czwartek, 17 czerwca 2010

Sześciokącik StarCrafta #15

Pogoda pierwszorzędna (deszcze ustały, upały przeminęły), w robocie tydzień wolnego, a w tv mistrzostwa w piłce kopanej. Nic, tylko otworzyć browarka i gapić w ekran, korzystając ze świeżego powietrza, przedostającego się przez uchylone okno. Mimo wszystko postanowiłem dorzucić coś na zaniedbywanego bloga. Oczywiście idę po najniższej linii oporu, czyli... pora na Sześciokącik.


Kiedy piszę te słowa, drużyna Korei Południowej przegrywa z Argentyną. Mam jednak nadzieje, że chłopaki pokażą na tym mundialu, że nie tylko w StarCrafta potrafią grać (o, właśnie strzelili gola). Tymczasem sporo się działo w temacie kontynuacji mojej ulubionej gry. Przede wszystkim zakończyła się pierwsza faza beta testów, nieco wcześniej zaś podano oficjalną datę premiery gotowej gry - 27 lipca bieżącego roku. W sieci coraz więcej ofert preorderów. Niestety, cena - zarówno edycji kolekcjonerskiej, jak i zwykłej - nadal nie rozpieszcza. Jeśli jednak naprawdę chce się ponarzekać na cenę, to warto zerknąć na oficjalny starcraftowy sprzęt od Razera (swoją drogą, naprawdę świetnie się prezentujący). Blizzard ogłosił też wyniki konkursu video. Zwycięskie obrazy można zobaczyć tutaj (USA) i tutaj (Europa). Wśród europejskich laureatów drugiego miejsca znalazł się Tomasz Lenarcik, dowodząc tym samym, że polscy fani potrafią coś więcej, niż tylko narzekać na cenę, datę premiery, balans i masę innych rzeczy.

W dzisiejszym Sześciokąciku pragnę się jednak skupić na czymś zupełnie innym - reklamach. W przerwie finałowego meczu NBA pojawił się filmik, który mnie zachwycił (jak to zwykle w przypadku blizzardowskich animacji). Zresztą popatrzcie sami:



Poszukując tej reklamy trafiłem też na filmiki reklamujące pewien koreański turniej. Idąc ich tropem odkryłem cały pakiet koreańskich reklam. Oto paczuszka 6 pierwszorzędnych filmików, którym naprawdę warto poświęcić kilka chwil:



I na koniec reklama StarCrafta 64 (pojawia się w niej pewien znany, acz już nieżyjący, dyktator):



Mam nadzieję, że wam się podobało. Lenistwo mnie nie opuszcza, więc przewaga filmików i obrazków nad tekstem będzie zjawiskiem coraz częstszym. Wracam do oglądania meczu (Korea właśnie straciła czwartą bramkę... Eh...).

wtorek, 1 czerwca 2010

Relacja z Brukseli #3

Być może niektórzy zauważyli, że dzisiaj Dzień Dziecka. Mam nadzieję, że choć u kilku szkrabów na kupce z prezentami, obok zabawek i słodyczy, znajdą się też komiksy. Sam kilkanaście lat temu dostałem w to święto mojego pierwszego "Asteriksa" ("Osiedle Bogów")... Aby pozostać w temacie komiksowym zapraszam do kolejnej części fotorelacji z Brukseli.

Dokopałem się do folderu ze zdjęciami z ubiegłorocznej wycieczki do stolicy Belgii, jednak jest ich ponad 750, zatem dzisiaj tylko wycinek uwieczniający wizytę w Muzeum Komiksu. Rzecz jasna, fotografii z tego obiektu jest zdecydowanie więcej, ale postanowiłem sobie darować prezentację dziesiątek oryginalnych plansz komiksowych i mą przygarbioną sylwetkę na tle co atrakcyjniejszych gablot. Sama jakość obrazków jest różna, ale chyba na tyle dobra, żeby nie trzeba było się domyślać co przedstawiają.

Thorgalowa gablotka

Asteriks pod szkłem (widać kawałek nosa Smerfusia)

Stand reklamujący serię "Lou!"

