sobota, 11 maja 2013

Ookami Kodomo no Ame to Yuki

Przekładając nieuniknione, czyli to, co muszę napisać, zajmuję się pisaniem o tym, o czym lubię... W tekście prawdopodobnie pojawią się spojlery, więc czujcie się ostrzeżeni. Obrazek pożyczyłem z zerochan.net.


"Ookami Kodomo no Ame to Yuki" to anime występujące również pod nazwą "Wolf Children". Polskiego tytułu jeszcze się nie dorobiło, ale roboczo pojawia się tu i ówdzie jako "Wilcze dzieci: Ame i Yuki". W tytule zostawiam oryginał, bo brzmi o wiele ładniej niż anglojęzyczna wersja, natomiast w tekście, dla ułatwienia, będę się posługiwał skróconym spolszczonym wariantem.

Jest masa filmów, których streszczenia nastawiają człowieka naprawdę optymistycznie. Nierzadko zdarza się jednak, że takie tekstowe zajawki, podobnie jak filmowe trailery, są tylko czczymi przechwałkami, obietnicami bez pokrycia, na które nabierają się kolejni widzowie. Rzadziej trafia się sytuacja, kiedy pierwsza informacja odstręcza potencjalnego widza od dzieła, na które naprawdę powinien zwrócić uwagę. I właśnie z "Wilczymi dziećmi" miałem ten specyficzny problem. Bo jak podejść do informacji, że jest to film o dziewiętnastolatce, która zakochuje się w wilkołaku?

Na szczęście omawiana produkcja nie ma nic wspólnego z amerykańskim kinem dla nastolatków, więc obawy przed powtórką "Zmierzchu" szybko się rozwiewają. "Wilcze dzieci" to ciepła, obyczajowa opowieść o trudach samotnego wychowywania dzieci. Owszem, na początku pojawia się motyw miłosny. Hana poznaje na studiach tajemniczego chłopaka, który okazuje się być ostatnim przedstawicielem pradawnej rasy japońskich wilkołaków. Nie ma tu jednak miejsca na starożytne tajemnice, mistyczne pierdoły czy akcje rodem z gotyckich horrorów. Para nietypowa, ale związek już bardzo typowy. Wspólne mieszkanie, niezbyt dochodowa praca, rezygnacja ze studiów, pierwsze dziecko - jest tu sporo elementów, które pojawiają się w życiu niejednej pary rozpoczynającej wspólne, dorosłe życie. Kiedy na świat przychodzi drugie dziecko, niespodziewanie i w tragicznych okolicznościach ginie jego ojciec, a Hana zostaje sama z dwójką potomstwa.

Samotnej matce nie jest łatwo, a co dopiero samotnej matce, przed którą los postawił zadanie wychowania wilkołaków. Yuki i Ame, bo tak dzieci mają na imię, zazwyczaj znacząco nie różnią się od swoich ludzkich rówieśników, jednak pod wpływem emocji ich twarze zmieniają się w wilcze pyszczki. Kilkuletnie brzdące wolą też biegać po dywanie w wilczej skórze, niż po ludzku raczkować. Jak każde małe dzieci wymagają jednak fachowej opieki, także medycznej. Z czasem chęć ukrycia ich przed światem spowoduje, że Hana przeprowadzi się z nimi na wieś. Tutaj zbliżą się do natury, nauczą lepiej panować na swoimi przemianami i ostatecznie odkryją, którego pierwiastka jest w nich więcej: ludzkiego czy wilczego.

"Wilcze dzieci" to produkcja bardzo mocno angażująca emocje widza. Ciężko się nie wzruszyć losem Hany, czy nie uśmiechnąć widząc rozrabiające dziecio-szczeniaki. Duża w tym zasługa oczywiście muzyki, ale też projektów postaci i ogólnie całego poziomu graficznego animacji. Realistyczne, ale pozostające w mangowej stylistyce, dzieci przyjmując pół-wilczą formę wyglądają niczym antropomorficzne zwierzęta z disneyowskich kreskówek. O dziwo, takie przejście doskonale się sprawdza i stanowi dodatkowy atut filmu. Jeśli już do czegoś można się przyczepić, to do fragmentów, gdzie rysunkowe elementy zastąpiono prawdziwymi lub komputerowymi ujęciami (ciężko jednoznacznie określić technikę ich wykonania).

"Ookami Kodomo no Ame to Yuki" nie jest obrazem bez wad. Tu i ówdzie trafiają się dłużyzny, zwłaszcza w finale, który nie dość, że nieco się wlecze, to jeszcze nie jest w pełni satysfakcjonujący. Wszystko to jednak rekompensują doskonale zarysowani główni bohaterowie tej opowieści, czyli Hana, Ame i Yuki. Do każdego z nich widz się przywiązuje i każdemu kibicuje. Nawet klasyczne przeciwieństwo charakterów dwójki rodzeństwa zostało dobrze rozwinięte i znalazło swoje odzwierciedlenie w ich wyborze ostatecznej drogi życiowej. A to ostatnie nie zawsze jest takie oczywiste i nieraz w anime można trafić na bohaterów zbudowanych na zasadzie kontrastu, którego głównym celem jest wytłumaczenie wrogości protagonistów lub wprowadzenie dodatkowego elementu komediowego.

"Wilcze dzieci" to niemal dwie godziny bardzo dobrej, obyczajowej opowieści. Paradoksalnie - mimo elementów nadprzyrodzonych - to, co dzieje się na ekranie jest bardzo realistyczne. Może to nie ta klasa, co filmy Miyazakiego, ale myślę, że twórca tego obrazu, czyli Mamoru Hosoda, spokojnie znalazłby swoje miejsce w studiu Ghibli. Zwłaszcza, że ma już na koncie m.in. takie rzeczy jak "Summer Wars" czy "O dziewczynie skaczącej przez czas".

wtorek, 30 kwietnia 2013

Demo test: Sacred Citadel

Zostało tylko kilka godzin na zrealizowanie jakże ambitnego planu pt. "dwa wpisy w kwietniu"... Wszystkie obrazki, które zdobią poniższy artykuł, zaczerpnąłem ze Steama, więc nie zawsze oddają stan faktyczny dema (np. nie można w nim bawić się w trybie multi). Tyle wyjaśnień - pora przejść do rzeczy.

"Sacred Citadel" to beat'em up osadzony w realiach action PRG pt. "Sacred". Co ciekawe, oba wspomniane gatunki określa się często mianem hack'n'slash, więc na upartego można powiedzieć, że niewiele się zmieniło. Ot, rzut izometryczny zastąpiony został widokiem z boku. Takie stwierdzenie byłoby jednak sporym nadużyciem, gdyż hack'n'slash jest terminem zbyt szerokim, aby można go było jednoznacznie uznać za nazwę gatunku. To bardziej określenie pewnej stylistyki, pozwalające wrzucić do jednego wora ogół produkcji o pewnych wspólnych elementach. Analogicznie mianem "samochodówka" można określić "Micro Machines", symulator F1, ale też np. pierwsze "GTA". Mam nadzieję, że analogia jest jasna. A jeśli nie? Cóż, osobiście wystrzegam się używania terminu hack'n'slash, gdyż od razu stają mi przed oczyma tak skrajne przykłady jak "Diablo" i "Golden Axe". Preferuję tradycyjne "RPG akcji" dla pierwszego tytułu, a "chodzone mordobicie" dla drugiego. I tak też będzie w niniejszym tekście.


