środa, 24 lutego 2016

Zwierzogród

Dzisiaj o prawdopodobnie najlepszym filmie, jaki pojawił się na ekranach na początku tego roku. Niech Was nie zwiedzie oscarowy wysyp nowości - "Zwierzogród" to jedyny obraz na jaki naprawdę musicie iść do kina w tym miesiącu.


Najnowsza animacja Disneya to komedia sensacyjna, w której występują futrzaki. Tytuł "Zwierzogród" (czy oryginalny "Zoopolis") jest w tym przypadku nieco mylący, gdyż na ekranie pojawiają się tylko ssaki. No, ale zwyczajowo (co najmniej od czasów biblijnych) faunę dzieli się na zwierzęta i ptactwo, więc powiedzmy, że można na tę drobną nieścisłość przymknąć oko. Ekranowe zwierzaki są w pełni ucywilizowane, ale już na wstępie wspomina się o ich dzikich korzeniach. Są to zatem stworzenia antropomorficzne, ale mające świadomość tego, że kiedyś były zwierzętami w znaczeniu, w jakim my postrzegamy zwierzęcość (inna sprawa, że ludzi w tym świecie zupełnie nie ma). To trochę tak, jak w "Dobrym dinozaurze", gdzie dinozaury ewoluowały i zbudowały cywilizację opartą na hodowli oraz rolnictwie. Tutaj jednak twórcy poszli jeszcze dalej - zwierzaki osiągnęły poziom cywilizacyjny na znanym nam stopniu rozwoju. Omawiana animacja nie jest jednak alternatywną wizją dziejów świata, lecz pełnokrwistą bajką. Tyle, że sensacyjną. I bardzo, ale to bardzo zabawną.

Główną bohaterką "Zwierzogrodu" jest Judy Hops, przesłodka króliczka, która postanowiła zostać policjantką. Nie jest to proste zadanie, bowiem w tym świecie króliki tradycyjnie zajmują się uprawą marchewki, a nie łapaniem złoczyńców. Od czego jednak są marzenia i samozaparcie. Judy w końcu dopina swego celu. Mało tego: od wystawiania mandatów przeskakuje do roli najbardziej rozpoznawalnego gliny w mieście. A wszystko oczywiście na naszych oczach. Intryga raczej jest standardowa, zaś twórcy żonglują motywami, które na ekranie pojawiały się już nie raz i nie dwa. Od typowej dla amerykańskich filmów prawdy, że dzięki wierze można osiągnąć wszystko, przez bardzo wyraziste przesłanie antyrasistowskie, po motyw emancypacji. A fabuła? Judy nie ma łatwo, ale na swej drodze napotyka drobnego lisiego cwaniaczka, który w realiach wielkiego miasta odnajduje się dużo lepiej niż nasza bohaterka. To właśnie Nick Bajer, bo tak nazywa się ów lis, będzie jej przewodnikiem po zwierzogrodzkim półświatku. Mało tego, jego pomoc okaże się niezbędna do rozwikłania zagadki znikających drapieżników. Tyle jeśli chodzi o historię, która być może nie jest zbyt odkrywcza, ale sposób, w jaki ją podano, zasługuje na najwyższe oklaski.

Przyznam szczerze, że dawno się tak nie ubawiłem w kinie (nawet zachwalany wszem i wobec "Deadpool" nie rozbawił mnie równie mocno, co "Zwierzogród"). Ten film dosłownie wypchano po brzegi żartami - tak słownymi, jak i sytuacyjnymi. Do tego ta pędząca do przodu akcja, która sprawia, że od pierwszej do ostatniej minuty siedzimy jak zaczarowani i chłoniemy wszystko - od zapierających dech ujęć, przez kolejne żarty, aż po ważne przesłanie, które wchodzi tutaj całkowicie bezboleśnie, wręcz naturalnie. Naturalnie wchodzą również dowcipy. Uwierzcie mi, że znana z trailera scena z leniwcami to dopiero wierzchołek góry lodowej. Doskonale wypadają np. elementy parodystyczne (zwłaszcza nawiązanie do "Ojca chrzestnego"). Nie można się również przyczepić do bohaterów - tak pierwszoplanowej dwójki, jak i wszystkich futrzaków, które pojawiają się na drugim planie i w tle wydarzeń. Duża w tym zasługa świetnego dubbingu. Julia Kamińska i Paweł Domagała pokazali, że równie dobrze, co granie mniej lub bardziej zabawnych postaci w serialach obyczajowych, wychodzi im podkładanie głosów pod przesłodkie zwierzaczki.

Mógłbym jeszcze tak długo się zachwycać i rozpisywać, a od każdego zdania mdliłoby was, drodzy czytelnicy, coraz bardziej. To może inaczej: podobał wam się "Ralph Demolka" i "Wielka Szóstka"? "Zwierzogród" w niczym nie ustępuje tym produkcjom, a pod wieloma względami je przerasta. Biorąc poprawkę na fakt, że za wszystkie trzy tytuły odpowiada ta sama ekipa, wprost nie mogę się doczekać ich kolejnego dzieła. To animacja równie dobra, co "W głowie się nie mieści". Całkiem inna gatunkowo, ale równie dopracowana. Patrząc na takie filmy, aż dziwi, że nie włącza się ich do głównych kategorii w oscarowym wyścigu (tak jak doskonała "Marnie. Przyjaciółka ze snów" nie jest nominowana jako najlepszy film obcojęzyczny). Ale to już temat do osobnych rozważań...

W kinie pełnym dzieci wyraźnie najlepiej bawiła się moja ekipa. A zapewniam, że raczej nie sprawiamy wrażenia grupy docelowej disneyowskiej bajki o słodkich zwierzakach. Jak widać, pozory potrafią być bardzo mylące (o tym zresztą też jest ten film). Dzieciakom oczywiście też się podobało. Nie tak, jak nam, ale przecież młodemu widzowi wystarczy, że jest efektownie i dosyć zabawnie - wszystkiego rozumieć nie musi. Tak czy inaczej, jeszcze raz gorąco polecam!

1 komentarz:

Writerka pisze...

Mnie również ten film zachwycił! Głównie oczywiście przekaz. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że tutaj intryga była o wiele ciekawiej poprowadzona niż w niektórych rasowych kryminałach...