środa, 13 sierpnia 2014

Strażnicy Galaktyki

Jeśli liczba wpisów ma mieć z roku na rok tendencję wzrostową, to pora pozbierać się do kupy. Dzisiaj o filmie, który udało mi się obejrzeć niemal dwa tygodnie po premierze. Zdecydowanie sprawdziło się w tym przypadku  powiedzenie: lepiej późno niż wcale. Na dole, w ramach bonusu, znajdziecie youtube'ową playlistę z piosenkami z filmu (mam nadzieję, że zbyt szybko nie zostanie ona usunięta).


W czasie, kiedy DC po raz kolejny bawi się w konwertowanie na celuloid Batmana i Supermana (na odmianę na raz), Marvel udowadnia, że wcale nie trzeba być wydawcą przygód dwójki najpopularniejszych superbohaterów wszech czasów, aby kręcić najlepsze filmy z trykociarzami w rolach głównych. O ile jednak pod Avengers odpowiednio przygotowano grunt, racząc widzów solowymi przygodami bohaterów, którzy mogli być im nieznani, o tyle Strażnicy Galaktyki to wypłynięcie na niepewne wody naprawdę drogim jachtem. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że podobnie było z pierwszym Iron Manem, niemniej tytułowa postać z tego obrazu jest całkiem dobrze zakorzeniona w amerykańskiej popkulturze (zabawki, kreskówki itd.), a do tego obraz ten miał niepodważalny atut, w postaci powracającego z aktorskiego niebytu Roberta Downeya Juniora. Udało się, a potem już jakoś poleciało. Teraz jednak Marvel Studios uderzył z grupą szerzej nieznaną, serwując przy tym widowisko na poziomie przygód Avengersów. Dwa tygodnie po premierze już wiadomo, że ryzyko się opłaciło.

Strażnicy Galaktyki to opowieść o Petrze Quillu - urodzonym na Ziemi kosmicznym awanturniku. Ów człowiek na początku filmu zdobywa artefakt, który wpędzi go w nie lada kłopoty, ściągając mu na kark zarówno tych dobry (Xandar, a konkretnie Nova Corps), jak i złych (Kree, a konkretnie Ronan), a po drodze w tym całym zamieszaniu pojawi się jeszcze pewien łowca nagród i jego oddział. Peter w swej walce o przyszłość galaktyki nie będzie odosobioniony, gdyż w pewnym momencie dołączy do niego tyleż oryginalny, co niedobrany zespół. Zabójczyni Gamora, Drax Niszczyciel, drzewo-podobny Groot i kradnący całe przedstawienie Rocket, to ekipa prawdziwych indywiduów, która - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - jakoś nie sprawia wrażenia zbawców wszechświata. Nie ma sensu rozpisywać się nad każdym z bohaterów z osobna. Ich po prostu trzeba zobaczyć, a przede wszystkim posłuchać.

Obraz Jamesa Gunna to kino rozrywkowe w najczystszej postaci. Nie myślcie tylko, że to kolejny obraz, pod którym mógłby podpisać się Michael Bay. Nic z tych rzeczy. Oczywiście są pościgi, wybuchy, nieco seksownych kobiecych ciał i umięśnionych twardzieli, ale nie to stanowi istotę tego obrazu. Strażnicy Galaktyki są rozrywką lekką, lecz nie głupią, widowiskową, acz mogącą pochwalić się czymś więcej niż tylko efektownym kadrowaniem i mnogością komputerowych efektów. Urzeka przede wszystkim wizja kosmicznego uniwersum - niby marvelowskiego, ale przy tym niesamowicie świeżego. Poza tym doskonale wypadają wspomniani już bohaterowie. Kluczowym elementem jest jednak humor. Przypadkowy widz może w ogóle nie kojarzyć tytułowej ekipy - mało tego, może nie lubić ekranizacji komiksów i kina science-fiction - ale nie ma szans, żeby nie zaśmiał się przy żartach, które dosłownie wylewają się z ekranu. Humor w Strażnikach Galaktyki jest wszechobecny, lecz nienachalny, czyniąc każdego z bohaterów ciekawszym, a zarazem doskonale współgrając z fabułą. O obrazie Gunna można z czystym sumieniem napisać, że jest to film, którego nie powstydziłby się Steven Spielberg bądź George Lucas.