Co do samego "Sacred", to nigdy jakoś dłużej w tę produkcję nie grałem. Pierwsze moje skojarzenie z nią związane? Bardziej kolorowa odmiana "Diablo", w której można jeździć na koniu. Pamiętam też, że obok "Dungeon Siege" był to jeden z pierwszych naprawdę popularnych naśladowców wspomnianej produkcji Blizzarda ("Torchlight" miał pojawić się dopiero wiele lat później). Nie będę zatem porównywał omawianej odsłony do jej poprzedników. Raz, że wcześniejszych gier nie znam, dwa, jak napisałem wyżej, "Sacred Citadel" to produkcja znacząco się od nich różniąca.

Pierwsze zapowiedzi "Sacred Citadel" były naprawdę obiecujące. Chodzonych mordobić nigdy dość, tym bardziej osadzonych w realiach fantasy. Od czasów "Golden Axe" gry tego typu mogły bowiem pochwalić się wieloma wybitnymi przedstawicielami, żeby wspomnieć tylko dwie części "Dungeons & Dragons", "Guardian Heroes" czy stosunkowo świeże "Castle Crashers". Pierwsze screeny z "Sacred Citadel" pozwalały wierzyć, że chlubna tradycja gatunku zostanie podtrzymana. Tylko, czy ktoś naprawdę ocenia jeszcze gry po paru obrazkach? Owszem, na statycznych grafikach ta produkcja prezentowała się bardzo przyjemnie, oczarowując feerią barw, ładnymi efektami świetlnymi, wreszcie przyjemną, kreskówką estetyką. Nawet filmiki prezentowały się niezgorzej, mimo że można było w nich już dostrzec pierwsze niepokojące symptomy...

Wreszcie odpaliłem demo "Sacred Citadel". I od razu niemiła niespodzianka, w postaci gry tylko w oknie. I to naprawdę nie jest drobiazg, o czym można przekonać się podczas naparzania w klawisz "shift" (odpowiedzialny za unik), kiedy to w ferworze walki ekran nagle przysłania okienko z propozycją trwałego przypisania funkcji klawisza (czy czymś w tym rodzaju). Kolejny mankament, który pojawia się już na starcie, to sterowanie. Kierunki pod "WSAD-em" to dzisiaj norma, ale co powiecie, aby w związku z tym pod właściwymi klawiszami kierunkowymi ukryć ciosy? Paranoja. Przypominam, ze mówimy o mordobiciu. Czy naprawdę nie można było zostawić literek z lewej strony klawiatury na ciosy, a kierunki staroszkolnie przypisać klawiszom kierunkowym? Ok, może na wzór konsolowego pada gracze lubią mieć sterowanie pod lewą dłonią, a ciosy pod prawą, ale wtedy naturalniejszym wyjściem jest przypisanie ciosów klawiszom numerycznym, ew. zostawienie nieszczęsnego "WSAD-a" i rozłożenie ciosów gdzieś przed "enterem" i prawym "shiftem". Tyle w temacie klawiszologii. Kiedy już się do niej przyzwyczaimy i przestaniemy przypadkowo odpalać specjala wchodząc do miasta, to zabawa staje się w miarę strawna, choć nadal nie pozbawiona wad.


Wspomniałem, że obrazki były całkiem ok, ale w filmikach pojawiało się coś niepokojącego. Po odpaleniu gry złe obawy się sprawdziły. Postacie mają ładny wygląd, ale niestety zbyt mało klatek animacji, przez co wydaja się plastikowe. Ponadto na ekranie zbyt często pojawia się chaos, a liczba wrogów jest zbyt duża, nawet jak na chodzone mordobicie. Nie ma tutaj znanego ze starszych produkcji "czekania w kolejce", wrogowie lubią atakować chmarą, a jeśli nawet pojawiają się falami, to w każdej z nich jest ich na tyle dużo, że nie ma szans na zastosowanie jakiejś bardziej złożonej taktyki, wykorzystującej rozmaite kombinacje ciosów.

Jeśli chodzi o grywalne postacie, to do wybory mamy wojownika, magiczkę (o ileż ładniej brzmiałoby "czarodziejkę"), łowcę i szamankę. Wojownik jest wolny, jak dla mnie za wolny. Magiczka słaba, wręcz za bardzo. Za to pozostała dwójka to typowe średniaki. Na szamankę brakło mi już zapału, ale to właśnie łowcą skończyłem demko i muszę przyznać, że bawiłem się całkiem nieźle. Dwa miecze i łuk to dobra kombinacja, mimo że aby powalić szeregowego oponenta musiałem "strzałami przysłonić słońce". Po drodze znaleźć można mocniejszy oręż, różne buteleczki, zbroje, magiczne kryształy etc. Jest w czym wybierać i wszystkie te elementy naprawdę urozmaicają rozgrywkę. Można je również kupić w miasteczku, gdzie ponadto istnieje możliwość obstawienia zakładu, dotyczącego naszych zdolności pokonania konkretnej misji (przechodzenie na jednym życiu, na czas, na punkty). Miasto to jeden z ciekawszych elementów w całej grze, który może nie jest żadnym novum w gatunku, ale na tle dosyć monotonnych poziomów naprawdę urozmaica rozgrywkę. Bo poszczególne levele, przynajmniej te z dema, w żaden sposób mnie nie urzekły. Nawet urozmaicenia w postaci wybuchających beczek, zabójczych wagoników czy wiszącej kłody, nie za wiele im pomogły. Podobnie było z przeciwnikami. Wyzwanie miały chyba stanowić tylko ich paski energii. Zabawa zaczęła się dopiero przy skalnych małpach, praktycznie już pod koniec dema. Sami bossowie są za to nieco przekombinowani, zwłaszcza w porównaniu z relaksacyjnymi szeregowcami. Na szczęście po paru próbach i ich udaje się spacyfikować.

Mimo słabej animacji oprawa graficzna "Sacred Citadel" może się podobać. Nie jest zbyt szczegółowa, ale nadrabia to efektowną kolorystyką i ogólnie kreskówką (ktoś inny napisałby: komiksową) estetyką. Gorzej jest z oprawą dźwiękową. O ile pierwsze dźwięki, które towarzyszą wizycie w menu, brzmią obiecująco, to muzyka podczas rozgrywki w pewnym momencie zaczyna irytować. Co do samych odgłosów, to ich wachlarz nie jest zbyt szeroki. Np. nie za bardzo przypominam sobie odgłos palącego się drewna (i ciała), mimo że ognia na naszej drodze jest całkiem sporo. Ale tutaj akurat pamięć może mnie zawodzić...