Grafiki Frédérica Boileta jak ulał pasowały do japońskiej wystawy w europejskim muzeum

Na wystawie poświęconej mandze nie mogło oczywiście zabraknąć "Akiry"

Oryginalna plansza z mojej ulubionej mangi - "Hiroszima 1945: Bosonogi Gen"

Espozycje były dosłownie wszędzie

Spirou i oldskulowy telewizor

Miejsce pracy komiksiarza (bez broni palnej się nie obejdzie)

W Belgii kupują gazety tylko dla komiksów

To jest kiosk! Wszystkie gazety z komiksami, a żadna z nich nie jest "Faktem"

To akurat nie jest mój cień

To, co tygrysy lubią najbardziej #1

Takich formatów nie powstydziłoby się polskie malarstwo batalistyczne

To, co tygrysy lubią najbardziej #2

Piękne czarno-białe kadry (m.in. ze "Szninkiela")

To nie jest zwykła półka. Każdy z tych "komiksów" ma ok. 3 metry wysokości

Popiersie Corto Maltese

To, co tygrysy lubią najbardziej #3

W Belgii też mają swoich czterech pancernych

Wnętrze muzeum robiło naprawdę duże wrażenie

Tintin żyje! (Miluś trochę mniej...)

I jak tu nie wejść?

Najbardziej komiksowy samochód - Citroën 2CV

Wystawa czasowa poświęcona komiksowi czeskiemu

Czy wspominałem, że to muzeum jest naprawdę piękne?

Francuzi mają Napoleona, a Belgowie Tintina

Oryginalne wydanie "Trzech cieni"

poniedziałek, 31 maja 2010

Myth: The Fallen Lords

Uff, udało się w tym miesiącu wrzucić trzy teksty, zatem obejdzie się bez powtórki z zeszłego roku i maj nie będzie wiązał się z totalną posuchą. Zresztą ilość wody, przelewającej się za oknem, jest na tyle duża, że aż nie wypada używać słowa "posucha". Pierwszy "Myth" już za mną, a aktualnie odświeżam sobie dwójkę, o której też coś pewnie napiszę. Co do screenów, to prezentują one wersję bez żadnej akceleracji, gdyż obsługa Direct 3D pojawiła się dopiero w sequelu, a pierwszy "Myth" korzystał jedynie z dobrodziejstw układów 3Dfx (pewnie są jakieś patche, cracki itp., lecz mi pikseloza w żadnym stopniu nie zakłócała przyjemności płynącej z rozgrywki).


„Myth: The Fallen Lords” to gra, która po prostu była skazana na sukces. W 1997 królowały RTS-y, akceleratory graficzne były marzeniem każdego gracza, a z epoki „Mortal Kombat” i „Dooma” pozostało właściwie już tylko uwielbienie do krwistej, brutalnej rozgrywki. Produkcja studia Bungie w doskonały sposób łączyła wszystkie te elementy: była strategią rozgrywaną w czasie rzeczywistym, korzystała z dobrodziejstwa rozmycia tekstur przez techniczne cudeńka typu VooDoo i do tego mogła pochwalić się niebanalną ilością krwi i flaków, radośnie przelewających się przez ekran.

Na początek parę słów o samej rozgrywce. Nazywanie „Mytha” RTS-em jest nieco na wyrost, bowiem w tym przypadku gracz nie będzie niczego wznosił, produkował ani zbierał. Dostanie jedynie pod swoją komendę grupkę wojów, z którymi następie przemierzy kolejne plansze. Omawianą produkcję określa się zatem jako grę taktyczną rozgrywaną w czasie rzeczywistym, w skrócie RTT. Twórcy gier lubują się w tworzeniu nowych gatunków, równie mocno jak krytycy muzyczni, niemniej w tym przypadku jest to całkowicie usprawiedliwione.


Typów jednostek, którymi gracz się zaopiekuje, jest stosunkowo niewiele, ale ich ilość przechodzi w jakość. Już w pierwszej misji pojawia się piechur z tarczą, łucznik i krasnolud. Piechur to typowe mięso armatnie: wolny, średni w starciu, ale za to mogący się zasłonić przed włóczniami bezdusznych. Łucznik z kolei jednostka, na którą warto dmuchać i chuchać, bowiem osobnik, któremu dane było przeżyć kilka misji, kolejne strzały wypuszcza szybko, a strzela daleko i niezwykle celnie. Krasnoludy wbrew pozorom nie posługują się toporami, lecz butelkami z materiałem wybuchowym. To co wyczyniają brodate karły napawa człowieka na zmianę euforią i trwogą. Dobrze rzucona butelczyna potrafi z miejsca rozwalić kilku nieumarłych, ale jeśli nasz podopieczny wykaże się zbytnią gorliwością i zapomni, że z tymiż nieumarłymi walczą już nasi piechurzy, to w wyniku wybuchu krajobraz zaleje nie tylko zgnilizna, lecz również świeże mięso. Nad tymi krasnoludzkimi granatami programiści spędzili zresztą chyba najwięcej czasu, gdyż efekty ich działania są nader realistyczne. I tak: zdarzają się niewypały, które można zdetonować kolejnym pociskiem, w wodzie raczej nic nie wybuchnie, a ładunek rzucony pod górkę może się z tejże górki stoczyć i rozsadzić miotacza. Siła ognia krasnoludów jest ogromna, ale ich szybkość i odporność na tyle małe, że nie ma się co do chłopaków przywiązywać. W kolejnych misjach pojawiają się jeszcze: Wędrowcy – słabi w walce, ale mogą leczyć, Berserkerzy – prawdziwe maszyny do zabijania i Leśne Olbrzymy – nazwa mówi wszystko. Do tego doliczyć można bohaterów, czyli napakowane wersje podstawowych jednostek, Kapitana Wojów i Alrica – dowódcę ludzi, który popisać się może naprawdę konkretnym zaklęciem.


Misji jest 25, a ich poziom naprawdę zróżnicowany. Jeśli jednak dla kogoś będzie za trudno bądź zbyt łatwo, to może wybrać jeden z pięciu poziomów trudności. Lokacje wśród których przyjdzie toczyć boje przedstawiają typowe dla fantasy spektrum: od zielonych lasów, przez pustynie i deszczowe moczary po mroźne góry. Jeśli już pojawiło się słowo fantasy, to wypada napisać co nieco o fabule „Mytha”. Oto na świat powrócili Upadli Władcy – grupa nieśmiertelnych magów, którzy stoją na czele zastępów ożywieńców. Ludzie, Krasnoludy, Leśne Olbrzymy i tajemnicza rasa, z której wywodzą się opisani wyżej łucznicy, zawiązują sojusz, który ma powstrzymać plugawe wojska. Niestety, kolejne ludzkie miasta padają, a wyczerpane armie w szybkim tempie tracą liczebność. Mało tego, jak muchy padają też dowódcy. Ostaje się tylko Alric, ale może nie będę uprzedzał faktów... Narracja prowadzona jest przez jednego z żołnierzy Legionu – formacji, do której należą żołnierze oddani pod komendę gracza. Klimat, sposób narracji, a nawet pewne elementy fabularne przypominają cykl powieści o Czarnej Kompanii Glena Cooka i myślę, że już sam ten fakt powinien wystarczyć za zachętę sięgnięcia po omawianą grę.

W dniu premiery grafika „Mytha” powalała. Wystarczy wspomnieć, że była to pierwsza strategia, która wykorzystywała akcelerację graficzną. Teren gry był w pełni trójwymiarowy, natomiast jednostki, drzewa, etc. składały się z dwuwymiarowych bitmap (podobnie jak w pierwszych produkcjach z cyklu „Total War”). Dzisiaj oprawa „Mytha” opadu szczęki nie wywoła, niemniej nie jest też na tyle archaiczna żeby odrzucać od monitora. Jeśli chodzi o sam silnik, to ogromne wrażenie robi fizyka. O granatach już wspomniałem, a są przecież jeszcze strzały, które nie zawsze trafiają celu i dla ludzkich piechurów mogą być równym zagrożeniem, co dla nieumarłych. Zresztą jednostki miotające przeciwnika też nie zawsze wykazują się mistrzowską celnością, a jeśli przy tym stoją pod wzniesieniem, a przysłowiowy wiatr im w oczy wieje, to w zasadzie można być spokojnym o wynik starcia.


Wszystkie misje rozgrywają się przy akompaniamencie szczęku oręża, dźwięków towarzyszących zaklęciom i bitewnych okrzyków. Muzyka pojawia się tylko w animowanych przerywnikach, menu i podczas wprowadzeń do misji. Utwory są naprawdę dobre i idealnie budują klimat. Jeden z nich zaczął nawet żyć własnym życiem. Chodzi konkretnie o melodię, którą można usłyszeć przed „Oblężeniem Madrigal” („Siege of Madrigal”), a która stanowi ukryty bonus w trzech kolejnych częściach największego hitu studia Bungie, czyli „Halo”.

Jak w przypadku większości klasycznych tytułów, tak i podczas gry w „Mytha” kluczowy jest sentyment, który wiąże się z tą grą. Nie łudzę się, że świeży gracze odnajdą w niej coś, co mogłoby ich na dłużej zatrzymać przed monitorem, jednak każdy, kto raz sięgnął po historię o Upadłych Władcach, z prawdziwą przyjemnością wróci do niej po latach. Naprawdę warto ponownie wsłuchać się w opowieść Wędrowca, któremu dane było uczestniczyć w Wielkiej Wojnie.

niedziela, 23 maja 2010

Relacja z Brukseli #2

Zanim zacznę się tłumaczyć z tytułu niniejszego wpisu, parę słów o pewnym projekcie. Otóż od jakiegoś czasu pod adresem reset-forever.org znaleźć można reaktywowany projekt Reset-Forever. Nie ukrywam, iż miałem nadzieję na rozruch z większą pompą, niemniej na razie jest jak jest. Skromnie i pustawo, a miejscami też robaczywie (pewne rzeczy lubią się posypać). Sam postaram się tam przerzucić parę tekstów z tego bloga, czasami coś świeższego skrobnąć, a przede wszystkim dopingować każdego, kto podejmie się współtworzenia R-F. Więcej o tym, czym jest, a raczej czym w domyśla powinna być, odświeżona wersja naszego projektu napisałem tutaj. Nie przeciągając już, zapraszam do dzisiejszej, fotograficznej prywaty.

Ponad rok temu dane mi było odwiedzić Brukselę. Wycieczka była pierwszorzędna, o czym już swego czasu pisałem. Uważam jednak, że nie zająłem się tematem w takim stopniu, na jaki zasługiwał. Weekend, który spędziłem z dziewczyną w stolicy Belgii i Unii Europejskiej, aż prosił się o więcej miejsca i co najmniej kilka wspominkowych postów. Tak miało być zresztą w pierwotnym zamyśle, o czym świadczyć mógł numer #1, towarzyszący zeszłorocznej relacji. Ba, planowałem nawet skrobnąć poważniejszy tekst na Aleję Komiksu. Niestety, na początku brakło czasu, a później chęci, w rezultacie czego sprawa rozeszła się po kościach. Jednak wycieczka cały czas jest dla mnie jednym z piękniejszych zeszłorocznych wspomnień, a na dysku leży całkiem sporo dokumentujących ją zdjęć. Poniżej zamieszczam część z nich, tam gdzie trzeba wrzucając słowo komentarza. Jak się dogrzebię do całości zbiorów, to postaram się sukcesywnie je prezentować. Miłego oglądania!

Pogoda bez wątpienia dopisała

Brukselska katedra

Gablotka z mangowymi postaciami

Nie tylko w Polsce "Czarodziejce z księżyca" stawiano ołtarzyki

Thorgall i jego kumpel Rork - różowe lata 70.

Tintina w Belgii noszą na rękach (dosłownie)

Muzeum komiksu, czyli najważniejszy punkt wycieczki

Pałac królewski

W końcu to stolica Europy, nie?

Miasteczko mini Europa #1

Miasteczko mini Europa #2

Miasteczko mini Europa #3

niedziela, 2 maja 2010

The Hurt Locker. W pułapce wojny

No i znowu się zapuściłem. To ta wiosna chyba tak działa. W międzyczasie sporo rzeczy się wydarzyło - tak tych, które na zawsze zapiszą się w historii naszego kraju, jak i ważnych po prostu dla mnie osobiście. W pierwszej kategorii każdy wie co mam na myśli, w drugiej: dostałem pracę. Co prawda, tylko sezonową, ale lepszy rydz niż nic. W kwestii spraw organizacyjnych, to od pewnego czasu kotłuje mi się we łbie myśl, coby zawiesić na kołki tego bloga, a resztki energii, które mi zostały, spożytkować na pewien odradzający się projekt. Ale jeśli mam się w nim udzielać, tyle co tutaj, to chyba czasowo lepiej wstrzymać się z tą decyzją... A teraz zapraszam do krótkiej recenzyjki filmu, który widziałem już jakiś czas temu. Jeśli wy jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tegorocznym zwycięzcą Oscarów, to jutro przed północą pokaże go Canal +.


Na wstępie muszę zaznaczyć, że bardzo lubię filmy wojenne, a historia Iraku od kilku tygodni znajduje się w centrum moich zainteresowań. Oczekiwania względem filmu Kathryn Bigelow miałem w związku z tym naprawdę wysokie.

"The Hurt Locker. W pułapce wojny" to opowieść o grupie amerykańskich saperów, którzy rozbrajają bomby w Iraku. Sytuacja w tym kraju jest niewesoła, więc chłopakom roboty nie brakuje. W filmie przedstawiono losy trzyosobowego oddziału, któremu przewodzi James - prawdziwy cowboy, na każdym kroku starający się udowodnić, że filmy akcji z lat 80-tych odcisnęły na nim większe piętno niż nudne, wojskowe szkolenia.

Historia jest sprawnie skonstruowana, widać że twórcy mieli pomysł i nie chcieli robić kolejnego filmu, w którym bohaterscy marines biorą udział w bitwie znanej z ramówek większości serwisów informacyjnych. Niestety sam pomysł tutaj nie wystarczył. Na plus można zaliczyć zdjęcia, które doskonale ukazują pogrążony w chaosie Irak, nieźle stopniowane napięcie i kawałki Ministry, które w paru miejscach wesoło przygrywają w tle. Jeśli na film spojrzy się przez pryzmat niewymagającego obrazu wojennego, w którym kluczowy jest bohater włażący zawsze na pierwszą linię ognia, to też nie ma się do czego przyczepić. Szkopuł w tym, że omawiana produkcja "pozamiatała" na tegorocznej gali oscarowej, więc oczekiwania w stosunku do niej z góry są dosyć wysokie.

Jako film na wieczór "Hurt Locker" sprawdza się nieźle - aczkolwiek nie zaszkodziłoby mu gdyby był jakieś pół godziny krótszy - jako film o najważniejszym konflikcie początku XXI wieku już jednak nie bardzo. To, co całkiem dobrze w nim pokazano, to niezrozumienie specyfiki kraju, w którym pojawili się amerykańscy żołnierze. Jeśli chodzi o mankamenty konkretnych scen, zastanawia np. dlaczego główny bohater nie zastrzelił człowieka, który przedarł się samochodem przez kordon bezpieczeństwa. Jest jeszcze dziwna bitwa na środku pustyni (skąd tam się wziął dwupiętrowy dom?), podczas której Arab z kałasznikowem zdejmuje po kolei amerykańskich wojaków uzbrojonych w najlepszy sprzęt snajperski (między walczącymi jest dobre 800 metrów).

Film nie razi antywojennym przekazem - dla wielu to może być plus. Tylko czy przy okazji za bardzo nie idzie w stronę amerykańskiej propagandy? Główny bohater nie zabija wspomnianego Irakijczyka w aucie, kiedy indziej z narażeniem życia próbuje pomóc człowiekowi, który został kamikaze wbrew własnej woli, wreszcie, gdy znajduje ciało znajomego chłopca, rozpoczyna krucjatę przeciwko jego oprawcom. Tyle dobrze, że ta ostatnia nie jest zbyt udana i film nie zmienia się w kalkę "Commando". Niemniej, kiedy James wraca do USA, okazuje się, że bez wojaczki żyć nie może. Do Iraku ciągnie go uzależnienie od wojny czy chęć pomagania biednym tubylcom? Odpowiedzi można się domyślać, ale dobrze chociaż, że nie została podana wprost.

"The Hurt Locker. W pułapce wojny" w Polsce pojawił się od razu na DVD. Dopiero kiedy okazało się, że jest on faworytem w walce o tegoroczne Oscary, dystrybutor zdecydował się na kilka seansów kinowych. I chyba miał nosa, że na początku odpuścił sobie wielki ekran... Mimo wszystko, dzieło Kathryn Bigelow to jeden z tych obrazów, które warto sprawdzić samemu. Jak dla mnie za dużo tu amerykańskich żołnierzy, a za mało Iraku i Irakijczyków. W kategorii obrazów opowiadających o tym państwie po obaleniu reżimu Saddama Husajna, nadal bezkonkurencyjna pozostaje "Bitwa o Irak" Nicka Broomfielda.

piątek, 9 kwietnia 2010

Sześciokącik StarCrafta #14

Sześciokącik to bez wątpienia najprostszy sposób na zapełnienie tego bloga. Dzisiaj zatem idę po najniższej linii oporu.


Od czasu, kiedy ostatnio pisałem o StarCrafcie, minęło już niemal półtora miesiąca, ale właściwie nie pojawiła się żadna informacja, która mogłaby przyćmić tę w ostatnich tygodniach najważniejszą - premierę bety. Właściwie to, o czym napiszę dzisiaj, też wspomnianej informacji nie przyćmi, jednak jest na tyle istotne (przynajmniej dla takiego maniaka jak ja), że nie mogę sobie darować skromnego komentarza.

Najpierw jednak inne ważne info. Od jakiegoś czasu polskojęzyczna wersja oficjalnej strony StarCrafta 2 hula w najlepsze. Oczywiście wcześniej już coś tam było w naszym języku, jednak teraz po polsku jest już praktycznie wszystko. Mikołaj Rej byłby dumny.

A teraz już informacja, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że mimo wszystko warto zacząć dzień od wizyty na facebooku. Zaprezentowano edycję kolekcjonerską SC2. Przy okazji pokazano też pudełko z wersją podstawową. Na początek ceny: 59,99 euro za wersję standard, 89,99 za kolekcjonerską. Mało to nie jest - niestety. Czas pokaże, jakie ceny pojawią się na polskich wersjach, ale nie wydaje mi się aby znacząco odstawały od tego, co otrzyma się po przeliczeniu powyższych sum na złotówki. Już 60 euro za wersję standard to całkiem sporo. Dla mnie osobiście zakup StarCrafta 2 będzie się wiązał ze zmianą komputera. Co prawda, nie celuję w jakiś maksymalnie wypasiony sprzęt, jednak do ceny gry spokojnie muszę doliczyć ok. 2 tys. złotych. Nie wiem czy wybiorę tańszą wersję gry, jednak wiem, że będzie to inwestycja na lata. StarCraft nie jest ekskluzywnym filmem na DVD, który po obejrzeniu ląduje na półce, ta gra na pewno pożyje wiele lat. Stosunek ceny do "zabitego czasu" wypada w tym wypadku doskonale.


Wracając do edycji kolekcjonerskiej, to oprócz samej gry znajdzie się w niej: album z grafikami pt. "The Art of StarCraft II: Wings of Liberty" (176 strony), 2-gigowy pendrive (replika nieśmiertelnika Raynora, na którą wgrano StarCrafta i Brood War), DVD z wywiadami i komentarzami twórców, komiks StarCraft nr #0, OST z gry. Do tego dochodzą wirtualne pierdółki w postaci: towarzysza do WoWa (mini Thor), specjalnych portretów do profilu na Battlenecie, dekoracji do modyfikowania jednostek w grze oraz nowej wersji wizualnej Thora (co oni mają z tym Thorem?).

Przy okazji pojawiła się skromna, aczkolwiek niezwykle istotna informacja o następującej treści: "Więcej informacji o grze, w tym o dacie wydania zostanie ogłoszone w ciągu najbliższych tygodni." Trochę nie chce się wierzyć. Blizzard nie kwapi się z podawaniem dokładnych dat premier swoich gier, zatem albo wiedzą, że SC2 można już wrzucać do sklepów, albo podadzą termin orientacyjny.


Sama edycja kolekcjonerska sprawia, że czuję się nieco rozdarty. Z jednej strony głupio za gadżety dopłacać połowę ceny standardowej wersji. OST do szczęścia mi nie jest potrzebny, pierwszą część wraz z dodatkiem posiadam, w WoWa nie gram, a masa unikalnych jednostek pojawi się w sieci za sprawą edytora kampanii. Jedyne rzeczy, które mocniej zwracają moją uwagę, to artbook, komiks i pendrive (wiecie: unikalny nieśmiertelnik Raynora, a jestem maniakiem, etc...). Fajnie by było mieć te gadżety, ale jednak trochę ich mało. Gdyby w pudełku pojawił się jeszcze kubek, koszulka i np. pluszowy zergling, nie miałbym wątpliwości, że to słuszny zakup. A tak - pojawiają się obawy, że sporo kasy poleci w błoto. Na szczęście pozostaje jeszcze sama gra, która osłodzi rozczarowanie gadżetami i sprawi, że każdy, kto zainwestuje w edycję kolekcjonerską, szybko zapomni o tym, iż słono przepłacił.

Blizzard nie jest organizacją charytatywną. Co prawda, dla wielu osób ich gry już dawno wykroczyły poza ramy zwyczajnej rozrywki, jednak nie zmienia to faktu, że SC2 ma przede wszystkim zarobić kupę pieniędzy, a nie podtrzymywać kult, który zapoczątkował jego poprzednik. Można narzekać na cenę zarówno podstawki, jak i wersji rozszerzonej, nie ulega jednak wątpliwości, że znajdą one mnóstwo nabywców. Nie ulega też wątpliwości jeszcze jedna sprawa: StarCraft 2 jest coraz bliżej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zdania tego typu pojawiały się już dwa lata temu, a rok temu był ich prawdziwy wysyp, tym razem jest to jednak niemalże pewne: w te wakacje pojeżdżę sobie nowymi Siege Tankami!