Dla przeciętnego widza doskonale skrojona, przygodowa fabuła i potężna dawka humoru, a co dla kogoś, kto jednak lubi fantastykę naukową i komiksy? Odpowiem krótko: wszystko. Są tutaj zarówno efektowne bitwy kosmiczne, gwiezdne krążowniki i myśliwce, których design nie może się nie podobać i cała masa innych smaczków. Kosmiczne uniwersum Marvela to potężne źródło pomysłów i inspiracji, a twórcy filmu skrzętnie z tego faktu skorzystali. Osobiście nie mam zbyt dobrego rozeznania w tym, co dzieje się poza marvelowską Ziemią, niemniej pojawienie się Thanosa zrobiło na mnie naprawdę spore wrażenie. Do tego Infinity Gems przypomniały o dwóch klasycznych grach Capcomu, a znajomy symbol kosmicznej policji sprawił, że wróciłem pamięcią do gościnnych występów Novy w komiksach TM-Semic. Sytuacja, w której co rusz rozpoznaje się jakiś swojski element, a jednocześnie odkrywa ledwo znaną, potężną część komiksowego wszechświata, stanowi kolejny atut Strażników Galaktyki (oczywiście nie dla wszystkich, a tylko dla takich średnio zaawansowanych geeków jak ja). Swoistą wisienkę na torcie stanowi zaś stary walkman z katowanymi w kółko przez Quilla przebojami z lat 60. i 70.


Czy film Gunna ma w ogóle jakieś wady? Hm, na pewno jest niczym więcej niż niezobowiązującą rozrywką. Tylko czy to wada? Wystarczy przejrzeć aktualny repertuar kin, aby zrozumieć, że, wbrew pozorom, takich filmów naprawdę brakuje. Niby można narzekać, że od ponad dekady ekrany zalewa superbohaterska powódź, ale tak naprawdę trzeba się tylko cieszyć, iż jest takie Marvel Studios i jego produkcje, które od kilku lat stanowią modelowy przykłady niegłupich letnich blockbusterów. Pośród średniaków i obrazów dosłownie miażdżonych przez recenzentów (patrzcie: ostatnia część Transformers i nowy film o Wojowniczych Żółwiach Ninja) Strażnicy Galaktyki naprawdę wyróżniają się in plus. Czyżby był to tegoroczny odpowiednik Pacific Rim?

Na koniec jeszcze mała ciekawostka. Opisywany film oglądałem 12 sierpnia, seans rozpoczął się o godzinie 22. Późna godzina i dosyć długi okres, który minął od premiery, pozwalały sądzić, że kinowa sala świecić będzie pustkami, jednak, o dziwo, najlepsze miejsca były pozajmowane. Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy film się skończył, a salę opuściła jedynie połowa widzów, reszta zaś spokojnie poczekała na tradycyjną, ukrytą scenę. A przecież do tej pory normą było, że wychodzę z kina jako ostatni (ponaglany wyczekującym spojrzeniem obsługi). Widać, że przynajmniej część widzów oswoiła się z filmowym Marvelem (i to nawet w tak egzotycznej odmianie jak Strażnicy Galaktyki), przyjmując z otwartymi ramionami wszystko, co ma do zaoferowania.

2 komentarze:

Goliat pisze...

Na początku nie byłam jakoś specjalnie przekonana do tego filmu, miałam wrażenie, że jest on przereklamowany - ogólnie rzecz ujmując - przerost formy nad treścią. Po przeczytaniu Twojego posta jakoś przemogłam się do jego obejrzenia i ... nie było tak źle jak się spodziewałam. A nawet warto było ;)

Pozdrawiam i zapraszam do siebie :D http://cosinszego.blogspot.com/

PKP pisze...

Cieszę się, że mogłem pomóc :)