Pora na podsumowanie. Historia w "Sacred Citadel" nie wciąga, klimat podczas zabawy się nie udziela, a udziwnione sterowanie potrafi zniechęcić od pierwszej chwili. Warto jednak dać tej produkcji nieco czasu. Wczoraj wytrwałem przy niej dwie godziny, dzisiaj jedną i szczerze powiedziawszy dopiero dzisiaj naprawdę dobrze się bawiłem. Jakim cudem tak długo udało mi się usiedzieć przy niej wcześniej? Nie mam pojęcia, chyba po prostu jestem komputerowym masochistą (nieważne jak - ważne, aby przed snem mieć czerwone spojówki). I w sumie nie żałuję, że wróciłem do tej gry. Kto wie, może nawet kiedyś ją kupię, jak będzie w jakimś zestawie za "co łaska"... Jeśli jednak szukacie naprawdę dobrego beat'em up w klimatach fantasy, to sięgnijcie po emulatory Capcom Play System i odpalcie sobie "The King of Dragons", "Knights of the Round", a najlepiej którąś z dwóch części "Dungeons & Dragons". Jeśli zaś z jakichś powodów nie lubicie emulatorów, to pozostaje wam "Castle Crashers" - śliczna i wciągająca produkcja, która w swoim gatunku właściwie nie ma konkurencji (przynajmniej nie na PC). A wracając do "Sacred Citadel", to i tak sprawdźcie demko. Raczej wam to nie powinno zaszkodzić.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Sześciokącik StarCrafta #21

Wiosenna zima za nami, wiosenne lato też powoli się kończy i z tego, co widać za oknem, rozpoczyna się wiosenna jesień. A czyż na pisanie jest lepsza pora roku niż jesień?


Od ostatniej części tego nieregularnego cyklu minęło już sporo czasu, w którym starcraftowy światek doświadczył jednego naprawdę istotnego wydarzenia. Chodzi oczywiście o premierę "Heart of the Swarm". I właśnie o Sercu Roju będzie niniejszy tekst. Tylko nie traktujcie go jako recenzji, gdyż to po prostu wyjątkowo osobista opinia, w której próżno szukać obiektywnej oceny. Ot, głos fana, który od kilku tygodni siedzi przy jednej grze.


Premiera "Heart of the Swarm" miała miejsce 12 marca. Z różnych przyczyn (głównie wsiąknięcia w pierwszą część "Darksiders") zakupiłem go dopiero pod koniec zeszłego miesiąca. Akurat na święta. Od momentu zakupu do ukończenia kampanii upłynęło jakieś pięć dni średnio intensywnego grania. Pierwsze wrażenie miałem nieco ukierunkowane przez recenzje, które wcześniej czytałem. Przewijało się w nich przede wszystkim narzekanie na fabułę (no i oczywiście standardowe kręcenie nosem, że jedną grę podzielono na trzy). I faktycznie, fabuła nie zachwyca. O ile sam początek jest bardzo obiecujący i trzy pierwsze misje, okraszone dynamicznymi przerywnikami, pozwalają wierzyć, że będzie się działo, o tyle później jest już tylko historia pt. "Sarah Kerrigan zbiera armię i rusza na Mengska". Są tutaj przyjemne zaskoczenia, takie jak wprowadzenie pierwotnych zergów czy powrót Stukova w robaczywej wersji, tylko że niestety nie są one w stanie zamaskować głównej osi fabularnej. Nieustannie w mojej głowie pojawiały się pytania o zasadność wprowadzania do fabuły takich, a nie innych elementów. Po co Kerrigan leciała na Kaldir? Co jej dało zabranie Zagary na pokład lewiatana? No i wreszcie: czemu tak łatwo uwierzyła w śmierć Raynora? Cała fabuła mogłaby się zamknąć w misjach początkowych, kampanii na Czar, a potem ataku na Korhal. Gdzieś po drodze Kerrigan powróciłaby do postaci Królowej Ostrzy, dowiedziała się o Amonie i tyle. Historia uniwersum gry nie stałaby się przez taki skrót jakoś specjalnie uboższa. Inna sprawa, że sama rozgrywka wiele by straciła.

Może to dziwne, ale o ile fabuła jest taka sobie, to misje są świetne. W każdą gra się bardzo przyjemnie, a wracanie do nich wcale nie musi oznaczać nużącej rozgrywki. System wyboru ulepszeń dla jednostek tylko na potrzeby konkretnej misji też jest doskonałym rozwiązaniem. Poza tym są jeszcze misje ewolucyjne, które trwale przekształcają nasze jednostki. I o ile system ewolucji jest świetny, to już same misje, podczas których zbieramy esencję i testujemy potencjalne ulepszenia, nieco nudzą, gdyż są tak łatwe, że nie da się ich nie przejść. Kolejny plus należy się za system rozwoju Kerrigan, dzięki któremu w każdej misji, w której się pojawia, jest ona podstawową jednostką ofensywną. W większości misji o bardziej tradycyjnej konstukcji, polegajacej na rozbudowie bazy, w pierwszych minutach Kerrigan doskonale sprawdza się w szybkich, niszczycielskich wypadach na większe skupiska przeciwników. Kiedy z kolei już dorobimy się armii, którą przeprowadzimy główny szturm, to nasza bohaterka zawsze stanowi jej najważniejszy składnik. Dzięki temu, że może się odradzać nie jest już Sarą znaną z pierwszego "StarCrafta", którą używało się tylko w początkowych etapach, aby później schować ją za linią konstrukcji obronnych. Z drugiej strony, odradzanie bohatera to spore ułatwienie, które nieco niszczy magię gry. Dawniej komunikat "Kerrigan was killed" poprzedzał "Mission failed", przez co gracz musiał się skupiać nie tylko na celu misji, ale też na ochronie swojego herosa. No, ale do takiego patentu w blizzardowych RTS-ach mogłem się już przez tę dekadę, która minęła od premiery trzeciego "WarCrafta", przyzwyczaić.


Pod względem oprawy "Heart of the Swarm" olśniewa. I mimo, że mój laptop nie jest w stanie pociągnąć najwyższych ustawień graficznych, to przy średnich też nie jest źle. Muszę jednak przyznać, iż odpalając w jakości HD poradniki zdobywania mistrzowskich osiągnięć, które można znaleźć na YouTube, dostrzegłem, że część doznań estetycznych mnie omija. Muzyce też nie można nic zarzucić. Może jest mniej wyrazista i "robaczywa", niż w kampanii zergów z pierwszego "StarCrafta", ale za to całkiem przyjemnie słucha się jej nie tylko podczas rozgrywki, ale też jako tło do chodzenia po mieście, czytania czy pisania.

