmów, na które przeciętny człowiek płci męskiej urodzony z latach 80. czekał większy kawałek swego żywota (zakładam oczywiście, że taki osobnik wychował się na komiksach wydawanych w Polsce przez Tm-Semic). Iron Man, Hulk, Kapitan Ameryka, Thor w jednym filmie, to spełnienie mokrego snu każdego fana komiksów superbohaterskich. Oczekiwania były duże, a dodatkowo, jak to przy tego typu produkcjach bywa, rozbudził je trailer. Teraz przyszedł czas zweryfikować obietnice i sprawdzić nie tyle, czy spełnione zostały pokładane w tym obrazie nadzieje, ile marzenia sprzed lat.

O sztandarowej ekipie Marvela słyszał każdy, kto jako tako orientuje się w temacie komiksowych herosów. Polski czytelnik poznał "Avengersów" głównie dzięki zeszytom ze Spider-manem, a potężniejszą ich dawkę otrzymał przy okazji dwóch kolejnych tomów "Mega Marvela", w których zamieszczono historię pt. "Ex Post Facto". Kto jednak szukałby tam składu, który aktualnie podziwiać można na ekranie, srodze się zawiedzie. Bo filmowi Avegersi to po prostu dream team bohaterów Marvela - kanoniczny i najbardziej znany skład grupy. Widać, że twórcy filmu wzorowali się w dużej mierze na "The Ultimates", czyli - wydanej także w naszym kraju - wersji przygód Mścicieli z marvelowej linii Ultimate (w jej ramach prezentowane są odmłodzone i uwspółcześnione wersje superbohaterów). Brakuje, co prawda, małżeństwa Pymów, ale coś mi mówi, że pojawią się w sequelu. Bohaterów każdy mógł poznać przy okazji poprzednich filmów, więc nawet przypadkowy widz powinien wiedzieć, kto jest kim i spokojnie skupić się na seansie.

A seans ten to rozrywka w czystej postaci. Efektowna, szybka, zabawna, ale przy tym niegłupia. Ciężko mi zacząć pisać o czymkolwiek szerzej, bo istnieje niebezpieczeństwo wodolejstwa, streszczenia fabuły, ew. zbyt intensywnych zachwytów. Starczy wspomnieć, że filmowcy podali mi smaczny kąsek już na samym  początku w postaci Cobie Smulders (Robin Scherbatsky z "Jak poznałem waszą matkę") wcielającej się w agentkę Hill. No, a potem jeszcze był Jerzy Skolimowski jako rosyjski generał - niby rola drobna, ale w napisach końcowych nazwisko rodaka pojawia się zaraz po głównych aktorach. To jednak tylko smaczki, które uatrakcyjniają film, jednak nie przesądzają o jego wyjątkowości. Co zatem sprawia, że "Avengers" są tak przyjemnym obrazem? Idealne wyczucie tematu i stworzenie filmu dla masowego widza, który da radochę również ortodoksyjnym fanom.

Pełno tutaj elementów, które są ekranowym puszczaniem oka do miłośników komiksów Marvela. Thor walczy z Iron-manem, a później także z Hulkiem. Ileż było okładek i splash page'ów z motywem tych klasycznych starć, chyba nikt nie jest w stanie zliczyć. Inny element, który wywoła uśmiech na twarzach fanów, to latająca baza S.H.I.E.L.D. A jeśli już o fanach mowa, to nie można zapominać o agencie Coulsonie, prawej ręce Nicka Fury'ego (a raczej jego "lewym oku") i zarazem fanie do kwadratu, który w całym zamieszaniu odegra niebagatelną rolę.

Dla masowego widza (czyt. nie orientującego się w najmniejszym stopniu w komiksowych pierwowzorach ekranowych bohaterów) jest dużo efektownych scen, które obficie podlano sosem z humorystycznych fragmentów. Na szczęście ekranowy humor, mimo że jest go tu naprawdę dużo, stoi na niezłym poziomie i raczej u nikogo nie powinien wywołać uczucia zażenowania. Kilka scen jest naprawdę świetnych, a cały show (zarówno jako typowy bohater, jak i źródło słownych żartów) kradnie Tony Stark.

Jak to w opowieści o superbohaterach, nie mogło zabraknąć tutaj pewnej dawki patosu. Ten na szczęście nie jest natrętny, a jego potencjalne źródło, czyli Kapitan Ameryka, jest zawsze w porę gaszone przez Iron Mana. W filmie nie brakuje jednak mocnych scen, przy których autentycznie przechodzą człowiekowi ciary. Największe wrażenie robi... moment, w którym na ekranie pojawia się tytuł. Jeśli chodzi o kino superbohaterskie, to fragment ten może się równać chyba tylko z początkiem "Supermana" z 1978 roku. Po prostu czuje się, że to jest właśnie ta chwila, na którą czekało tak wiele osób - i to zarówno tych, wychowanych na Tm-semicach, jak i tych, które (począwszy od filmowego "Iron Mana") stopniowo chłonęły zajawki pojawiające się po napisach końcowych kolejnych ekranizacji komiksów Marvela.