Do następnego Sześciokącika i powodzenia w ciułaniu kasy!

czwartek, 1 kwietnia 2010

Prima Aprilis Resetis

Najdłuższa przerwa, w dziejach tego bloga, zaliczona. Takiej zawiechy nie było nawet w maju zeszłego roku. Cóż, dopadło mnie lenistwo, niemoc i ogólna niechęć do pisania. Nic nie robię, to i nie mam o czym pisać. Nastała jednak wiosna, więc pora odżyć, wypuścić pąki, zazielenić gałązki i ściągnąć kalesony. Na początek proponuję tekst wspominkowy. Postaram się, aby takich nostalgicznych pierdółek było tutaj coraz więcej. W "komiksowym necie" grzebię nieustannie i widzę, że niektórzy tęsknią za zeszytówkami, niektórzy za wafelkiem kukuruku, inni z kolei za złotówką przed denominacją i babcinym kompotem... A ja? A ja tęsknię za "Resetem". Wszystkie grafiki zdobiące tekst, to skany moich numerów i ogólna ich jakość stanowi wypadową stanu zużycia - zarówno ich, jak i skanera.

"Reset" był na tyle specyficznym pismem, że pokłady świetnego humoru znaleźć można było w każdym jego numerze. Był jednak taki miesiąc, w którym pojawiała się prawdziwa kumulacja dowcipów. Mowa oczywiście o kwietniu. Zresztą Cyberniekulturalny nie był tutaj żadnym wyjątkiem. Redakcje wszystkich ówczesnych (czytaj: sprzed dekady) pism o grach komputerowych (no, może oprócz "Komputer Świat GRY") brały sobie za punkt honoru naszpikowanie kwietniowych numerów masą okazjonalnych żartów (ew. jednym, ale za to konkretnym). Owe zjawisko było dosyć ciekawe, gdyż kwiecień to też miesiąc bazi, kaczuszek, zajączków i innych gadżetów Wielkanocnych. W grudniu przecież w tych pismach zawsze królowały Mikołaje, dzwoneczki i choinki, zatem czemu w kwietniu nie mają królować przedstawiciele drobiu, nabiału i innych takich? Co prawda, czasami pojawiały się jakieś nawiązania do świąt Wielkiej Nocy, jednak zawsze, bez wyjątków, kwiecień należał do święta zwanego Prima Aprilis. Taka już była niepisana zasada.


Pierwszy numer "Resetu" pojawił się w maju A.D. 1997, więc siłą rzeczy nie mógł się załapać na pierwszego kwietnia. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i numer 4/98 w pełni spełnił swoje zadanie (swoją drogą był to mój pierwszy "Reset"). Jeszcze zanim otworzyło się magazyn, w oczy rzucała się okładka i zdobiący ją napis: "Gra miesiąca: 666". Hm, gra miesiąca? A to ciekawe: tak bez zapowiedzi, bez newsów, co to w ogóle za tytuł? Pora zajrzeć do środka. Szybki rzut oka wystarczył, by doświadczyć kolejnego zaskoczenia: strony zostały zadrukowane w układzie poziomym. Wygodne może to i nie było, ale na pewno bardzo oryginalne. Dla mnie był to pierwszy "Reset", więc żadnego szoku nie przeżyłem. Głównym żartem numeru była jednak recenzja gry "666". Wspomniana produkcja otrzymała nie tylko tytuł "Gra miesiąca", ale też, pierwszy raz w historii pisma, ocenę 10/10. Oto fragment tekstu Mamuta: "Gra została wydana na sześciu płytach CD i stanowi kompilację najlepszych pomysłów, jakie zrodziły się dotąd w głowach autorów i programistów. I tak - w programie znajdziemy elementy lekkiego RPG, rasowej przygodówki, gry strategicznej, zręcznościowej i klona QUAKE." Czy wspominałem, że tą przełomową produkcję wydała warszawska firma Teser Interactive?