Filmiki są klasą samą dla siebie. Jak to w dodatkach bywa (analogia z "Brood War" nasuwa się sama) prerenderowane animacje pojawiają się tylko na początku i na końcu kampanii. Sekwencja ataku na Augustgrad wbija w siedzisko i razem ze sceną w komnacie Mengska tworzy dyptyk, którego nie da się zapomnieć. Co ciekawe, niewiele gorzej wyglądają przerywniki renderowane w czasie rzeczywistym, którymi poprzetykano istotniejsze z misji. Momentami aż zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie jest prerenderowana animacja (np. w przypadku filmiku z Zeratulem), ale uważniejsze przyjrzenie się włosom głównej bohaterki, pozwalało na szybką weryfikację mych wątpliwości. Ogólnie jest równie dobrze, a biorąc pod uwagę jakoś renderowanych animacji, nawet lepiej niż w "Wings of Liberty". Blizzard zawsze robił najlepsze sekwencje filmowe w branży i tutaj to się nie zmieniło.

Kolejny plus, który wiąże się z drugą częścią drugiego "StarCrafta", to zmiana głównego menu. Wszystko jest teraz czytelniejsze, a osobne okienka dla "Wings of Liberty", "Heart of the Swarm" i Wyzwań, wraz z procentowym oznaczeniem zdobytych osiągnięć, to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Mała rzecz, a cieszy.


Kampania jest krótsza niż w podstawce. Nie ma też nowych Wyzwań. No i odchodzi aspekt pierwszego wejścia w rozgrywki sieciowe i gry dowolne. Z tego też względu osiągnięć w "Heart of the Swarm" jest do zdobycia dużo mniej. Nie na tyle jednak mało, aby nie wydłużały one skutecznie czasu gry. Co ciekawe, w misjach nie ma osiągnięć do zdobycia na trudnym poziomie. Zamiast nich są osiągnięcia mistrzowskie, które co prawda trzeba przejść na hardzie, ale ich zdobycie nie jest konieczne do zaliczenia danej misji na 100 %. Trochę to moje wyjaśnienie zamotane, jednak zapewniam, że sam system jest dosyć prosty do ogarnięcia, a same mistrzowskie osiągnięcia naprawdę stanowią wyzwanie i muszę przyznać, iż moja przygoda z większością z nich zaczyna się od obejrzenia jakiegoś poradnika.

Jeśli chodzi o rozgrywkę multiplayer, to nie jestem w stanie nic o niej napisać, gdyż jeszcze jej nie skosztowałem. Ot, jeden, szybko przegrany meczyk z kumplem, tylko po to, aby zdobyć unikalne osiągnięcie, które pojawiło się czasowo z okazji 15-lecia mojej ulubionej gry. Kiedyś może się przełamię, podszkolę umiejętności i skosztuję rozgrywek sieciowych. W tej chwili jednak gra singlowa w zupełności mi wystarcza. System osiągnięć i konstrukcja misji nie pozwalają się nudzić, nawet biorąc poprawkę na to, że fabuła nie porywa.

I jak bardzo bym na tę ostatnią nie kręcił nosem, to kończąc grę po raz pierwszy, byłem urzeczony. Tak jak Jim Raynor wiedziałem, że to ważna chwila. I tak jak on mogłem tylko powtórzyć: "To była przyjemność, skarbie".


poniedziałek, 4 marca 2013

Tengen Toppa Gurren Lagann

Dzisiaj parę słów o moim animowanym odkryciu roku (jak na razie). Trochę czasu minęło odkąd obejrzałem ten serial i chyba wkręciłem się nieco w fanboystwo (jeśli w ogóle istnieje taki termin). Nad moją głową wisi wielka reprodukcja poniższej grafiki (dzięki raz jeszcze Madziu), na komórkowej tapecie też wdzięcznie pręży się Yoko, a wczoraj obejrzałem pierwszą z pełnometrażówek - będącą w przeważającej części streszczeniem połowy serialu - i nadal mi się podobało. Kiedyś mi przejdzie, ale do tego czasu ma facjata będzie się niezmiennie cieszyć na widok np. takich pierdółek.


Tengen Toppa Gurren Lagann to w największym uproszczeniu anime o wielkich robotach. Stworzył je słynny Gainax, więc nietypowe podejście do oklepanego tematu nie powinno nikogo dziwić. Ci, którzy spodziewają się powtórki z Neon Genesis Evangelion, mogą się jednak srodze zawieść. Tym razem religijne i filozoficzne motywy zostały zawieszone na kołku, a ich miejsca zajęła bezpretensjonalna rozrywka, na którą składa się masa humoru i drugie tyle nawalanki, a skali wydarzeń rozgrywających się na ekranie nie oddaje nawet mocno wyświechtany przymiotnik "epicki".

Akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy wioskę głównych bohaterów atakuje Gunmen, czyli olbrzymi robot bojowy, wyglądający jak głowa z kończynami, pilotowany przez zwierzoczłeka. Chłopaki całe swe dotychczasowe życie spędzili pod ziemią (bo w świecie opowieści właśnie tutaj jest miejsce ludzi), więc kiedy tylko trafia się okazja na wydostanie się na powierzchnie, biorą sprawy w swoje ręce. Przy pomocy Yoko (czerwonowłosa kwintesencja tego, co macie na myśli, kiedy słyszycie określenie "bohaterka anime") i małego Gunmena, odkopanego przez jednego z nich, pokonują przeciwnika i rozpoczynają nowy etap swego żywota. Dołączają do załogi walczącej z Gunmenami, a Kamina (starszy z bohaterów) zdobywa mecha, który z czasem zacznie się łączyć z robotem Simona (młodszy bohater, który prowadzi małego Gunmena) w tytułowego Gurren Laganna, w wyniku czego rozwałka na ekranie nabierze niebotycznych rozmiarów. Z czasem ta dwójka wraz z Yoko, mechanikiem Leeronem, i wieprzokretem Bootą wyruszają na wyprawę, podczas której skompletują Dai Gurren Brygadę, pokonają głównego złego i jego świtę, a potem... A potem wszystko zacznie się na nowo - tyle, że zagrożenie będzie mieć tym razem prawdziwie kosmiczne rozmiary.

Serial składa się z 27 odcinków. Pierwsza połowa kończy się po 15, następnie jeden odcinek zarezerwowano na streszczenie dotychczasowych wydarzeń, a epizody od 17 do 27 to opowieść rozgrywająca się po siedmiu latach, które minęły od pokonania Lorda Genome (młodzi herosi dojrzeli, dzieci dorosły, a ludzkość w niesamowitym tempie nadrobiła cywilizacyjne braki, będące skutkiem wieków egzystencji pod ziemią). Oprócz tego powstały dwa filmy pełnometrażowe, streszczające fabułę serialu (acz co nieco w nich pozmieniano) i zbiór teledysków pt. Gurren Lagann Parallel Works (do znalezienia na youtube).

