
Death Proof to jeden z filmów, które Tarantino stworzył z Robertem Rodriguezem w ramach projektu o nazwie Grindhouse. Chodziło w owym projekcie o uchwycenie specyficznego klimatu filmów klasy B, które w zamierzchłych latach 70-tych (i ich okolicach) puszczano w amerykańskich kinach dla niewybrednego widza. Kupowało się jeden bilet, za który można było obejrzeć dwa filmy na raz. Czyli: ilość, ale nie jakość. Projekt wyżej wymienionych panów miał podobne założenia, gdyż w USA wyświetlane są podczas jednego seansu zarówno Death Proof, jak i Planet Terror (film Roberta). Reszta świata otrzymała te filmy osobno, ale za to w dłuższych wersjach. Ja na razie jestem na świeżo po seansie pierwszego z nich i muszę już na wstępie przyznać, że mój apetyt na kolejny wcale nie maleje.

Do rzeczy jednak. Death Proof to w zasadzie dwie osobne opowieści, które posiadają specyficzną klamrę spinającą w postaci Kaskadera Mike'a (doskonały Kurt Russel). Mike to wesoły maczo, który jeździ sobie po Stanach swoim „śmiercioodpornym” samochodem i morduje zastępy młodych i pięknych kobiet. W pierwszej części filmu jesteśmy świadkami jego, jak najbardziej udanej, akcji. Ginie pięć kobiet. Najpierw jednak je poznajemy. Dziewczyny piją, śmieją się, gadają (strasznie dużo gadają) i nawet przez myśl nam nie przechodzi, że to ich ostatnie chwile. Przecież w takich filmach zły oprych zawsze konkretnie miesza, ale ostatecznie dostaje wpierdol. Tutaj jest inaczej. W ogóle tutaj jest dużo inaczej. Pierwsza część to taka troszkę knajpiana obyczajówka, w której jesteśmy sekundantami nudnawych, babskich pogaduszek po kilku głębszych. Sielankę kończy, jak wyżej wspomniano, Mike. Sam trafia po wszystkim do szpitala, po czym akcja przeskakuje 14 miesięcy do przodu. I znowu pojawia się Mike. W nowym samochodzie, ale z tą samą fryzurą i chęcią mordu. I teraz zaczyna się dopiero akcja. Kaskader znajduje sobie nowe ofiary, które pod względem urody wcale nie ustępują poprzednim. Tylko, że w tej nowej grupce są dwie kaskaderki. Zwłaszcza Zoe to twarda babka, a sceny, w których widzimy ją w akcji (ale takiej klasycznej, a nie takiej, jaką ma się zazwyczaj na myśli...) na długo zostają w pamięci. Ta część Death Proof zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu, gdyż mniej w niej typowo tarantinowskich zagrań (dialogi, tańczenie, etc.) a więcej czystej adrenaliny. Do tego dochodzą wspaniałe samochody, które rykiem silników tworzą świetny, osobliwy soundtrack. Oczywiście zwykła muzyka też tu jest i jak zwykle u Tarantino została ona doskonale dobrana. Dla samego udźwiękowienia warto ten film zobaczyć w kinie, a nie przed komputerem.
Czy omawiane dzieło ma jakieś wady? Krytyk pewnie by się przyczepił, zwyczajny widz też, ale ja na tyle lubię kino jako takie, że jeśli w jakimś filmie znajdę scenę, która mnie autentycznie powali, to wszystko inne przestaje się liczyć. W Death Proof takich scen jest kilka. Po pierwsze czołowe zderzenie pod koniec pierwszej części filmu (prawdziwy Carmageddon!), po drugie rozmowa Kim z Zoe (w ogóle wszystkie ich dialogi), no i przede wszystkim doskonałe sekwencje samochodowe z drugiej części filmu. Aha, jest jeszcze scena finałowa. Tak naprawdę to ten film się ogląda, a nie poznaje jego fabułę (bo ta, jaka jest- każdy widzi).

Jeśli lubicie filmy Quentina Tarantino to ten na pewno was zachwyci. Jeśli nie lubicie... to chyba nadszedł czas żeby polubić. Jasne, zachwycać się nie trzeba i nikt od was tego nie wymaga, ale jeśli weźmiecie poprawkę na konwencję, do jakiej nawiązuje ten obraz, to dobrą zabawę podczas seansu macie zagwarantowaną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz