wtorek, 20 stycznia 2009

Last Bronx

Dzisiaj przedstawiam grę, która przeszła przez rynek bez rozgłosu, na jaki z pewnością zasługiwała. Na dobrą sprawę to jedno z ostatnich trójwymiarowych mordobić, jakie pojawiły się na PC. Potem jeszcze był Mortal Kombat 4, Bio Freaks i w zasadzie tyle (niskobudżetowych pierdółek dodawanych do tekturek, udających czasopisma, nie liczę). A było to w 1998 roku, prawie 11 lat temu! Już za późno żeby biadolić i czekać na zmianę sytuacji, bo wszyscy miłośnicy mordobić już dawno przerzucili się na konsole, albo... znaleźli sobie nowy ulubiony gatunek. Tekst pochodzi z numeru 11/2004.


Pecetowi miłośnicy mordobić, w kraju nad Wisłą, naprawdę nie mają łatwego życia. Nie dość, że od dawna na ich sprzęt nie ukazują się żadne tytuły należące do tego gatunku, to dodatkowo jeśli już coś wyjdzie, to z reguły nasi rodzimi dystrybutorzy omijają taką produkcję szerokim łukiem. Cóż zatem robić? Najlepiej inwestować w konsolę. No, ale przecież mówimy o pecetowych miłośnikach mordobić, a ci jak sama nazwa wskazuje, powinni mieć możliwość zabawy na poczciwym blaszaku. W takim wypadku pozostają dwie możliwości: granie na rozmaitych emulatorach, lub odkurzenie starych, ale ciągle grywalnych pozycji. Jako, że ostatnimi czasy opisywałem bijatyki na emulatory, to teraz proponuję mały powrót do korzeni. Zobaczmy cóż takiego mamy na PC, co choć w niewielkim stopniu miałoby szansę w konkurencji z takimi hitami jak Soul Blade, czy Soul Calibur. Mój wybór padł na Last Bronx.


Last Bronx to trójwymiarowa bijatyka będąca dziełem AM3- zespołu programistów pracującego dla korporacji Sega. Jak powszechnie wiadomo, co jak co, ale gry z szyldem Sega zawsze są dużymi sukcesami (w przeciwieństwie np. do konsol). Tym razem nie było inaczej. Opisywana gra wpierw wyszła na automaty (1996 rok), następnie na ś.p. konsolę Saturn (1997) i wreszcie na PC (1998- oczywiście). Taka kolejność jest czymś zupełnie naturalnym i zaobserwować ją można w przypadku większości mordobić. No cóż, my pecetowcy zawsze na końcu, ale trzeba się cieszyć, że w ogóle ktoś wtedy o nas pamiętał (dzisiaj zapomnieli już wszyscy).


Na początek proponuję mały wstęp fabularny. W 1991 Tokio (takie japońskie miasteczko jakby ktoś nie wiedział) nawiedziło ogromne tsunami, które oczywiście całkowicie zniszczyło to urodziwe miasto. Po kataklizmie, jak to po kataklizmie, zaczęły rządzić przemoc, anarchia i "grupy trzymające władzę". Akcja gry rozgrywa się w niedalekiej, bliżej nie określonej przyszłości, kiedy to na czoło "społeczności" Neo-Tokyo (tak teraz nazywa się nasze miasteczko) wysunęło się osiem gangów. Owe gangi toczą ze sobą krwawe boje o ostateczną dominację. Wreszcie cyborg Redeye (finałowy boss tej gry) postanawia zorganizować turniej, w którym stawką jest "władza ostateczna". Do walki przystępują więc przywódcy każdego z gangów (takiej okazji nie mogliby sobie darować, zwłaszcza, że każdy kto odmówił Redeye'owi już wącha kwiatki od spodu): Yusaku (walczy sensetukonem- takie potrójne nunchaku), Joe (ten już walczy zwykłym nunchaku), Nagi (dierży dwa sztylety sai), Tommy (mały chłopak z wielkim kijem), Zaimoku (wielki chłopak z jeszcze większym młotem), Yoko (pani w bejsbolówce ma oczywiście pałki...tonfa), Lisa (macha sztyletami) i wreście Kurosawa (kawał drania z kawałem kija...). Każda postać jest naprawdę inna i ma swoją historię, którą poznać możemy m.in. ze świetnych, animowanych wstawek. Oprócz wspólnego intra, wojownicy mają swoje osobne zakończenia (wszystko w stylistyce typowo japońskiej). Po przygodzie z Last Bronx powinni być usatysfakcjonowni nie tylko maniacy nawalanek, lecz również miłośnicy anime.


Pora przejść do meritum gry, czyli rozgrywki. Wszyscy ci, którzy spędzali długie godziny przy znakomitej serii Virtua Fighter (o niej szerzej kiedy indziej) powinni poczuć się jak w domu. Przede wszystkim mamy więc trzy podstawowe klawisze odpowiedzialne za walkę: guard (blok), punch (piącha, a raczej "pała") i kick (buten w morden). Mechanika gry jest na tyle zbliżona do tej z VF, że początkowo ma się wrażenie, że LB to taki "Wirtualny Wojownik" z bronią białą i zamkniętymi planszami (nie można robić ring outów). Po pewnym czasie zaczynamy jedna dostrzegać różnice. Przede wszystkim wspomnianą już broń. Każda "zabawka" ma swój rozmiar i wagę, i to one właśnie wpływają na sposób poruszania się naszej postaci. Zwinna Lisa ze swoimi lekkimi nożykami właściwie walczy jakby nic w rękach nie trzymała, ale już np. Zaimoku i jego młotek to złożony mechanizm, w którym przemieszenie się jednego (młota) ciągnie za sobą drugiego (naprawdę nie wiem jak to inaczej wyrazić słowami). Po prostu wyprowadzony cios cągnie za sobą tego, który go wyprwadził (niby oczywiste, ale...). Inna różnica to system combosów. W LB bowiem opierają się one na juggleach (ciosy w powietrzu). Aby na ekranie pojawił się miły napis typu: "6 hit combo", musimy wpierw wybić naszego oponenta w górę i dopiero wtedy zacząć właściwą sekwencję. Inna, wspomniana już, różnica to zamknięte areny, które sprawiają, że nie dość, że nie musimy się obawiać zrzucenia poza ring (i tym samym przegrania pojedynku), to jeszcze możemy przycisnąć przeciwnika do barierki i wesoło go okładać (oczywiście on może zrobić to samo). Jeśli mowa o rozgrywce to przydałoby się wspomnieć o jej trybach, a więc oto one: Arcade, VS, Team Battle, PC Mode (takie Arcade z innymi zakończeniami), Survival, Training. Myślę, że nic tutaj nie trzeba wyjaśniać, a więc przejdźmy może do spraw technicznych.