Tengen Toppa Gurren Lagann to zwariowana jazda bez trzymanki. Od pierwszych minut uderza w niej niewybredny humor oraz spora dawka przemocy. Bohaterowie są różnorodni, a przy tym przerysowani do granic możliwości, natomiast roboty bojowe mają wygląd, który odrzuci konserwatywnych miłośników gatunku. Jeśli chcecie przekonać waszych znajomych, że anime to nie tylko głupkowate gagi, przemoc, fabuła nietrzymająca się kupy i dużo cycków, to nie puszczajcie im tego anime. Jest w nim bowiem wszystko, o czym myśli laik, kiedy słyszy o japońskiej animacji. Ba, jest tego tutaj tyle, że nawet ktoś, kto widział coś więcej niż Czarodziejkę z księżyca, będzie w głębokim szoku. Wszystko tu jest spektakularne. Bohaterowie wykrzykują nazwy ataków, roboty stają się coraz większe (w końcówce serialu już właściwie nie wiadomo w ilu robotach siedzi bohater, bo jeden znajduje się w drugim niczym ruskie matrioszki), zaś plan wydarzeń przenosi się z podziemi na powierzchnię planety, następnie w przestrzeń kosmiczną, a wreszcie zahacza o kilka wymiarów. Nie ma jednak problemu, którego nie mógłby rozwiązać Simon i jego niezawodne wiertło (sic!). Bo wszystko tutaj obraca się wokół teorii spiralności. Ludzie jako istoty spiralne posiadają niezwykłą moc, które ma się stać przyczyną ich zguby. Największe pokłady tej mocy drzemią właśnie w Simonie, a ich widzialnym znakiem są kolejne, coraz większe wiertła wyrastające z Gurren Laganna. Brzmi to wszystko niezbyt mądrze i takie jest w istocie, ale sposób w jakie zostało przedstawione nie pozwala się od tego serialu oderwać.


Oprawa Tengen Toppa Gurren Lagann po prostu urzeka. Animacja jest doskonała, muzyka również, a początkowo dziwaczne Gunmeny szybko okazują się prawdziwym powiewem świeżości w skostniałym światku anime o mechach. Doskonale wypadają również bohaterowie - nie tylko pod względem wyglądu, ale także charakterów. I mimo, że podobne typy osobowości odnaleźć można w dowolnym anime, to tutaj zebrano je wszystkie w jednym miejscu. Jest zatem arogancki i charyzmatyczny Kamina, jest szukający swego przeznaczenia, dorastający na oczach widzów, Simon, następnie typowa heroina w postaci Yoko, Nia - naiwne, ale słodkie dziewczę, Viral - szlachetny łotr, Kittan - mający się do Kaminy trochę jak Ken do Ryu (dla tych, co nie wiedzą - seria gier Street Fighter), Leeron - genialny konstruktor, a przy okazji postać będąca parodią wszelkich bishonenów, Rossiu - poważne, rozsądne dziecko, które wyrasta na postać tragiczną tego dramatu, Boota - słodkie zwierzątko itd., itp.

Mógłbym jeszcze długo pisać o tym anime, próbując doszukać się w nim głębszych treści (np. motywu surowej, ale nielogicznej religii, jako czynnika scalającego społeczność, powszechnie znanego faktu, że rewolucja zjada swoje dzieci, czy wreszcie tematu odpowiedzialności władzy), ale tak naprawdę nie o to tutaj chodzi. Tengen Toppa Gurren Lagann to posiadająca kosmiczną skalę epicka opowieść, w której roi się od walki, nie brakuje gagów (w drugiej części jakoś ich mniej), ale znajduje się też miejsce na dramatyczne zwroty akcji (i to naprawdę konkretne i odciskające swoje piętno na historii), nieco wzruszeń, prawdziwą przyjaźń i oczywiście miłość, która zwycięży nawet śmierć. To nie jest produkcja, które zmieni wasze życie, jednak zapewniam, że warto dać jej szansę, aby po kilku odcinkach wsiąknąć w nią jak w bagno. Obok takich tytułów jak Slayers i Full Metal Panic! mój absoluty faworyt w temacie animowanych seriali akcji made in Japan.

czwartek, 21 lutego 2013

Szklana pułapka 5

Od seansu minęło już kilka dni, a ja nadal nie mogę dojść do siebie. Niestety...


Szklana pułapka to jeden z moich ulubionych cykli filmowych, którego każda kolejna część była dla mnie małym objawieniem. Zaczęło się od trójki, potem nadrobiłem jej poprzedniczki, wreszcie z niecierpliwością i niemałymi obawami czekałem na czwórkę, która ostatecznie okazała się całkiem przyjemnym filmem. Fakt ten pozwalał żywić nadzieję, że również piątkę będzie się dało oglądać bez zgrzytania zębami. Niestety, tym razem się nie udało. Ale po kolei.

Już sam trailer dawał do myślenia. Zazwyczaj zwiastuny powodują opad szczęki i prezentują wszystkie najlepsze sceny z pełnego obrazu. Jeśli parę słabych wybuchów, kilka rozbitych samochodów i ze dwa czerstwe hasła, miały być tym, co obraz Johna Moore'a ma najlepszego do zaoferowania, to coś tu nie grało. Hm, a może twórcy nie odsłonili swych najlepszych kart i stworzyli zwiastun, który pokazywał tylko lukier na filmowym torcie, wisienkę rezerwując dla tych, którzy zdecydują się na wizytę w kinie? Nie, oni faktycznie pokazali co lepsze kąski, które wcale takie dobre nie były.

Fabuła jest prosta i opiera się na filmowej nostalgii za schyłkowym okresem zimnej wojny, kiedy to wszyscy żyli w strachu przed szaleńcem, który postanowi wcisnąć atomowy guzik. Uwielbiam zarówno Szpiegów takich jak my, jak i Polowanie na Czerwony Październik - wiecie, cały ten koloryt potężnego ZSRR, dla którego jedynym zagrożeniem okazują się sprytni Amerykanie. W latach dziewięćdziesiątych powstawały jeszcze filmy, w których pobrzmiewał lęk przed ruskimi atomówkami, więc można było się łudzić, że może i po latach ten patent się sprawdzi. Może gdyby to jeszcze był jakiś Bond, a nie kolejna przygoda Johna McClane'a, lub rosyjskie zagrożenie pojawiło się w swojskim Nowym Jorku... Wracając do fabuły: oto Jack, syn Johna, wpada w Moskwie w nieliche kłopoty, w wyniku których ma być sądzony wraz z filmowym odpowiednikiem Michaiła Chodorkowskiego. Na ratunek rusza mu ojciec. John z synem nie miał zbyt dobrych relacji, od lat się do niego nie odzywał, więc nie powinno dziwić, że umknął mu fakt, że jego latorośl została agentem CIA. Para oczywiście się spotka, pojedna, rozwali sporo moskiewskich samochodów i nieco zabudowań w Prypeci. Skończy się dobrze - dla wspomnianej pary, nie dla widza.

