niedziela, 6 lutego 2011

Iluzjonista

Pora nieco rozruszać paluchy i mózgownicę. Co prawda, luty to najkrótszy miesiąc w roku, ale wiele osób przywykło uważać go za okres tak krótki, że w ogóle nie warto zawracać sobie nim głowy. A przecież to tylko kilka dni mniej niż standardowe 30-31... Nie obiecuję, że do końca miesiąca pojawią się tutaj cztery teksty, ale na pewno postaram się, aby - w porównaniu z resztą roku - luty nie czuł się pokrzywdzony.


"Iluzjonista" to druga pełnometrażowa animacja, którą samodzielnie wyreżyserował Sylvain Chomet. "Trio z Belleville" swego czasu naprawdę mnie urzekło, więc kiedy tylko pojawiła się okazja do obejrzenia na dużym ekranie "Iluzjonisty", nie wahałem się ani przez chwilę.

Na początek, szybki rzut oka na plakat. Wysoki mężczyzna w czerwonym (w filmie: fioletowym), przykrótkim garniturze gdzieś dyskretnie zerka. To tytułowy iluzjonista spogląda za kurtynę, by przekonać się ile osób przyszło na jego pokaz. Jest tego ciekaw, gdyż od ilości gości zależy jego wypłata i dalsza kariera, jednak choćby na widowni były tylko dwie osoby, to jego występ będzie profesjonalny jak zawsze.

Większość filmu rozgrywa się w Szkocji. To tutaj trafia Tatischeff (nazwisko iluzjonisty) - najpierw do małej, zabitej deskami wioski, a następnie do Edynburga. Tylko na północy Wielkiej Brytanii niezwykły talent bohatera jest w stanie wzbudzić zachwyt. Paryż już się nim przejadł, w Londynie triumfy święcą młode kapele rockowe, więc naturalnym wyjściem wydają się miejsca, gdzie czas się zatrzymał. Podróż na północ wydaje się być dobrym wyborem - może o tym świadczyć fakt, że w szkockiej wiosce, z okazji występu iluzjonisty, właściciel pubu korzysta z elektrycznego oświetlenia (akcja rozgrywa się w latach 50-tych, więc w takich miejscach żarówka jest nie lada rarytasem). W stolicy Szkocji też nieźle mu się wiedzie, jednak do czasu gdy i tu dotrze moda na rock'n'rolla. We wspomnianej wiosce Tatischeff poznaje Alice - dziewczynę, która przyczepia się do niego niczym rzep do psiego ogona. Wydawać się może, że wykorzystuje ona dobroduszność iluzjonisty, jednak w istocie cały czas daje mu nadzieję - wierząc, że jego umiejętności mają związek z darem magicznym. Celem iluzjonisty jest przecież sprawienie, aby widz uwierzył, że to co widzi na scenie nie jest tanią sztuczką, lecz efektem działania nadprzyrodzonych mocy. I dziewczyna naprawdę wierzy, że buty i sukienki, którymi jest obdarowywana, zostały wyczarowane, a kolejne monety w magiczny sposób pojawiają się za jej uchem. Iluzjonista, jako prawdziwy mistrz w swej sztuce, nie może wyprowadzić jej z błędu. Będzie go to kosztowało niemało trudu i poświęceń, które ostatecznie na niewiele się zdadzą i zostaną podsumowane pesymistycznym stwierdzeniem, że "magia nie istnieje".

"Iluzjonista" to piękna baśń. Mimo, że nie ma tu zjawisk nadprzyrodzonych i raczej nikt nie żyje długo i szczęśliwie, to jest w tym obrazie ta szczególna magia, prostota i czyste piękno, za które wszyscy uwielbiają baśnie. Duża w tym zasługa doskonałej oprawy graficznej. Tła wzbudzają zachwyt, animacja postaci nie pozostawia nic do życzenia, a ilość detali, które pojawiają się na ekranie, sprawia, że widzowi ciężko choć na chwilę odwrócić wzrok bez obawy, że ominie go jakiś zachwycający obraz. Zresztą, kto by chciał spuszczać wzrok, jeśli ten niezwykły spektakl trwa tylko 90 minut?

Wrażenia wizualne towarzyszące "Iluzjoniście" mogę porównać jedynie do dzieł studia Ghibli. Tak jednak, jak mistrz Miyazaki i koledzy tworzą baśnie niezwykle rozbudowane - zarówno graficznie, jak i fabularnie - tak dzieło Chometa jest opowieścią raczej prostą, pozbawioną nagłych zwrotów akcji, czy epickich scen, na swój sposób wręcz niepozorną. Kogoś to wolne tempo i prostota historii może nużyć, jednak prawda jest taka, że o prostych prawdach najlepiej mówić w prosty sposób.

"Iluzjonista" zachwyca i wzrusza. Przede wszystkim sprawia jednak, że na czas seansu człowiek zapomina, iż poza salą kinową czeka na niego szara rzeczywistość, w której nie ma miejsca dla dobrodusznych iluzjonistów. Paradoksalnie - zapomina, że magia nie istnieje.

1 komentarz:

Liou pisze...

Interesante...