"Avengers" naprawdę warto zobaczyć. I naprawdę warto uczynić to w kinie. Nie jest to film, który zmieni komuś życie, wskaże drogę czy uwrażliwi. Nie, on po prostu sprawi, że wychodząc z kina ani przez moment nie pomyślicie, że straciliście ponad dwie godziny życia i dwadzieścia kilka złotych - niby to niewiele, a przecież tak dużo ostatnio na ekranach produkcji, po których żałuje się poświęconego czasu i wydanych pieniędzy. Idźcie zatem, bawcie się dobrze, i... poczekajcie do końca pierwszej partii napisów, aby dowiedzieć się, komu Mściciele dadzą łupnia w drugiej części.

środa, 2 maja 2012

Pamiętniki z wakacji i innych okresów w roku spędzonych z Diabolo

Tekst taki nieco ćwiczebny, coby paluchy i łeb rozruszać. Obrazki pochodzą z blizzardowych stronek, a ich autorem jest Duncan Fegredo (ten sam, który od jakiegoś czasu rysuje kolejne części "Hellboya"). Na marginesie - ciekawe, czy tytuł tego posta przyciągnie jakieś zbłąkane dusze zafascynowane modnymi ostatnio memami? No, to lecimy.


Od startu otwartej bety trzeciego "Diablo" minęły już niemal dwa tygodnie. Ludzie zdążyli ochłonąć, może nawet zapomnieć o problemach z serwerami i na powrót mogą skupić się na odliczaniu dni do 15 maja. I ja czekam. Nie na grę jednak, lecz na pierwsze recenzje, opinie, głosy pełne zachwytu, ale i zawodu. Bo "Diablo" to zjawisko, które porównać można z premierą kolejnych "Gwiezdnych Wojen". Wiem przy tym, że gry w dniu premiery nie kupię, bo nie mogę sobie pozwolić na poświęcenie jej dni wolnych, a przede wszystkim wakacyjnego urlopu. Nie zawsze jednak tak było i o tym m.in. traktuje niniejszy tekst.

"Diablo" nigdy nie było dla mnie obiektem kultu porównywalnym z drugim i trzecim "WarCraftem" czy oboma "StarCraftami". Bycie na najniższym stopniu podium blizzardowej trójcy nie przeszkodziło mu jednak zabrać mi z życiorysu masy czasu - co ciekawe, głównie w okresie wakacyjnym. Przygoda z jedynką zaczęła się od dema, które znalazłem na jakiejś płytce z niemieckiego magazynu o grach (kiedyś sprzedawano je w kioskach całymi pakietami, niby jako osobne pismo - na cedekach trafiało się dużo dobrych, starszych rzeczy, a cena była całkiem znośna). No i to demko przeszedłem kilka razy. Jak wtedy mniemałem, była to moja pierwsza przygoda z grami RPG - do czasu aż okazało się, że "Diablo" to ponoć wcale nie rolplej... Nie minęło wiele czasu i w moje ręce trafiła pełna wersja wspomnianej gry. Słyszałem wówczas, że "Diablo" da się przejść w jedną noc. Nie wątpię, ale mi zajęło to tydzień. Wyjątkowo upalny tydzień. Wakacje w pełni, temperatura w okolicach 30 stopni, a ja zabunkrowany w zaciemnionym pokoju (promienie słoneczne nie dość, że przeszkadzały w wpatrywaniu się w monitor, to dodatkowo psuły klimat). Pamiętam, że pierwszy raz przeszedłem "Diablo" łotrzycą. Potem był wojownik, a następnie wersja z "Hellfire" i ukryty barbarzyńca oraz bard. Ostatni raz w jedynkę grałem w 2008 roku (oczywiście w wakacje) - tym razem czarodziejem. Jedynie mnichem nigdy nie ukończyłem gry, a wszystko chyba przez jego plastikowy wygląd.


