piątek, 6 lutego 2009

Ghost Rider

Wczoraj znowu zawaliłem... Jakoś zmęczony jestem notorycznie. Nie mam pojęcia czy wina to roboty, pogody, czy jeszcze jakiegoś innego czynnika. Na szczęście dni coraz dłuższe, to może mi się poprawi. Tymczasem wygrzebałem jeszcze jedną reckę filmu. Pochodzi ona z numeru 2/2007, czyli jak na tutejsze standardy jest całkiem świeża. Jako bonus zamieszczam kawałek, z którego pochodzi cytat rozpoczynający poniższe wypociny.



„Ghost Rider motor cycle hero
Baby baby he lookin' so cute
See him ride ride ride in a blue jump suit”

Henry Rollins - „Ghost Rider”

Filmy na podstawie komiksów mało kiedy aspirują do rangi wybitnych dzieł dziewiątej muzy. Oczywiście trafiają się chlubne wyjątki, ale większość ekranizacji popularnych komiksów to nic więcej niż prosta, sprawnie zrealizowana rozrywka. Rozrywka, która na pewno może się podobać i trafiać w gusta fanów. Niestety czasem i zrobienie przyjemnego kina akcji jest barierą, której filmowcy nie są w stanie przeskoczyć. I już na wstępie muszę stwierdzić, że „Ghost Rider” zalicza się właśnie do tego niesławnego grona.


Tytułowy bohater to postać z pewnością kultowa. Powołany do życia w latach siedemdzisiątych, należał do grona nowej fali marvelowskich superbohaterów. Obok Punishera i Wolverine'a stanowił wzorcowy przykład herosa, który nie jest już tak niskazitelny moralnie jak inne postacie, dotychczas pojawiające się w komiksowych masówkach. Właśnie ta niedwuznaczność była tym, co tak bardzo w niej intrygowało. Jasne, Ghost Rider był tym dobrym, ale był również... demonem. On nie tylko łapał przestępców i odstawiał ich na komisariat- nierzadko również zabijał. Dodajmy do tego wygląd naszego pupilka, na który składała się nabijana ćwiekami ramonka, łańcuchy, płonąca czacha w miejscu głowy i nieodzowny piekielny motocykl, a już będziemy mieli ówczesną kwintesencję słowa: „cool”. Nawet dzisiaj image Ghost Ridera robi wrażenie i śmiało może konkurować z takimi przebierańcami jak Spawn, czy Darkness. W samej postaci też tli się nadal pewien potencjał, który można w ciekawy sposób wykorzystać. Wiecie: z tematyki powiązanej z mistycyzmem, diabłem, demonami i do tego motocyklami zawsze da się wykrzesać coś ciekawego...

