wtorek, 30 września 2014

One Finger Death Punch

To ostatnia chwila, aby ten miesiąc otrzymał swoją wpisową reprezentację w bocznym pasku, zatem przygotujcie się na tekst chaotyczny, pośpieszny i pisany nieco na siłę.


"One Finger Deth Punch" to jedna w wielu skromnych produkcji, których bohaterami są czarne, patyczkowate ludziki. O ile się nie mylę, to wszystkie one wyewoluowały z prostych, flashowych bijatyk (i serii animacji pt. "Xiao Xiao"), można zatem powiedzieć, że w przypadku omawianego tytułu historia zatoczyła koło (poszukując dla niego przynależności gatunkowej sformułowanie "chodzona bijatyka" samo ciśnie się na usta).

Kwestia określenia gatunku nie jest jednak w tym przypadku tak oczywista, jak można by wnioskować chociażby po zerknięciu na screeny. Owszem, w "One Finger Death Punch" sterowany przez gracza protagonista przeciwstawia się zastępom przeciwników nacierających z obu stron ekranu - w dodatku czyni to wykorzystując wschodnie sztuki walki - jednak możliwości kierowania nim są znacznie ograniczone. Sam tytuł tej gry mówi wszystko: do zadawania śmierci wystarczy tym razem jeden palec. Nie przemieszczamy się przy pomocy kursorów, nie wciskamy gorączkowo klawiszów w celu wykonania skomplikowanego comba (rozbudowana klawiszologia zresztą jest rzadkością w chodzonych mordobiciach), a cała walka opiera się na wciskaniu prawego bądź lewego klawisza myszy (tudzież jednego z dwóch klawiszy na klawiaturze bądź guzików na padzie). Wszystko uzależnione jest od kierunku, z którego nadciąga przeciwnik. Nie ma tutaj miejsca na bezwiedne naparzanie, gdyż niemal każdy nietrafiony cios skutkuje kontrą wrogiego wojownika.


Oponentów jest kilka rodzajów. Od najprostszych, którzy polegną po jednym uderzeniu, przez takich, którym trzeba przyłożyć kilkukrotnie (czasami z jednej, czasami z obu stron), po "królów", przygotowanych na dłuższą wymianę ciosów. Wrogowie mogą ponadto posługiwać się bronią sieczną, obuchową, miotaną etc. W tym nierównym starciu nie jesteśmy oczywiście bezradni i nie dość, że możemy przeciwnikom odbierać ich zabawki (czasami w nad wyraz efektowny sposób), to co jakiś czas zyskujemy możliwość ulepszenia naszego wojaka o naprawdę użyteczne umiejętności. Możliwości jest naprawdę sporo, a zabawa, mimo swej prostoty, wciąga na długie godziny.


Muszę się w tym miejscu przyznać, że dawno tak pozornie nieskomplikowana gra nie przykuła mnie do monitora na równie długo. Wszystko przez wzorową mechanikę. Starcia są proste, ale dynamiczne. Ponadto kolejne plansze nie polegają tylko na wyżynaniu określonej liczby przeciwników. Trafiają się np. poziomy, które należy zaliczyć w określonym czasie, takie, w których należy kontrować rzucane przez przeciwnika sztylety, a także, wymagające skupienia i cierpliwości, walki z bossami. Są też niezwykle efektowne i szybkie plansze, w których walczymy przy pomocy miecza świetlnego lub nunchaku (też świetlnego...). Mapa świata jest całkiem spora i zaliczenie wszystkich rozmieszczonych na niej walk to zabawa na długie godziny. A potem jeszcze dochodzą dodatkowe poziomy trudności i rozbudowany tryb survival. Nic tylko klikać, klikać, klikać...


Grafika jaka jest, każdy widzi. Taka sama jak cała gra: prosta i jednocześnie efektowna. Animacja i efekty specjalne potrafią przyspieszyć tętno i przyprawić o oczopląs. Uproszczony wygląd rozgrywki kontrastuje in plus z brzydkimi grafikami w menu głównym oraz takimż wyglądem mapy świata. Kiczowata otoczka rodem z filmowego Hong Kongu jednak całkiem sprawnie buduje klimat "One Finger Death Punch" - produkcji, która przecież już swym tytułem sugeruje, iż była tworzona z przymrużeniem oka. À propos oczu, to jedną z efektowniejszych animacji jest wypadające oko trafionego przeciwnika...


W "One Finger Death Punch" powinien zagrać każdy miłośnik chodzonych mordobić i slasherów. Ta gra idealnie pokazuje, że w obrębie tych gatunków można jeszcze wymyślić coś nowego - i to skromnym nakładem sił oraz środków. Jeśli nie lubicie typowych naparzanek, też zagrajcie, bowiem zaprezentowany tutaj typ rozgrywki znacząco odbiega od tego, z czym tego typu gry są zazwyczaj kojarzone. Zapewniam, że nic tak nie odpręża po ciężkim dniu w pracy (nawet tej, w której sporo czasu spędzacie przed monitorem), jak wcielenie się w mistrza kung-fu i... rytmiczne uderzanie w klawisze komputerowego gryzonia.

3 komentarze:

Anita Karpińska pisze...

Szczerze napiszę, że jedyną grą, która kiedykolwiek mnie wciągnęła były Simsy i było to w wieku 8 lat, tym niemniej podziwiam Twoją pasję :) Pozdrawiam!
canbemagazine.blogspot.com

wypożyczalnia samochodów gdańsk lotnisko pisze...

hehe Anita ja mam podobnie, też Simsy ;d

Spanish 4Life pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.