Początek jest jeszcze w miarę zjadliwy, a scena pościgu moskiewskimi ulicami naprawdę może się podobać. Mercedes Sprinter robiący pełne kółko przy sporej prędkości, mercedes klasy G doskonale radzący sobie na niełatwej nawierzchni złożonej z innych pojazdów, wreszcie ciężarowy mercedes z gracją unikający strzału z rakietnicy i kręcący w powietrzu rozkosznego bączka. Pozytywni bohaterowie jeżdżą w tym filmie głównie mercedesami, a sami Rosjanie wybierają tylko produkty niemieckiej motoryzacji. Jeśli już mają skorzystać z innego środka lokomocji, ich wybór pada na niezawodne radzieckie śmigłowce Mi (no, nie do końca takie znowu niezawodne...). Pościg jest mocno przerysowany - może nie aż tak, jak analogiczne sceny ze Szklanej Pułapki 4, ale wystarczająco, aby oglądało się go naprawdę przyjemnie. Rozwałka robi wrażenie, dynamiczne ujęcia przyśpieszają tętno, a sama Moskwa okazuje się przy tym wcale nie taka znowu wyludniona, jak można by wnioskować po reszcie filmu. Jeden pościg to jednak za mało, aby uratować cały obraz.


W momencie, kiedy bohaterowie wchodzą do opuszczonej sali balowej rozpoczyna się festiwal coraz gorszych scen. Po kolei: tańczący główny (prawie główny, ale o tym sza...) czarny charakter, zjazd po rurze, który tak naprawdę jest spadaniem z wieżowca, którego nawet John McClane nie powinien przetrwać, wreszcie nazbyt komputerowy Mi-24. Później jest jeszcze podróż z Moskwy do Czarnobyla (prawie tysiąc kilometrów) wyglądająca jak wypad za miasto i cała część filmu, która rozgrywa się w Prypeci. Odnaleźć w niej można dwa elementy, które wywołują śmiech przez łzy (a łzy fana Szklanej pułapki to coś, czego nie naprawi zwykłe "przepraszam" ze strony twórców). Pierwszy z nich to długa (dla mnie trwała całą wieczność) scena, w której ojciec i syn mówią sobie najsłynniejsze z amerykańskich zdań (i nie chodzi wcale o "Fuck you"). Han Solo potrafił właściwie zareagować, jak usłyszał coś takiego z ust księżniczki Lei, a taki mistrz ciętej riposty jak John McClane'a, nie? Nie wierzę (zaraz, to on chyba wypowiedział je jako pierwszy...). Drugi element to wielki kolo z tatuażem CCCP na plecach, który w miejscu, gdzie prawie wszyscy biegają w kombinezonach, hasa sobie bez koszulki udając Techno Wikinga. Takie typy zazwyczaj robią w filmach akcji za sub bossów, którzy dają głównym bohaterom porządny wycisk przed starciem z tym najbardziej złym ze złych. Ale nie tutaj, facet trochę strzela z wielkiego karabinu i już go nie ma. Kino akcji - zwłaszcza kino akcji - też ma swoje żelazne zasady, a wszelkie odstępstwa od nich mało kiedy są dobrym rozwiązaniem. Sam finał rozgrywa się w ciemnościach, które niestety nie są w stanie ukryć mizerności komputerowych efektów specjalnych. W filmie, który wędruje od razu na rynek DVD, może byłoby coś takiego do przyjęcia, ale nie w obrazie, który wchodzi w skład jednego z najważniejszych cykli kina sensacyjnego.

Wylałem swe żale obficie zachlapując niniejszy tekst, ale czy najnowsza Szklana pułapka naprawdę jest aż tak zła? Może gdyby w tytule nie stało jak byk "Die Hard", to ten film byłby znośną, nielogiczną sensacyjną fabułką, ale w momencie, w którym scenarzysta nazywa głównego bohatera John McClane, moje oczekiwania, i wielu innych widzów pewnie też, znacznie rosną. Szklana Pułapka 5 robi to, co nie udało się jej poprzedniczce - niszczy legendę.

niedziela, 3 lutego 2013

Ralph Demolka

Zima za oknem zelżała, palce odtajały, zatem można nieco postukać w klawiaturę.


Ralph Demolka trafił do polskich kin dwa i pół miesiąca po swojej światowej premierze. Chyba wypada się cieszyć, że w ogóle trafił, niemniej jego przykład dowodzi, że czasy, kiedy światowe hity pojawiały się w naszym kraju ze sporą obsuwą, wcale jeszcze nie minęły... Mniejsza z tym. Film gości na rodzimych ekranach od dwóch tygodni, wczoraj zgarnął Annie w najważniejszej kategorii (czyli dla najlepszego pełnometrażowego filmu animowanego), a lada chwila powinien dostać Oscara, zatem nawet jeśli kogoś nie porusza tematyka, ale zależy mu na tym, żeby być na bieżąco z hitami stworzonymi w Hollywood, to i tak powinien zwrócić uwagę na ten obraz.

W największym skrócie Ralph Demolka to typowa animacja od Disneya. Zawarto w niej zatem masę humoru, ważne przesłanie (tym razem przede wszystkim zwrócono uwagę na samotność osobników odrzuconych przez społeczeństwo), dużo ładnej, kolorowej grafiki i wyrazistych bohaterów, którzy będą dobrze się sprzedawać wraz okazjonalnymi wydawnictwami, zestawami w fast foodach i masą innych rozmaitości (na oficjalnej stronie gry już można zagrać w trzy produkcje występujące w filmie, z których na uwagę zasługuje jedynie stylizowana "retro" gierka pt. Felix Zaradzisz).

Tytułowy Ralph jest bohaterem negatywnym w starej automatowej grze. Sprawdza się w swoim fachu już trzydzieści lat, jednak nikt nie dostrzega jego poświęcenia i rola, jaka mu przypadła w udziale, sprawia, że skazany jest on na samotną egzystencję na wielkiej kupie gruzu. Rocznica gry to dobry powód, aby upomnieć się o swoje i dowieść, że nawet bohater negatywny zasługuje na medal. Tego ostatniego Ralph postanawia szukać w innych grach. Podczas swej wędrówki spotka przyjaciół, uratuje cukierkowy świat pewnych wyścigów, a przy okazji również wszystkie gry z salonu i tym samym dowiedzie, że jest naprawdę niezastąpiony. Nikogo nie powinno dziwić, że będzie wielki happy end i przyjaźń po wsze czasy (w końcu to Disney), więc zawczasu odrzucam zarzuty, że wcześniejsze zdanie było spojlerem.

