niedziela, 2 maja 2010

The Hurt Locker. W pułapce wojny

No i znowu się zapuściłem. To ta wiosna chyba tak działa. W międzyczasie sporo rzeczy się wydarzyło - tak tych, które na zawsze zapiszą się w historii naszego kraju, jak i ważnych po prostu dla mnie osobiście. W pierwszej kategorii każdy wie co mam na myśli, w drugiej: dostałem pracę. Co prawda, tylko sezonową, ale lepszy rydz niż nic. W kwestii spraw organizacyjnych, to od pewnego czasu kotłuje mi się we łbie myśl, coby zawiesić na kołki tego bloga, a resztki energii, które mi zostały, spożytkować na pewien odradzający się projekt. Ale jeśli mam się w nim udzielać, tyle co tutaj, to chyba czasowo lepiej wstrzymać się z tą decyzją... A teraz zapraszam do krótkiej recenzyjki filmu, który widziałem już jakiś czas temu. Jeśli wy jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tegorocznym zwycięzcą Oscarów, to jutro przed północą pokaże go Canal +.


Na wstępie muszę zaznaczyć, że bardzo lubię filmy wojenne, a historia Iraku od kilku tygodni znajduje się w centrum moich zainteresowań. Oczekiwania względem filmu Kathryn Bigelow miałem w związku z tym naprawdę wysokie.

"The Hurt Locker. W pułapce wojny" to opowieść o grupie amerykańskich saperów, którzy rozbrajają bomby w Iraku. Sytuacja w tym kraju jest niewesoła, więc chłopakom roboty nie brakuje. W filmie przedstawiono losy trzyosobowego oddziału, któremu przewodzi James - prawdziwy cowboy, na każdym kroku starający się udowodnić, że filmy akcji z lat 80-tych odcisnęły na nim większe piętno niż nudne, wojskowe szkolenia.

Historia jest sprawnie skonstruowana, widać że twórcy mieli pomysł i nie chcieli robić kolejnego filmu, w którym bohaterscy marines biorą udział w bitwie znanej z ramówek większości serwisów informacyjnych. Niestety sam pomysł tutaj nie wystarczył. Na plus można zaliczyć zdjęcia, które doskonale ukazują pogrążony w chaosie Irak, nieźle stopniowane napięcie i kawałki Ministry, które w paru miejscach wesoło przygrywają w tle. Jeśli na film spojrzy się przez pryzmat niewymagającego obrazu wojennego, w którym kluczowy jest bohater włażący zawsze na pierwszą linię ognia, to też nie ma się do czego przyczepić. Szkopuł w tym, że omawiana produkcja "pozamiatała" na tegorocznej gali oscarowej, więc oczekiwania w stosunku do niej z góry są dosyć wysokie.

Jako film na wieczór "Hurt Locker" sprawdza się nieźle - aczkolwiek nie zaszkodziłoby mu gdyby był jakieś pół godziny krótszy - jako film o najważniejszym konflikcie początku XXI wieku już jednak nie bardzo. To, co całkiem dobrze w nim pokazano, to niezrozumienie specyfiki kraju, w którym pojawili się amerykańscy żołnierze. Jeśli chodzi o mankamenty konkretnych scen, zastanawia np. dlaczego główny bohater nie zastrzelił człowieka, który przedarł się samochodem przez kordon bezpieczeństwa. Jest jeszcze dziwna bitwa na środku pustyni (skąd tam się wziął dwupiętrowy dom?), podczas której Arab z kałasznikowem zdejmuje po kolei amerykańskich wojaków uzbrojonych w najlepszy sprzęt snajperski (między walczącymi jest dobre 800 metrów).

Film nie razi antywojennym przekazem - dla wielu to może być plus. Tylko czy przy okazji za bardzo nie idzie w stronę amerykańskiej propagandy? Główny bohater nie zabija wspomnianego Irakijczyka w aucie, kiedy indziej z narażeniem życia próbuje pomóc człowiekowi, który został kamikaze wbrew własnej woli, wreszcie, gdy znajduje ciało znajomego chłopca, rozpoczyna krucjatę przeciwko jego oprawcom. Tyle dobrze, że ta ostatnia nie jest zbyt udana i film nie zmienia się w kalkę "Commando". Niemniej, kiedy James wraca do USA, okazuje się, że bez wojaczki żyć nie może. Do Iraku ciągnie go uzależnienie od wojny czy chęć pomagania biednym tubylcom? Odpowiedzi można się domyślać, ale dobrze chociaż, że nie została podana wprost.

"The Hurt Locker. W pułapce wojny" w Polsce pojawił się od razu na DVD. Dopiero kiedy okazało się, że jest on faworytem w walce o tegoroczne Oscary, dystrybutor zdecydował się na kilka seansów kinowych. I chyba miał nosa, że na początku odpuścił sobie wielki ekran... Mimo wszystko, dzieło Kathryn Bigelow to jeden z tych obrazów, które warto sprawdzić samemu. Jak dla mnie za dużo tu amerykańskich żołnierzy, a za mało Iraku i Irakijczyków. W kategorii obrazów opowiadających o tym państwie po obaleniu reżimu Saddama Husajna, nadal bezkonkurencyjna pozostaje "Bitwa o Irak" Nicka Broomfielda.

1 komentarz:

Pan Optykon pisze...

Panie kolego...
Może i nie zabija taksówkarza, ale nie oznacza to, że wszyscy amerykańscy żołnierze są uber-fajni wobec Irakijczyków.
Przecież jest scena, tuż po drugiej akcji głównego bohatera, kiedy pułkownik grany przez Davida Morse'a z premedytacją olewa rannego cywila, pomimo tego, że medyk (chyba) chce go wziąć do szpitala. Pułkownik stwierdza wtedy, że NIKT nie ocalał, czy coś w ten deseń.
co do filmu - taki "Łowca Jeleni" dla ubogich, nie był zły, ale nie rozumiem całego hype'u.