środa, 14 stycznia 2009

Final Fantasy VII: Advent Children

Udało mi się znaleźć jeszcze jeden tekst poświęcony filmowi. Pochodzi on z numeru 8-9/2006- kolejnego podwójnego. Wymówką oczywiście były wakacje (przypominam, że darmozjady studenty obijają się też we wrześniu). Z perspektywy czasu patrzę nieco przychylniejszym okiem na "Advent Children". Na pewno omawiana produkcja jest lepsza niż pierwszy film ze słowami "Final Fantasy" w tytule. Poza tym uwielbiam siódmą odsłonę gry o tym samym tytule (tylko w nią grałem dłużej niż godzinę). No i w reszcie: obecnie filmów zrobionych w 100% na kompach jest mniej, niż jeszcze kilka lat temu się człowiek spodziewał (bo animacji z różnymi zwierzakami nie liczę). Może w takim razie warto dać szansę omawianej poniżej produkcji?


Final Fantasy VII- gra legenda (trochę bardziej dla posiadaczy konsoli PlayStation niż pecetowców), gra, która na trwałe wpisała się do panteonu komputerowej rozgrywki, w reszcie gra, która jako pierwsza otrzymała najwyższą ocenę w ś.p. Resecie. Co nam pozostało po niej dziś? Na pewno wzorzec, do którego mogą odwoływać się twórcy innych japońskich RPG i obiekt kultu, przed którym mogą się ślinić rzesze fanatycznych wielbicieli. To dla tego rodzaju graczy powstają kolejne "wytwory", czerpiące pełnymi garściami z legendy FF VII. Takim dziełem jest również Final Fantasy VII: Advent Children.


Powstały pięć lat temu film Final Fantasy: The Spirits Within nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Wysoko budżetowa, nowatorska animacja nie przypadła do gustu zarówno krytykom, jak i widzom. Nie przypadła w reszcie do gustu fanom serii gier komputerowych, do których nawiązywała (wyłącznie tytułem trzeba zaznaczyć). Sytuację miał zmienić Final Fantasy VII: Advent Children. Akcja tego filmu rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach, które zostały przedstawione w grze komputerowej. Od tego czasu wiele się zmieniło. Sephiroth (główny zły) nie żyje, a świat jest w reszcie miejscem spokojnym. Tylko pozornie jednak. Pojawiła się bowiem epidemia geostigmy. Chorują na nią przede wszystkim dzieci. Zarażony jest również główny bohater opowieści, Cloud. Jak by tego było mało, musi oczywiście pojawić się nowe zagrożenie w postaci trójki srebrnowłosych braci. Chłopaki mają w głowie nieźle namieszane. Ciągle gadają o jakiejś matce i jeden drugiemu, co krok przypomina, żeby nie płakał. Oj, będzie się działo (jeszcze więcej niż w reklamie popularnego piwa). Oczywiście spotkamy wszystkich dobrych (tych niedobrych też) znajomych z gry. Odwiedzimy znane lokacje i obejrzymy pojedynki, w których nasi bohaterowie zaprezentują cały asortyment znanych nam ciosów. Ba, posłuchamy nawet swojsko brzmiącej muzyki. Wszystko to wprawi nas w cudowną nostalgię, odżyją wspomnienia, a niejednemu łezka się w oku zakręci. Wszystko to wszakże pod warunkiem, że jesteśmy fanami rzeczonej gry, bo jeśli nie...


No właśnie, Final Fantasy VII: Advent Children to film przede wszystkim dla fanów serii. Jeśli jesteśmy zwykłymi kinomanami to nie mamy tu czego szukać. Fabuła, w której pojawia się plejada ciekawych, ale nieznanych nam postaci, pozostanie dla nas chaotycznym zlepkiem kolejnych scen akcji, poprzecinanych dialogami pełnymi odniesień do przeszłości, o której tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia. Coś tam niby można wywnioskować, ale to zdecydowanie za mało, aby zachwycić się tym filmem i wsiąknąć w jego klimat. Klimat ten za to z pewnością udzieli się osobom, które grając w FF VII zarywały kolejne nocki. Piękne sceny akcji, wykonane w bardzo dobrej, realistycznej (ale nie doskonałej) komputerowej technice animacji to za mało, żeby przyciągnąć widza, który szuka opowieści a nie teledysku. Ja sam znam świat FF VII i muszę przyznać, że i tak raziła mnie historia przedstawiona w omawianym filmie. Czegoś jej brakowało. Jestem fanem tej gry, ale nie fanatykiem i dlatego nie mogę przymknąć oczu na fakt, że po obdarciu Final Fantasy VII: Advent Children z całej jego pięknej oprawy niewiele pozostanie.


Skoro już jesteśmy przy oprawie to wypada wtrącić parę słów na jej temat. Jakość animacji nie pozostawia wiele do życzenia. Co prawda, nie jest to ultrarealizm, który moglibyśmy pomylić ze zdjęciami żywych aktorów, ale to nawet lepiej. Advent Children jest chyba nawet mniej realistyczne od The Spirits Within. Czy to zarzut? Bynajmniej. FF VII to twór mocno osadzony w stylistyce anime i zbytnie "urealnienie" jego ekranizacji mogłoby się tutaj nie sprawdzić. Niech się jednak nie martwią widzowie uczuleni na wielkie oczy, długie nogi i olbrzymie biusty (jak w ogóle można być na to uczulonym?). FF VII: Advent Children jest dziełem realistycznym, ale w taki sposób, by nadal było widać, że to animacja, a nie próba udawania filmu aktorskiego (a z czymś takim mieliśmy przecież do czynienia w przypadku poprzedniego filmu Final Fantasy). Bohaterowie nadal mają wymyślne fryzury, noszą olbrzymie miecze i guny, a ich akrobacje przeczą podstawowym prawom fizyki. Wszystko jest piękne, kolorowe i efektowne. I tylko ze względu na wrażenia wzrokowe mogę ten film polecić laikom. Zapewniam, że takie sceny jak drużynowa walka z Bahamutem, czy pojedynek Tify z Lozem, to prawdziwe majstersztyki animacji komputerowej. Czy tylko dla nich warto poświęcić ponad półtorej godziny, musicie zdecydować sami. Warto dodać, że świetny obraz uzupełnia równie wspaniały dźwięk. Odgłosy, dubbing, no i muzyka, która sama w sobie jest tyleż przepiękna, co różnorodna. Reasumując: gdybyśmy mieli w Advent Children fabułę tej samej jakość, co oprawę, to wyszedłby film wybitny.


Pora kończyć. Już się pewnie domyślacie, że podsumowanie może być tylko jedno. Tak, Final Fantasy VII: Advent Children to film przede wszystkim dla fanów serii. Obawiam się, że tak naprawdę to tylko i wyłącznie dla fanów serii. No chyba, że jesteście w stanie przez 101 minut oglądać intro (ew. outro) do gry komputerowej.

Tytuł: Final Fantasy VII: Advent Children
Reżyseria: Tetsuya Nomura, Takeshi Nozue
Scenariusz: Kazushige Nojima
Muzyka: Nobuo Uematsu, Kenichiro Fukui, Keiji Kawamori, Tsuyoshi Sekito
Rok produkcji: 2004
Kraj produkcji: Japonia