"Diablo 2" stało się grą kultową na długo przed swoją premierą. Dzisiaj, kiedy na kolejne produkcje (zwłaszcza te tworzone przez Blizzarda) czeka się latami, cała akcja z wielomiesięcznym oczekiwaniem na drugą część "Diablo" może wydawać się śmieszna, ale na przełomie wieków to naprawdę była najbardziej, a przy tym najdłużej, wyczekiwana gra (dorównać mógł jej tylko "Duke Nukem Forver"). W prasie jej zapowiedzi pojawiały się co kilka miesięcy i gdybym przegrzebał teraz swoją kolekcję pism o grach, to jestem pewien, że w wielu z nich znalazłoby się coś o "Diablo 2". W końcu rzeczona produkcja ujrzała światło dzienne i zaczął się szał. Kumpel w drodze do szkoły regularnie streszczał mi (i w sumie wszystkim, którzy byli w autobusie, bo głos ma donośny) swoje postępy w grze. Wówczas jakoś mnie to nie brało. Już teraz nie pamiętam, czy sprzęt miałem za słaby, czy ogólnie nie czułem potrzeby zagrania w jedną z najgłośniejszych wówczas gier (do dzisiaj mam tak z "World of WarCraft"). Owszem, sprawdziłem demko i muszę przyznać, że było całkiem przyjemne, jednak to już nie było to coś, co czułem, kiedy pierwsze raz zagrałem w poprzednią część. Dopiero kiedy pojawił się dodatek, postanowiłem spróbować. Wybór padł na druida. No i znowu wsiąkłem, tradycyjnie kosztem wakacyjnego obcowania z tzw. świeżym powietrzem. Dwójka miała to wszystko, za co gracze pokochali jedynkę, tylko jeszcze więcej i lepiej (jak to wzorcowy sequel). Najprzyjemniejsze było oczywiście kolekcjonerstwo. W jedynce obiektem pożądania były przedmioty unikatowe, w dwójce zastąpiły je komplety. Tym jednak, co mnie najbardziej urzekło i ostatecznie przekonało do "Diablo 2" był drugi akt. Lut Gholein oraz otaczająca to miasto pustynia, pełna starożytnych grobowców, to jedna z najpiękniejszych lokacji z jakimi kiedykolwiek zetknąłem się w grach. Mieszanka arabskich i staroegipskich klimatów sprawdziła się doskonale, a za prawdziwą wisienkę na torcie trzeba uznać wejścia do grobowców, jako żywo przypominające budowle w Petrze.

Należę do tych graczy, którym jednorazowe przejście gry wystarczy i jeśli już do niej wracają, to po latach. Tak było z pierwszym "Diablo", tak było też z drugim, po które ponownie sięgnąłem w 2010 roku, tym razem wybierając czarodziejkę. Oczywiście grałem w wakacje. I to w czasie, kiedy miał pojawić się drugi "StarCraft". O tym jak bardzo wciągnął mnie Pan Grozy i jego bracia, niech świadczy fakt, że "Diablo 2" kończyłem w czasie, kiedy na mej półce znajdował się już "StarCraft 2", a na stole leżał nowy laptop. Jeden, dwa dni musiały jednak jeszcze poczekać - wszak już tak niewiele pozostało mi do ostatecznej konfrontacji z Baalem.


No i teraz beta "Diablo 3". Już pierwsze obrazki były bardzo obiecujące, a sprawdzenie gry na żywca utwierdziło mnie w przekonaniu, że będzie ona godnym następcą swoich wielkich poprzedników. Oczywiście, są pewne braki, a fakt, że system walki oparto na umiejętnościach i nie mogę (lub nie potrafię) użyć broni, którą dzierżę w dłoni, naprawdę mnie wkurza. W sumie, to pograłem tylko jeden dzień (w piątek i w sobotę nie udało mi się połączyć z serwerem), a moja mysz cierpi na niedobór klawiszy, więc może da się jakoś wykonać zwyczajny cios mieczem, czy wypuścić z łuku strzałę, która nie przypominałaby kolorowej wiązki lasera... Klimatu trzeciemu "Diablo" jednak nie brakuje, a to przecież najważniejsze. Poza tym, kiedy już pograłem w betę, to przez kilka dni towarzyszyła mi spora ochota kontynuowania rozgrywki. I właśnie przez to niepokojące uczucie, które łatwo może przerodzić się w nałóg, chwilowo daruję sobie zakup pełnej gry.

Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy nie grałem w "Diablo" w multi. Pierwszy raz dopiero przy okazji otwartej bety trzeciej części i muszę przyznać, że kiedy raz spróbuje się trybu dla wielu graczy, to singiel wydaje się lekko nudnawy. No, ale tak jak wspominałem, w poprzednie części grałem dla opowieści, klimatu i przedmiotów.

Na zakończenie warto wspomnieć, że grafika nawiązująca do "Diablo" zdobi pierwszy numer "Resetu", a towarzyszy jej napis "Przebój sezonu", co doskonale może świadczyć o ówczesnej randze tej produkcji.