Niestety, twórcy omawianego filmu nie wykrzesali z niej nic co by mogło wywołać choćby najmniejszy płomyczek (no chyba, że na głowie tytułowego bohatera). „Ghost Rider” to film, który całkowicie zmarnował potencjał postaci. Naprawdę szkoda, bo ostatnio wzrasta nie tylko liczba ekranizacji komiksów, ale także ich poziom. A tu nagle takie potknięcie speców z Marvela. Powodów dla których należy uznać ten film za porażkę jest wiele. Po pierwsze niesłychanie błacha i przewidywalna historia. Jej infantylizm można by nawet jakoś strawić, gdyby chociaż co jakiś czas zaskakiwano widza nagłym zwrotem akcji. Niestety, nic z tego. Od początku wiemy co i jak się zdaży. Pakt z diabłem stanowi tutaj zawiązanie akcji i już od tego momentu wiemy, że na pewno nie będzie to szczęśliwa transakcja dla głównego bohatera. A jest nim Johnny Blaze- kaskader motocyklista, który z troski o swego ojaca podpisuje cyrograf i staje się „Jeźdźcem Dusz” (hmm, ciekawe tłumaczenie) na usługach samego Mefistofelesa. Oczywiście, ojciec i tak ginie, a biedny i potępiony Johny porzuca swoją super-laskę i rusza w świat, wprost na spotkanie swego przeznaczenia. Inne adpatacje komiksów Marvela też nigdy nie grzeszyły zbytnią oryginalnością, ale tutaj oliwy do ognia dolewa jeszcze fatalne aktorstwo. Naprawdę lubię Nicolasa Cage'a, a jego role w „Arizona Junior”, czy „Mieście aniołów” na długo zapadły mi w pamięci, ale to co zaprezentował w „Ghost Riderze”, każe mi mocno zweryfikować własne poglądy na temat talentu tego aktora. Nie wiem, może właśnie na tym polegała rola Cage'a żeby uczynić z Blaze'a wioskowego głupka, który stroi durne miny, kombinuje jak na nowo wyrwać swoją dawną kobietę, a jednocześnie udaje, że czyta książki o mistycyźmie i demonologii. Takiego Ghost Ridera naprawdę trudno nazwać mrocznym i ponurym, a co dopiero strasznym. Z aktorów wyróżnia się tutaj tylko Eva Mendes, ale niestety nie ze względu na talent, lecz walory estetyczne, jakie wprowadza do obrazu pana Johnsona. Ogólnie scenariusz, aktorstwo i szeroko pojęty klimat stoją w tym filmie na tak niskim poziomie, że już nie chce mi się o nich pisać. Przejdźmy więc może do tego co w nim aż tak bardzo nie drażni (co wcale nie znaczy, że zachwyca).


Zdjęcia są ładne. Ot, taki typowy pełnometrażowy teledysk a'la MTV. Oczywiście w teledysku musi być też muza i takową też tutaj znajdziemy. Niestety nie bardzo utkwiła mi ona w pamięci, a to znaczy, że nie była zbyt wyjątkowa (ani zbyt kiepska też nie). Widocznie soundtrack jest tutaj nijaki. No może poza niezapomnianym kawałkiem Ozzy'ego Osbourna „Crazy Train”, który pojawia się w jednej scenie. Pora na efekty specjalne, czyli to, co w adaptacjach większości komiksów superbohaterskich przyćmiewa wszystkie inne elementy filmu. Tutaj (sądząc po tym jak bardzo olano fabułę) miało być podobnie. Fajna płonąca czacha, fajny motorek, fajne sceny akcji. Wszystko poprawne, lecz nie powalające na kolana i nie zasłaniające w żaden sposób jakichkolwiek braków tej produkcji. Gdyby zrobić z „Ghost Ridera” pięciominutowy teledysk hard rockowy, albo reklamę Harleya Davidsona, to myślę, że mogłoby to wszystko jakoś dać radę. W takiej formule, w jakiej zostało zaprezentowane, niestety nie daje.

Nie jestem ekspertem w temacie Ghost Ridera. Sama postać nie jest mi obca, coś tam z nią czytałem (m.in. bardzo przyjemny „Ghost Rider 2099”), ale nigdy nie zagłębiałem się mocniej w jej genezę i mitologię. Miałem nadzieję, że film Marka Stevena Johnsona pozwoli mi choć lepiej poznać kościstego motocyklistę. Niestety tak się nie stało. Przyznam się szczerze, że więcej po tej produkcji oczekiwałem. Tak jak do oglądania „Fantastic Four” zasiadałem z wielkim uprzedzeniem i świadomością, że zaraz obejżę bardzo kiepski film (przez co nawet owa produkcja mnie miło zaskoczyła), o tyle w przypadku „Ghost Ridera” spodziewałem się naprawdę czegoś więcej. Oczywiście nie żadnego arcydzieła, ale chociaż mrocznego, metafizycznego thrillera z odrobiną piekielnego klimaciku. A tu nic z tych rzeczy... Do diabła z takimi ekranizacjami komiksów!