Tym, co urzeka w Ralphie Demolce, jest masa nawiązań do gier komputerowych. Na ekranie swoje cameo zaliczają m.in.: Pac-man, Sonic oraz bohaterowie ze Street Fightera i Mortal Kombat (ci pierwsi w wersji oryginalnej, ci drudzy jako "wariacje na temat"). Z legend zabrakło tylko bohaterów Nintendo z Mario na czele. Nadrabia to jednak fikcyjna gra z filmu, Fix-It Felix, Jr., która wygląda jak połączenie Donkey Konga i Rampage. Smaczków jest tu prawdziwe mnóstwo i każdy zapalony gracz będzie miał mnóstwo radochy z odnajdywania kolejnych tropów. Fajnie, że postawiono tutaj przede wszystkim na automatowy wymiar grania, w związku z czym dominują proste zręcznościówki, nierzadko w klasycznych odsłonach. Twórcy filmu poszli z duchem czasu i pokazali gry jako zjawisko, które ma swoje lata i na którym wychowali się oni sami. Pod tym względem Ralph Demolka na pewno trafi w gusta osób, dla których ikoną gier jest Mario i spodoba się wszystkim, którzy nad wielkie produkcje gigantów rynku przedkładają ambitne, ale pod względem oprawy nostalgiczne, gry indie. Zresztą widać, że tak jak bohaterowie Indie Game: The movie, również twórcy Ralpha Demolki są z pokolenia, które wychowało się na grach. Upraszczając można przyjąć, że tak jak Ci pierwsi wiążą swoje wspomnienia z pierwszymi konsolami Nintendo i klasykami pokoju Zeldy, tak drudzy niemal dekadę wcześniej kieszonkowe zostawiali w automatach z Pac-Manem i Space Invaders.

Oprawa nie pozostawia nic do życzenia. Szczególnie fajnie prezentują się fragmenty, w których dochodzi do przejść pomiędzy typową animacją a stylizacją na 8-bitową grę (np. scena w barze). Warto obejrzeć też napisy końcowe, aby ujrzeć głównych bohaterach na planszach znanych z drugiego Street Fightera czy przygód Sonica. Zresztą Ralph pojawił się gościnnie w najświeższej odsłonie przygód ponaddźwiękowego jeża pt. Sonic & All-Stars Racing Transformed. Muzyce też niewiele można zarzucić. Ot, popowe kawałki jakie towarzyszą większości wysokobudżetowych produkcji. Dla miłośników modnego dubstepu jest nawet Skrillex - zarówno jego utwór (w scenie ataku na wieżę robali, która po drobnych zmianach mogłaby być jednym z przerywników w StarCrafcie II), jak i on sam we własnej osobie (jako didżej na imprezie u Felixa). Na uwagę zasługuje polski dubbing, mający u mnie osobiście dodatkowe punkty za głos Edyty Olszówki, którym przemawia (i krzyczy) pani sierżant.

Ralph Demolka pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Gracze, którzy wychowali się na Call of Duty mogą narzekać, że tak mało tutaj mrocznych lokacji i do robali, za to za dużo wszędzie różowego lukru, którym oblano krainę Sugar Rush. Ktoś, kto oczekuje dużo doroślejszego humoru w stylu Shreka, też może czuć się zawiedziony. Bo najnowsza animacja Disneya to film przede wszystkim dla dzieci i to one będę się na nim najlepiej bawić. Również te "starsze", które doskonale pamiętają jak całkiem niedawno topiły kolejne żetony w automacie z napisem "Street Fighter II"...

Podsumowując, można stwierdzić, że Ralph Demolka to takie Toy Story na miarę naszych czasów, bowiem pociechy zabierze na ten film już nowe pokolenie rodziców. I tak jak siedemnaście lat temu wspomnienia dorosłych widzów przywoływała szmaciana zabawka-kowboj, tak dzisiaj zadanie to przypadło w udziale fikcyjnej, ale jakże przy tym znajomej, rozpikselowanej grze zręcznościowej.

piątek, 4 stycznia 2013

Subiektywne podsumowanie muzyczne A.D. 2012

Nowy rok - zero postanowień, ale pisać postaram się częściej...

Zeszły rok był dla mnie dosyć urozmaicony pod względem muzycznym. Już w tej chwili za bardzo nie pamiętam, czego słuchałem na początku 2012, ale gdzieś na przełomie wiosny i lata rozpoczął się okres prawdziwego muzycznego urodzaju - tak pod względem koncertów, jak i odkrywanych płyt.

Jakoś tak się złożyło, że z początkiem wakacji odkryłem... Muzykę Końca Lata. Bardzo fajna kapela tworząca wpadające w ucho, bezpretensjonalne piosenki. W sam raz na letnie wędrówki, piwko na łonie natury, pogaduchy przy zachodzącym słońcu. Trafiłem na nią przy okazji szukania informacji nt. projektu Maki i Chłopaki - innej ekipy z Mińska Mazowieckiego (ale z tym samym śpiewającym wokalistą). Warto w tym miejscu wspomnieć, że płyta Makiego i Chłopaków miała premierę na wiosnę zeszłego roku i z miejsca mogę ją zaliczyć do jednych z lepszych, jakie ukazały się na polskim rynku w 2012 roku.

Kolejnego muzycznego odkrycia dokonałem już na początku jesieni. Była nim kapela z Bielska-Białej o dźwięcznej nazwie Eye for an Eye. Co prawda, owa nazwa, jak i kilka kawałków, już wcześniej obiła mi się o uszy, ale dopiero gdzieś w październiku zagłębiłem się w pełni w twórczość tej grupy. Okazja ku temu była o tyle dobra, że w 2012 premierę miała "Krawędź" - już piąty album w dorobku zespołu. Eye for an Eye to krótkie, mocne, typowo hardcorowe kawałki, których naprawdę świetnie się słucha (a nawet nuci...).

Muzykę Końca Lata i Eye for an Eye uznaję za dwa największe odkrycia zeszłego roku - jako wyznacznik traktując ilość przesłuchań albumów odkrytej grupy. Jakoś tak się złożyło, że słuchałem głównie krajowej muzyki, która wbrew obiegowym opiniom trzyma się całkiem nieźle, trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać. Rodzimego pochodzenia są również trzy najlepsze płyty mijającego roku (znowu według kryterium ilości przesłuchań). Subiektywne top 3 za rok 2012 wygląda w mym przypadku zatem następująco (kolejność dowolna):

Flapjack - "Keep Your Heads Down". W ostatnim czasie powróciła moda na mocne granie rodem z lat 90. Wrócił KNŻ, wrócił Illusion (jeszcze bez płyty), jedna z twarzy tamtej dekady, czyli Litza, założył Luxtorpedę, w której gra jak za starych, dobrych czasów. Nie powinno więc dziwić, że i na dobre powrócił Flapjack - kapela, która wcześniej przez wiele lat egzystowała od okazji do okazji. Na nowy album przyszło długo czekać, a jego powstawanie znacznie się opóźniło w związku ze śmiercią nieodżałowanego Olassa. Szczerze powiedziawszy, to myślałem, że bez wspomnianego muzyka nowy Flapjack będzie niewypałem. Wszak najlepszy album Acid Drinkers ostatnich lat, czyli "Verses of Steel", to w dużej mierze jego dziecko. Na szczęście, w przeciwieństwie np. do nowej płyty KNŻ, zeszłoroczny album Flapjacka nie rozczarował i dał mi to, na co czekałem. Każdy, kto tęskni za mocnym rockiem sprzed dwóch dekad, powinien posłuchać tej płyty. Są na nim słyszalne echa m.in. RATM i Deftonesów, a wszystko przyprawione zostało szczyptą grunge'u i polane obfitą mieszanką sosów o smaku trashu i hardcore'u (rzecz jasna o kalce nie może być mowy, po prostu: kiedy się słucha "Keep Your Heads Down", w głowie cały czas dźwięczą rockowe lata 90). Najlepszy numer? "Reborn", który stanowi namiastkę tego, czym mogłaby być ta - i tak doskonała przecież - płyta, gdyby Olass nadal stąpał po tym świecie.