Ta sama firma dała o sobie znać rok później, stając się potencjalnym dystrybutorem kolejnej produkcji, która otrzymała notę 10/10, czyli "Zeldy 64 PC". Już sam tytuł tej gry powinien dać do myślenia, gdyż pełna nazwa tzw. "Zeldy 64" brzmi "The Legend of Zelda: Ocarina of Time" (pojawia się ona zresztą w recenzji). Nie było już wówczas znaczka "Gry miesiąca", który zastąpiony został "Grarytasem", ale i tego wyróżnienia wspomniana produkcja nie zdobyła (dostało się ono "HoM&M 3"). Co ciekawe, sama recka jest tekstem całkiem na serio i można ją spokojnie uznać za prawdziwą opinię na temat konsolowej (ew. emulatorowej) "Zeldy 64". Okładkę tego numeru zdobi z kolei akcent prawdziwie wielkanocny (wyjątek potwierdzający regułę), czyli ikony (takie wschodnie, nie windowsowe) i napis: "Gralleluja bracia i siostry".


Numer z kwietnia roku 2000 rozpętał prawdziwą burzę. Już mniejsza z tym, że pismo poskładane zostało od tyłu, w efekcie czego na początku pojawiły się odloty, potem przygrywki, a dopiero na końcu recenzje i newsy. Święte oburzenie fanów wywołał fakt, że tradycyjny kącik muzyczny został tym razem poświęcony... Britney Spears. Inne "ciekawe" artykuły, które można znaleźć w tym numerze to m.in.: opis karcianki "Wojna" (tak, ta sama), tekst o anonimowym cybermordercy (tak naprawdę to jest to specyficzna legenda miejska, co do której nie jestem pewien, czy miała być typowym żartem prima aprilisowym...). W dziale sprzętowym pojawia się z kolei skrzyżowanie komórki i golarki produkcji Nokii. D.O.S. to właściwie Prima Aprilis w każdym numerze, więc i tutaj nie mogło być inaczej. Tym razem można przeczytać relację ze ściśle tajnego zjazdu hackerów i instrukcję obsługi korzystania z supermarketu (polecam). I w tym numerze nie mogło się obyć bez wyjątkowej recenzji. Tym razem parę ciepłych słów napisano o grze "Remont mieszkania 2000" (pod tytułem widnieje podpis: "Trudniej go zrobić niż uratować świat"). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, jeśli wspomnę, że ta wyjątkowo produkcja jest dziełem studia Teser. Co prawda, tytułu "Grarytasu" nie zdobyła, ale nota 9,69 z pewnością jest sporym osiągnięciem. Ogólnie numer 4/2000 aż kipiał od masy mniejszych i większych dowcipów, a te, które wyżej wymieniłem, wcale nie wyczerpują tematu.


Inaczej było z kolejnym kwietniowym "Resetem". Pewnie coś mi umknęło, czegoś nie pamiętam, a szybkie przeglądanie przy słabym świetle, które właśnie sobie urządziłem, nie wystarczy aby wyłapać wszystkie smaczki, ale... ja tu nie widzę żadnych świątecznych jaj. Zresztą taki stan rzeczy można wywnioskować już ze wstępniaka Dr DeStroyera. Jeśli jednak ktoś w tym numerze odnalazł jakieś żarty, to liczę, że podzieli się tą informacją. Nie myślcie, że "R" nr 4/2001 to smutne czytadło, oj na pewno nie. Recenzje, wspomniany wstępniak, dział z listami - wszystkie te elementy skrzą się typowym, resetycznym humorem. Do tego dochodzi niezła dawka komiksów ("Drugie 48 stron" i przygody dwóch mrówkojadów). "Reset" w tym czasie był duży, gruby, miał pełną wersję i nawet wywiad z Wołoszańskim... Jak się okazało - i tak za mało. Wspomniany numer był ostatnim kwietniowym (trzy miesiące później światło dzienne ujrzała ostatnia odsłona Cybierniekulturalnego).

I w takim nostalgicznym tonie pragnę zakończyć. O "Resecie" można jeszcze wiele pisać, osobne teksty poświęcając konkretnym działom, numerom, nawet dodatkom. Na pewno, od czasu do czasu, warto sobie odświeżać dowolny numer bądź kilka. Nowy czytelnik niewiele w nich znajdzie, ale dla mnie (i myślę, że również dla wielu osób, której czytają ten tekst) będzie to kawał sentymentalnej podróży do czasów, kiedy dostęp do netu w kafejce czy przez modem był na tyle cenny, że nie marnotrawiło się go na czytanie jakichś blogów (inna sprawa, że ich wówczas jeszcze nie było).