Grafika w grze jest, jak już wcześniej wspomniałem, wykonana w pełnym 3D. Modele postaci są ładne, a ich animacja nie pozostawia wiele do życzenia. Tła są raczej ubogie, ale niektóre ich elementy potrafią zrobić wrażenie (np. wielki samolot). Przyjdzie nam walczyć zarówno w dzień, jak i w nocy, a na jednej planszy naszego spoconego wojownika będzie chłodził orzeźwiający deszczyk. Bardzo przyjemnym dla oka bajerem są smugi zostawiane przez broń (co prawda nie tak efektowne jak w Soul Balde i Soul Calibur, ale i tak bardzo fajne). Last Bronx to gra dosyć stara, więc to co kiedyś się podobało, dzisiaj już nikogo nie zachwyci (niektórych wręcz może odrzucić), ale mnie grafika tej produkcji w zupełności wystarcza do przyjemnej zabawy. Na PC wiele piękniejszych nawalanek się nie uświadczy, więc nie ma co grymasić. Jedyne co może naprawdę denerwować to gorsza, niż na Saturnie, jakość filmików. W ogóle cała grafika pecetowego LB lekko odstaje od innych wersji. Spowodowane jest to po prostu tym, że w 1998 roku nie było jeszcze komputera osobistego, który technicznymi możliwościami dorównywałby płycie automatu Model 2, na który to pierwotnie tworzono Last Bronx. Osobna kwestia to dźwięk. Tutaj niestety bez rewelacji. Jakoś nie przemawiają do mnie te głuche odgłosy walki. Chociaż świst broni przecinającej powietrze naprawdę jest niezły, a japońskie okrzyki naszych wojowników potrafią wywołać uśmiech na niejednej twarzy. Muzyka to japoński anime-standard. Miłośnicy takich klimatów będą zadowoleni, reszta raczej nie bardzo. Ostatecznie jednak oprawa dźwiękowa dzieła panów z AM3 nie drażni jakoś specjalnie i nie psuje zabawy, a można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w pewnym stopniu buduje klimat rozgrywki. Inna sprawa, że nie wszystkim taki klimat musi przypaść do gustu.


No i powoli dobrnęliśmy do końca tego tekstu. Tradycyjnie więc podsumowanie. Jeśli szukacie dobrej, technicznej nawalanki, a Virtua Fighter 2 już wam się przejadł (czy to w ogóle możliwe?) to śmiało sięgajcie po Last Bronx. Produkcja ta, w kategorii nawalanek na broń białą na PC, nie ma żadnej, liczącej się konkurencji. Po prostu w swojej klasie jest najlepsza. A jak wypada w ogólnym zestawieniu pecetowych mordobić? No cóż, kiedy LB pojawiło się na blaszakach od razu wskoczyło do bijatykowej elity tych platform sprzętowych. Było to ponad sześć lat temu, a że od tego czasu nowych mordobić na PC mieliśmy jak na lekarstwo, to gra ta utrzymała swoją wysoką pozycję. A więc: zapraszam na urocze ulice Neo-Tokyo. Mimo, że czasy komuny już minęły, to my też mamy szansę dać popalić Czerwonemu (czyt. Redeye'owi).

3 komentarze:

Siegfried pisze...

jestem ciekawy czy na dzien dzisiejszy, gdzies poza Azja, powstaja automaty ?

kiedys to byl zloty interes - pamietam jak z kumplami szalelismy w jaskini gier - 5 maszyn na krzyz, wszystko umieszczone w barakowozie, codziennie pojawialo sie tam pol osiedla i gralo w "windy"
a potem pojawily sie komputery i interes padl ;)

PKP pisze...

Oj, nie wiem, czy gdzieś jeszcze robią automaty. W Japonii to złoty interes, ale w takich Stanach już chyba nie. A przecież w pierwsze Mortale grało się na automatach do upadłego...
W Japonii mają pomysły na nowe gry automatowe i dlatego to się tam sprawdza. Od Monkey Balla, gdzie steruje się bananem, bo jakąś grę (tytułu już nie pamiętam) gdzie wkłada się palec (kontroler) w tyłek (fragment maszyny). W innych kręgach kulturowych takie patenty by się nie przyjęły. Bo Japonia to nie tylko Pokemony i Tamagotchi.
Jak mam okazję to nadal lubię sobie pograć na automatach. Jak jestem na wakacjach nad morzem, to zawsze znajduję jakiś automat (najczęściej z Tekken 3) i kilka zetów w nim przepuszczam.

Siegfried pisze...

bo japonczycy maja hopla na punkcie gier - to wlasnie tam jest najwiecej zgonow z powodu "prze-grania" i wycienczenia.