środa, 25 marca 2009

Kuro

Wiosna coś nie chce nadejść... No trudno, piwo na świeżym powietrzu musi poczekać. Póki co, mogę więcej czasu spędzać przed kompem i od czasu do czasu nawet coś napisać. Dzisiaj się udało i wrzucam kolejny świeży tekst. Na opisywane anime trafiłem w gazetce pt.: „Kino Domowe. Wydanie specjalne” nr 2/2008. Jakimś cudem (rok temu) nie poszła w miejscowym empiku do zwrotu, w związku z czym mogłem się w nią zaopatrzyć... Na końcu mała zajawka samego anime. Kończąc przydługi wstęp pozdrawiam brata, który wczoraj wyszedł z woja (tak przy okazji pacyfistycznych klimatów). Najlepszego na „nowej drodze życia” brachu!


Keiji Nakazawy znany jest przede wszystkim jako twórca rewelacyjnej serii „Hiroszima 1945: Bosonogi Gen”. Mimo że wspomniany tytuł jest dziełem jego życia, to autor ten stworzył również szereg innych, mniej lub bardziej znanych, mang. I w tych dziełach przewijał się wątek ataku bombowego na Hiroszimę. Trudno się temu dziwić- każdy, kto przeżyłby armagedon nie potrafiłby już opowiadać o niczym innym. Na podstawie jednej z owych mang powstało anime, które pragnę dzisiaj opisać.

„Kuro” to opowieść o dwójce rodzeństwa z Hiroszimy: Nabuko i Makoto. Nabuko pewnego dnia ratuje przed krukami małego kotka. Rzecz jasna, postanawia się nim zaopiekować. Ojciec temu pomysłowi nie jest przychylny, jednak kiedy dostrzega do jak wielkich poświęceń są gotowe jego dzieci, aby tylko kotek został pod ich dachem, przełamuje się. I w zasadzie większa część omawianego anime to historia przyjaźni Nabuko i jej braciszka z kotkiem, któremu dają na imię Kuro. Gdzieś w tle tego wszystkiego toczy się wojna, która daje o sobie znać poprzez braki w zaopatrzeniu i okazjonalne naloty, które okazują się lotami rozpoznawczymi (Amerykanie nie bombardowali Hiroszimy, dzięki czemu później mogli lepiej ocenić siłę zniszczenia bomby atomowej). Nie ma sensu teraz opisywać wszystkich przygód, jakie spotykają bohaterów. Warto zobaczyć je samemu. Narracja jest prowadzona powoli, a wydarzenia nie następują w błyskawicznym tempie, zatem widz może jeszcze lepiej odczuć szczęście w jakim, mimo wojny, żyje rodzina Nabuko. Wszystko jest tak sielankowe, gdyż wydarzenia są przedstawione z perspektywy dzieci, dla których szczytem szczęścia jest tytułowy kot.

„Kuro” na pewno nie jest tak epickie jak „Hiroszima 1945”. Zresztą wcale takie miało nie być. Omawiany film to jeden z wielu epizodów, jaki mógł mieć miejsce w mieście przed atakiem atomowym. Nakazawa chciał pokazać, że w Hiroszimie żyli prawdziwi ludzie, którzy mieli swoje troski i radości, a których indywidualne losy są warte poznania. „Kuro” to taki jeden z tysięcy pamiętników, jakie mogłoby napisać dzieci, które przeżyły atak. Nie ma tutaj tak wstrząsających wątków, jak w „Hiroszmie 1945”, wszystko skupia się na wątku dwójki dzieci i kotka. Nawet kiedy bomba zostaje już zrzucona, to efekty jej działania przedstawione są na ekranie w formie statycznych kadrów. Dzięki temu „Kuro” można pokazać także młodszym widzom, bez ryzyka, że będą świadkami szczególnie drastycznych scen.

Jakość animacji nie pozostawia wiele do życzenia. Każdy kto wyrósł na japońskich kreskówkach z lat 80-tych powinien czuć się jak w domu. Prosta kreska, wielkie oczy, głupawe miny i oszczędna ilość klatek- to wszystko jest również w „Kuro”. Jeśli ktoś oczekuje animacji na poziomie „Grobowca świetlików” to niestety będzie zawiedziony. Pod względem wykonania to jednak troszkę inna liga (mimo równie poważnej problematyki).

„Kuro” to wzruszająca, ciepła opowieść o przyjaźni, którą niszczy wojna. Keiji Nakazawa stworzył świetny scenariusz, w którym zawarł krytykę wszelkich działań zbrojnych. Takeshi Shirato sprawnie jego opowieść wyreżyserował- w efekcie tego widz otrzymał film, który na długo zapada w pamięć. To anime to doskonały przykład na to, że aby ukazać okropieństwo wojny nie trzeba pokazywać tysięcy ofiar. Wystarczy, że pokaże się życie przed atakiem i kilka scen już po nim. „Kuro” gorąco polecam wszystkim, którym podobały się wspomniane wyżej: „Hiroszimia 1945: Bosonogi Gen” i „Grobowiec świetlików”. Uprzedzam tylko, że wstrząsu, na miarę tych dwóch dzieł, omawiane anime raczej nie wywoła.

1 komentarz:

Rob pisze...

Ha, widziałem to w Empiku, zastanawiałem się czy nie nabyć