Bisz - "Wilk chodnikowy". Gdyby mnie jeszcze rok temu ktoś spytał, odpowiedziałbym, że raczej nie słucham hip-hopu. Ba, wydaje mi się, że nadal to się nie zmieniło. Z drugiej strony, w zeszłym roku jedną z tych nielicznych płyt, które przesłuchałem kilkadziesiąt razy był właśnie album będący modelowym przykładem wspomnianego gatunku. Dlaczego tak przypadł mi do gustu? Chyba dlatego, że Bisz stworzył niesamowicie szczerą, osobistą płytę, której dodatkowo świetnie się słucha. Zawsze lubiłem twórczy ekshibicjonizm, a Bisz obnażył siebie w stopniu, jakiego dawno nie było w krajowej muzyce. Jasne, czasami się przechwala, ale jego teksty są o czymś więcej, niż o tym, że jest mistrzem słowa, miał trudną młodość, a ekipę ma sprawdzoną i zawsze może na nią liczyć. Raper opowiada o swoich lękach, wadach, ogólnie o tym jaki jest on sam, a nie o tym jak jest - lub chce być - postrzegany przez otoczenie. O tej płycie nie ma co pisać, jej trzeba posłuchać. Najlepszy kawałek? Jest ich tutaj co najmniej pięć. Niech zatem będzie "Pollock".


Maria Peszek - "Jezus Maria Peszek". Najgłośniejsza płyta z tego zestawienia. Zostawiając z boku wszystkie wywiady, występy w telewizji, wreszcie nagonki, trzeci album Marii Peszek to dwanaście melodyjnych, przystępnych, a przede wszystkim mądrych piosenek. Ta płyta nie jest depresyjna, bluźniercza czy nawet satanistyczna - ona jest po prostu niesamowicie szczera i właśnie przez to tak bardzo nie przystaje do reszty krajowego muzycznego mainstreamu. Artystka odważyła się głośno wyśpiewać to, co wielu myśli, ale z czym mało kto się obnosi. Dlatego właśnie utwory z tego albumu są tak odważne i zarazem przejmujące. Każdy dotyka innej, ważnej kwestii życia (nie tylko dla Marii Peszek), więc wypada przesłuchać wszystkie (co wcale nie znaczy, że z każdym się trzeba utożsamiać). Ja proponuję "Ludzie psy", czyli dobry tekst opakowany w przyjemną elektronikę.


I chyba tyle jeśli chodzi o polskie płyty. Każda z powyższej trójki zasługuje na przesłuchanie i dopiero wówczas wyrabianie sobie na jej temat opinii. Ja spędziłem przy nich kilkaset minut i nadal nie mam dość...

W minionym roku zaliczyłem całkiem sporo koncertów. Ciężko tutaj wymieniać wszystkie, więc ograniczę się do kilku. Pod koniec kwietnia zorganizowano Dni Opola, których jedną z atrakcji był koncert hip-hopowy. Gwiazdą wieczoru było CunninLynguists, ale mi najbardziej przypadł do gustu występ Abradaba z zespołem. Rapowanie do żywych instrumentów sprawdziło się znakomicie i pozwoliło uznać cały wieczór za całkiem udany (mimo ochrony, która zachowywała się jakby była na meczu piłkarskim). Koniec maja to z kolei Piastonalia. W tym roku wybrałem się tylko na ostatni dzień koncertów. Niestety, nie zdążyłem na Cool Kids of Death, ale za to występy zespołu SOFA, Goorala i Dub FX-a przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy bym się nie spodziewał, że tak dobrze będę się bawił na koncercie, jakby nie patrzeć, muzyki tanecznej. Dwa miesiące później, pod koniec lipca, trafiłem na koncert hc w opolskiej Fabryce. Idiot's Culture Universe, Evilschlesien, La Miseria De Tu Rostro - trzy kapele i niesłychanie dużo energii. Na największy szacunek zasługuje ostatni skład, który przyjechał do Polski aż z Chile i mimo faktu, że w Opolu publika nie dopisała, to dał z siebie wszystko. Nigdy nie widziałem żeby ktoś grał z takim zaangażowaniem, kiedy pod sceną szaleje tylko kilka osób. Świetny występ, który z miejsca stał się dla mnie koncertem roku i takim pozostał aż do jego końca. Na Przystanek Woodstock, mimo wcześniejszych przymiarek, ostatecznie nie pojechałem. Może w tym roku się uda... Po lecie przyszła jesień, a wraz z nią masa koncertów. Żaden z nich nie powalił, ale bardzo sympatycznym zaskoczeniem był dla mnie występ... Ani Rusowicz. Średnio za to wypadł na żywo Flapjack, po którym bardzo dużo sobie obiecywałem.

A co z zagraniczną muzyką? Trochę tego było, ale jakoś nic mi specjalnie nie utkwiło w głowie. Niepolskim odkryciem roku na pewno był japoński zespół o wymownej nazwie Maximum the Hormone. W temacie płyt bardzo dobrze wypadł nowy album Deftonesów (w moim mniemaniu lepiej niż poprzedni). Pojawiła się również bardzo zacna inicjatywa "Hardcore4Syria", czyli darmowa kompilacja świetnych kawałków, która ma za zadanie zwrócić uwagę świata (a raczej tej jego mikroskopijnej części, która słucha hardcore punka) na sytuację w Syrii. Z niekrajowych klimatów w 2012 roku słuchałem przede wszystkim soundtracków. Pierwsze skrzypce grały ścieżki dźwiękowe z różnych gier indie, głównie "Bastionu". Poza tym już w grudniu odkryłem film "The Raid Redemption", a wraz z nim bardzo przyjemne OST z tego obrazu. I to z grubsza tyle.

Oczywiście w zeszłym roku słuchałem znacznie więcej wykonawców, płyt, utworów - wiele z tego stanowiły sprawdzone klasyki, ale niemało było też bardzo świeżych odkryć. Kilka z nich przedstawiłem powyżej, kilku już zapomniałem, z kolei inne nie za bardzo wiedziałem gdzie ulokować (np. jeden kawałek Maduka i Veeli pt. "Ghost Assasin" czy, pochodzący jeszcze z 2011 roku, album CKOD "Plan ewakuacji"). A gdybym miał już upraszczać i silić się na sprowadzanie minionego roku muzycznego do trzech określeń, to byłyby to dla mnie: krajowa muzyka, soundtracki, hardcore. W 2013 pewnie część z tych słów-kluczy zostanie wyparta przez inne. Nie mam pojęcia przez jakie, wierzę za to, że będzie nie mniej obficie i różnorodnie.